środa, 2 marca 2016

Naprawa po francusku

Wiecie już, że przygód związanych z mieszkaniem nam nie brakuje...
Były mrówki, gekon, niezidentyfikowane małe robaczki (takie gąsieniczki) na ścianach wychodzące jak się okazało spod podłogi... (nawet nie wiem czy o tym pisałam...tyle tego!), a także deszczówka w salonie.
Na początku się złościłam, szukałam od razu po sieci nowego lokum, by z czasem nabrać do tego odpowiedniego dystansu. W zasadzie nic mnie już w tym mieszkaniu nie martwi :P Czasem tylko przyśni mi się (tak jak dziś...), że gdzieś znajdujemy kolejne jakieś żyjątko, tzw. lokatora na dziko.. Wygląda na to, że podświadomie (świadomie z resztą też) najbardziej niepokoją mnie właśnie robalki.
Jednakowoż... woda naciekająca w czasie ulewnych deszczy nie napawa optymizmem. Może, gdybym nie wiedziała jak mocno może padać, a co za tym idzie naciekać... Najczęściej "powódź" gromadzi się w szparach między listwą a podłogą, bywa jednak i tak, że 'tama', jaką stanowi krawędź wykładziny zostaje pokonana. Wówczas nasz salon prezentuje się tak:
 
Nie, to nie nasikał żaden piesek... To "kałuża" na środku salonu. 
Dlatego też każdą zaobserwowaną strużkę wody zgłaszamy jako usterkę do naprawy... Przychodzi wówczas "naprawca" i...nic nie naprawia. Tak, tak... Dobrze widzicie. Nie naprawia! Bo nie wie skąd leci. I nie rozumie, czemu na suficie mamy dziurę, ale mówimy że z niej nie leci. To skąd leci, skoro widzimy wodę dopiero przy podłodze?! On nie wie, nie zna się może... Nie ogarnia na pewno! My wiemy... cieknie pod płytą, a problem jest raczej na dachu. Zabawa z wodą w salonie trwa już blisko pół roku, a jej końca raczej nie widzę...
Ostatnio, gdy była ulewa (a trzeba tu zaznaczyć, że pogoda w tych stronach jest dość stanowcza, żadne półśrodki, jak upał, to 50 stopni, jak wiatr, to od razu łeb urywa, a jak deszcz, to taki, że nic nie widać!)...o taka:
(no, sami widzicie, nic nie widać!)

...znów zarejestrowaliśmy wodę w domu. Kolejne powiadomienie, wymiana maili i czekamy... Po kilku dniach spotykam naszego przemiłego gospodarza domu, który informuje mnie, że ekipa od napraw była u mnie, ale mnie w domu nie było. 
No pięknie. 
Oczywiście, że mnie nie było, bo ja ciągle gdzieś latam.. Ten akurat dzień (wiecie o nim z bloga, bo to był mniej udany dzień z życia) na latanie po mieście najlepszy nie był, ale jak mus to mus. Tłumaczę zatem, najładniej jak umiem (a umiem nadal zatrważająco mało!), że dobrze by było, by się zapowiedzieli, a on na to, że nie mogą, nie wiedzą itd., a tak w ogóle to oni przyjdą wtedy, gdy będzie padać, żeby tej wody na trasie szukać :P   
Spoko...
Zwykle jednak w deszcz się nie włóczę, więc jest szansa, że zastaną mnie w domu.
No i przyszli...
Choć to może nie najlepsze słowo na określenie tej sytuacji :P
Bo to było tak:
Krótkie jak błysk pioruna minuty, gdy Pyzka drzemała swą poobiednią drzemkę przeciekały mi przez palce nad kubkiem (termicznym - HIT) herbaty i komputerem (gdzie jak zwykle szukałam "końca internetu", plotkowałam z koleżankami na czatach i robiłam sto innych bzdur :P), gdy spostrzegłam przez okno jakieś przedziwne pojazdy na naszym osiedlowym parkingu. Gdy tylko zbliżyłam się do okna zauważył mnie nasz gospodarz i dał do zrozumienia, że chce "rozmawiać". Wyszłam więc na balkon, by wygestykulował mi, że ta ekipa uzbrojona w dziwne pojazdy to właśnie w sprawie wody w domu. Ucieszyłam się, że mnie zastali i "odpowiedziałam, że jestem, czekam, zapraszam itp. Wróciłam do domu i zza firanki obserwowałam ich poczynania, a moje oczy rosły z każdą minutą. Panowie, a było ich dwóch (całkiem podobni do Brada Pitta :P), wsiedli do windy i wznieśli się na wysokość mojego drugiego piętra zaglądając mi do wszystkich okien. Następnie, podnosząc dźwig jeszcze wyżej i przesuwając go wzdłuż krawędzi dachu dokonali jego oględzin. Po tym etapie jeden z Panów został chyba na dachu (tak myślę, bo nie widziałam żeby spadał), drugi natomiast "podjechał" do mojego balkonu, jednym susem przeskoczył barierkę i jął pukać do drzwi balkonowych niczym do wejścia! Mimo zdziwienia jak stąd w kosmos otworzyłam drzwi, a on wszedł, przedstawił się, uścisnął mi dłoń, spojrzał na sufit z dziurą, suchą podłogę, szparę przy ścianie, słuchając przy tym moich rozpaczliwych prób wyjaśnienia problemu i wyszedł tą samą drogą... 
(nigdy się nie dowiem czemu nie mogli zacząć od oględzin mieszkania, wejść jak Pan Bóg przykazał drzwiami, po czym robić swoje na dachu!!)
Tyle go było widać.
Nie wrócił na dach, nie wrócił do mojego mieszkania ani balkonem ani drzwiami wejściowymi (widać 30 sekund wystarczyło by wiedział wszystko), wsiadł do auta i pojechał.
Nie wiem co się stało z towarzyszem z dachu (tym co raczej nie spadł), bo obserwowałam poczynania gościa z windy (w obawie, że znów zaparkuje przy moim balkonie i będzie chciał wietrzyć mi chałupę!) i z tego co widziałam, to go stamtąd nie zabrał.
Nie było też słychać żadnego stukania, drapania, wiercenia, wbijania, niczego co świadczyłoby o naprawie dachu czy czegokolwiek innego...
Może zrobili jednak coś o czym nie wiem, a może mają spojrzenie, które ma naprawczą moc?!
Coś musieli jednak zrobić, bo od właściciela mieszkania dostałam wiadomość, że naprawa została przeprowadzona, i wyraża on głęboką nadzieję, że nie będzie problemów. 
Też mam taką nadzieję.
Szczególnie, że Pyzka całkiem dzielnie froteruje mi już całą podłogę i wolałabym by robiła to bez namaczania...
Cóż...według prognozy pogody na najbliższe dni mamy szansę się o tym przekonać.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz