czwartek, 16 listopada 2017

"Nie liż brata", czyli rzecz o braterskiej miłości

Za kilka dni nasz Adasiek skończy 6 miesięcy!
Nie było tu o nim zbyt wiele na blogu, no chyba, że w kontekście Pyzki, ale cóż poradzić! Taki los małego brzdąca, co to tylko wygrzewa matę, zapełnia pieluchy i radośnie gaworzy (bo po co wspominać o chwilach, gdy drze swoją słodką buzię, że mało szyby nie pękną :P). Z dnia na dzień sytuacja ulega zmianie, bo Księciunio nasz zaczyna być bardziej "widoczną" aniżeli tylko słyszalną częścią naszej wesołej familii. Dziś będzie więc o tym jak młodego "przybywa" w naszym życiu i jak rozwija się braterska miłość między naszymi pociechami.

Myślałam, że dłuższe obcowanie Pyzki z bratem sprawi, że dzidziuś jej "spowszednieje" i będzie miała stosunek raczej "olewczy".
Jakże się pomyliłam!
Nasza córka nadal nie odstępuje brata na krok. I wszystko chce tak jak on :) Nadal pcha się na matę... Choć Panisko trochę nam już podrosło i ledwo sam się mieści, to Pyzka zawsze przepchnie go na tyle, by jakoś się tam dopasować :)
  

Zdarzyło mi się nawet zastać ją razem z braciszkiem w gondoli!
Zawał serca murowany...
Myślałam, że skoro śpi to nie jest w żaden sposób atrakcyjny, już to w sumie przerabialiśmy, ale znów życie mnie zaskoczyło!
Usłyszałam tylko "O! obudził się!" i już wiedziałam, że sam z siebie tego nie uczynił. Tym bardziej, że nie płakał. Nie, nie jest normą, że płacze po przebudzeniu. Normą jest za to przestrach w oczach na widok siostry co odbiera głos ;P Gdy dopadłam do gondoli stojącej na podłodze miłosny uścisk był już gotowy. Nie mam pojęcia jak przeszło metrowa, 18-sto kilogramowa panna mieści się razem z Adaśkiem (też nie chucherko...) w tej mydelniczce, ale faktem jest, że się mieści i nikt przy tym nie ucierpiał, prócz moich zszarganych nerwów, rzecz jasna!

Nasza starsza latorośl bardzo chce pomagać! Kiedy widzi ślinotok młodego pędzi do łóżeczka po pieluchę wołając "ulał". Kiedy tłumaczyłam, że braciszek leży na brzuszku, bo chce się nauczyć turlać włączała mu aktywizujące zabaweczki, a gdy to nie wystarczało "pomagała" mu się obrócić. Nauczyła się też jedynej piosenki (chyba najgłupszej jaką znam), która to koi najlepiej adaśkowe nerwy i śpiewa mu ją kiedy ten zaczyna płakać. Oczywiście robi to na tyle głośno by przekrzyczeć braciszka - ten duet to prawdziwy balsam dla mych uszu <3
Naprawdę słodki widok!
Są jednak również takie obrazki, które mrożą krew w żyłach... Tu cytat z Babusi: "weź go, weź ją, bo mu zaraz... To nie na moje nerwy" :D
Z najstraszniejszych strachów to na pewno przewrócony wózek, z żywą zawartością rzecz jasna. Tak, tak, zaliczyliśmy to z Adaśkiem! 
Niestety, moja córka dobiegła pierwsza, gdy śpiący dzidziuś zgubił smoka i zaczął się o niego dopominać. Pyza ze wszystkich swych sił starała się braciszka bujaniem uspokoić i udało jej się wózek wykopyrtnąć.
Serce mi stanęło!
A syn?
Syn się nawet nie obudził!
Nadal oczy miał zamknięte i kwękał 'łeeeełeeełee' ("dajcie smoczek"), dokładnie tak, jak wcześniej. Mieliśmy dużo szczęścia, bo torba od wózka (większa niż bagaż podręczny w samolotach), zamortyzowała upadek naszej karety oraz zapobiegła wypadnięciu dziecka.
(teraz już wiecie, czemu gondola stoi na ziemi i umożliwia to tym samym Pyzce dosiądnięcie się w czasie wypoczynku )
Tak, moja wina! 
Nie dopilnowałam! 
Gdybym chociaż jedno dziecko przykleiła do siebie (dosłownie) na stałe można było tego uniknąć. Prawda jest taka, że "nie przewidzisz". Smażyłam naleśniki, Pyzka bawiła się ciastoliną tak, że świata poza nią nie widziała, a Adasiek spał w wózeczku na drugim końcu pokoju. Okazało się jednak, że wpatrzona w ciastolinę siostra słyszy i "czuwa". 
Zdarzają jej się próby podnoszenia dzidziusia, soczyste buziaki (stąd tytułowe "nie liż brata") i wkładanie gryzaków w poprzek i na siłę, bo "Adaś chce gryzaka; masz, masz".

 

Bywa i tak, że próbuje mu "oddać", bo "Adaś mnie pokopał". I tak, tłumaczę, że oddawać nie wolno, a on wcale nie chciał kopnąć, tylko tak macha nóżkami, bo próbuje się przemieścić. Wtedy troskliwa siostra znów pomaga mu zmienić pozycję i takie wariatkowo mamy w kółko.
Brzmi dramatycznie?
Może dla tych co nie mają dzieci bądź też rodziców jedynaków :P
Przy niedużej różnicy wieku między dziećmi takie sytuacje są nie do uniknięcia. 
Powiem więcej. Wcale nie próbuję na siłę ich unikać.
Muszą nauczyć się razem żyć, towarzyszyć sobie na co dzień, bawić się razem czy też (w razie wzajemnej niechęci) obok siebie i dzielić się zabawkami, rodzicami...
Czasem relację między naszymi dzieciakami określam jako "pozwalam Pyzce się nad nim poznęcać". Trochę na wyrost, ale z pewnością czasem Adasiek odczuwa to właśnie tak. Od początku nie chciałam jednak by był 'nietykalny', leżący gdzieś w odseparowanym, bezpiecznym miejscu. Tak, dzidziuś jest mały, delikatny i nie jest zabawką, ale jest też członkiem rodziny i bierze czynny udział w jej życiu na tyle na ile czynny potrafi być. Jeśli to oznacza darcie buziaka podczas czytania książeczek to tak właśnie jest!
 
A z drugiej strony, kiedy potrzeba towarzystwa dla Oli czy Dominiki (dzidziusie Pyzki), czy też kiedy ukochany miś jest śpiący, ale nie chce być sam Adasiek dzielnie dotrzymuje towarzystwa, pożycza grzechotki i tarmosi za ucho.
Najważniejsze jednak, że są razem, jak rodzeństwo!
Już od pierwszych chwil budują więź, która musi im wystarczyć na całe życie, a nasza rola w tym jest taka, by im to umożliwić, nie zaś stawiać między nimi bariery.

 
Stąd m.in. mój pomysł, by od początku mieszkali razem. 
Same plusy, poza tym, że czasem budzą się wzajemnie, ale i w tym temacie zachowany jest odpowiedni balans i nikt nie ma forów! Adasiek czasem narusza nocny sen Pyzki, a ta odwdzięcza mu się pobudkami skoro świt :) 
Istna sielanka, szczególnie dla mnie, bo jak to u matek bywa - mnie dotyczą wszystkie te pobudki :P 
I tak to, punktualnie o 6, każdego dnia zaczynamy kolejny niewyspany, acz przepełniony miłością dzień w naszym brykusiowym wariatkowie :) 
"O! Obudził się! 
Mamooo, uśmiecha się! 
Chcesz smoczka, chcesz?
Masz, masz..."
 

wtorek, 14 listopada 2017

Pudełka, pudełeczka...

To już ostatni ślubny box, z którym przyszło mi się zmierzyć za sprawą mojej siostry i jej weselnego maratonu ;)
Tym razem nie dałam się już wmanewrować w żadne "koncerty życzeń" dotyczące koloru czy wystroju. Zrobiłam po swojemu! Tak jak umiałam, mogłam, jak dzieci i moja inwencja twórcza oraz materiały pozwoliły.
Cóż, powiem nieskromnie, że wyszło świetnie!
Minimalistycznie, elegancko, znów (tak jak tutaj) trochę retro. 
Po raz kolejny wracam też do mych ukochanych kwiatów kusudama i dobrze mi z tym :)



PS. Zdjęcia pstryknięte przed ukończeniem boxa...
Kartkę z kalendarza drukowałam w ostatniej chwili i wkleiłam na pustej, kwiatowej stronie :)

środa, 8 listopada 2017

"Pocałuj żabkę w łapkę", czyli lekcja w lesie: Nie płosz zwierząt

Grzybków nie depczemy....
Tę lekcję już z nami przerobiliście :)
Oczywiście, skoro uczę swoje dziecko szanować przyrodę, to wlicza się w to również troska o leśne zwierzęta i ich spokój. Oczywistym jest zatem, że nie krzyczymy czy nie piszczymy jak szalone. Podśpiewujemy sobie wesoło czy też ganiamy się w berka, ale nie musi temu towarzyszyć nadmierny hałas. Jakoś specjalnie nie musiałam nawet tego Pyzce roztłumaczać. Zwykłe "bo się sarenka wystraszy" wystarczyło, by umiała się zachować jak należy. 

Niestety, na to jak postępuje moje dziecko mam wpływ nie tylko ja :(
I tak, zdarzyło się, że w towarzystwie innego dziecka, wzorując się na nim, Pyzka zniszczyła stojącego po sąsiedzku z naszą działką wspaniałego muchomora wielkości talerza! W takiej sytuacji pozostało mi tylko wytłumaczyć, że jej "wzór" tu nie mieszka i nie wiedział, że to dla sarenki. Wspomnianego grzyba mijałyśmy potem przez dobrych kilka dni nim zniknął w leśnym runie i za każdym razem Pyzka wskazywała go rozpamiętując swój 'haniebny' czyn.

Innym razem, z innym dzieckiem, wypoczywającym w wakacje po sąsiedzku na działkach, moja córka miała okazję oglądać na podwórku małą żabkę. Jej towarzyszka straszyła płaza machając do niego ręką (wyglądało mi to na próby pstrykania palcami) i wołając "ciap, ciap". Pyzka z zaciekawieniem przyglądała się całej sytuacji. Niedługo po tym, gdy byłyśmy na spacerze napotkałyśmy w trawie inną małą żabkę, a moja córka wzorem koleżanki zaczęła "ciapać" w jej stronę. Kiedy stworzenie już uciekło, a my ruszyłyśmy dalej zapytałam co i dlaczego zrobiła, a ona odpowiedziała z pełną powagą, że żabkę przestraszyła. Zapytałam więc czy i ona chciałaby, by ktoś ją tak straszył. Próbowałam też wytłumaczyć jej, że zwierzątko wystraszyło się i być może płacze teraz żabimi łzami, biegnąc do swojej mamy. Pyzka jest z tych strachliwych i argument ten mocno do niej przemówił. 
Empatia tego małego człowieka, którego przeszło dwa lata temu wydałam na świat, mnie powaliła! Po kilku kolejnych krokach w ciszy Pyzka oznajmiła mi, że wracamy dać żabce buziaka. "Asia przeprosi żabkę" (to były jeszcze 'czasy' - 2 miesiące temu - gdy mówiła o sobie w 3 os.), "Asia da buziaka żabce". Byłam pewna, że to nie był Książę, więc powiedziałam, że żabek się nie całuje, ale ona miała już na to gotową odpowiedź. "Dam buziaka żabce paluszkiem" (instrukcja do całowania paluszkiem tutaj). Próbowałam odwieść ją od planów poszukiwania żabki, bo odeszłyśmy już dobre 20-30 metrów, a ostatnim miejscem gdzie ją widziałyśmy była wysoka przydrożna trawa. Sprawa wydawała się beznadziejna, jednak gdy spojrzałam w pełne współczucia oczy Pyzulki nie mogłam zrobić nic innego jak tylko odwrócić wózek z Adaśkiem i odnaleźć tego dwu centymetrowego, brązowego płaza. 
Cofnęłyśmy się, a ja zaczęłam delikatnie przegarniać ręką źdźbła trawy w nadziei, że stworzonko się poruszy. I udało się! Widać żabka nie mieszkała daleko :P Albo nie wystraszyła się aż tak mocno, by w te pędy gnać do mamy...
Pyzka ukucnęła, pocałowała paluszek i "wysłała" buziaka zwierzakowi. 
Muszę przyznać, że widok mojej córki pochylonej nad żabką totalnie mnie rozczulił... 
Ta dziecięca szczerość i prostota wycisnęły z moich oczu łzy wzruszenia.

Przepraszam żabkę
Żabko nie bój się
Żabka idzie do domku 
do mamy na zupkę
Asia też idzie do domku
Na zupkę

Żabka pokicała w swoją stronę, a my ruszyłyśmy do domu, na zupkę.

Żabka już nie boi się
Asia pocałowała żabkę

Nie jestem fanką żab, pająków, mrówek czy ślimaków, nawet tych w skorupach. Żyjemy jednak gdzie żyjemy i towarzystwo tych wszystkich stworzeń jest nieuniknione. Częściej niż w mieście obcujemy z tym całym tałatajstwem. Zatem, dla dobra moich dzieci, musiałam swoją niechęć przełamać i schować do kieszeni. 
Jakież to przewrotne. 
Pamiętacie jeszcze naszą walkę z mrówkami stoczoną w Avignon?
Trochę tego było: (cz. 1, cz. 2, cz. 3, cz. 4, 5, 6 )
Było - minęło.
Nie uwierzycie, ale zaraz po naszym powrocie do Polski, mrówki, pierwszy raz od blisko 20 lat, bo tyle stoi ten dom, pokazały się tutaj w mieszkaniu! Był nawet pomysł, że przywieźliśmy je aż z Francji :P
Czy walczyliśmy tak zaciekle jak we Francji?
Oczywiście, że nie :P
Obsypaliśmy taras w razie, gdyby okazało się, że to tędy przyłażą i na tym koniec.
Chyba czas przywyknąć...
Uczę dzieci, by nie płoszyć zwierząt, więc sama muszę świecić przykładem :D

PS. A do obleśnych pająków i skaczących po domu koników polnych wołam niezastąpionego Dziadka, który delikatnie i ostrożnie łapie wszelakie stworzenia i zwraca im wolność miast odbierać życie...

Zimno, zimniej, idzie zima...

A skoro zima, to chyba od razu każdemu na myśl przychodzą święta, czyż nie? ;)

Teraz, gdy mieszkam na wsi, nie wiem czy sezon świąteczny zaczął się już w sklepach i czy na półkach królują już czekoladowe Mikołaje... Telewizji też właściwie nie oglądam i nie wiem czy ruszyły już reklamy z nieśmiertelnym Kevinem oraz długą, czerwoną ciężarówką :P Stwierdziłam jednak, że nie bacząc na to czy za oknem jeszcze kolorowe liście czy już śnieg, nie czekając na sygnały "z zewnątrz", sama rozpocznę u nas "świąteczny klimat".
Chociaż na początku nie bardzo wierzyłam, że mi się uda, to dziś właśnie, po miesiącu od kliknięcia pierwszego świątecznego zamówienia materiałów w moim ulubionym sklepie dla rękodzielników mogę pochwalić się karczochami A.D. 2017 :D

Na nowo "wkręciłam się" w dzierganie karczochów i przypomniałam sobie jak wiele frajdy sprawiało mi upinane kolorowych wstążeczek w coraz to nowych kombinacjach. Nie jest łatwo wygospodarować czas na tę zabawę, a jak wiadomo rękodzieło to zawsze czasochłonne zajęcie, które wciąga wciąż bardziej i bardziej. Dodatkowo, przy naszej ciekawskiej dwulatce muszę bardzo uważać na stosowane materiały i dokładnie sprzątać oraz ukrywać moje "zabawki". No i szczególnie uważać na szpileczki, bo one najbardziej lubią uciekać, a to może skutkować nie lada nieszczęściem  :(
"Pyzka Pytalska" zagląda we wszystkie zakamarki, wyciąga wszelkie nowości i... wszystkiego potrzebuje: "Kcem to" :D A jak już dostanie co zechce, bo przecież nie będę dziecku bronić kolorowych wstążeczek ani nawet upiętych już piłeczek :)  to pyta... ciągle pyta... A co to? A po co? A do czego? A dlaczego?!?!?! 
Zaczęło się to niekończące DLACZEGO ? :D
Dlatego, że lubię ;)
Że mnie to relaksuje...
I tak, krok za kroczkiem, wieczór za wieczorem, w ciągu ostatniego miesiąca zapełniłam już kolorowymi bombeczkami całe pudło!
Teraz czekają na nowych właścicieli żądnych oryginalnych, kolorowych, ręcznie wykonanych ozdób. 
A ja czekam na kolejną dostawę materiałów, bo skończyły mi się szpilki i styropiany...
Nieodmiennie czekam też na zamówienia :)
Komu, komu? :-)
Musicie się jednak spieszyć, bo kalendarz powoli się zapełnia...

Niżej próbka moich tegorocznych wykonów, a po więcej zapraszam do ogłoszeń na olx, które powinny wyświetlać się gdzieś tu, na blogu po prawej stronie :)






 

czwartek, 2 listopada 2017

Pyzka u fryzjera

Po "szkoleniu" z zakresu usług fryzjerskich, które odbyło się z pomocą uroczej książeczki "Gdy lew się wybiera do fryzjera" (opowiadałam o tym tutaj), przyszedł czas na zweryfikowanie Pyzki w salonie.
Przybytków przystosowanych dla tych małych, najbardziej wymagających klientów, jest w stolicy kilka. Nasz wybór padł na salon przetestowany wcześniej przez naszych znajomych, którzy zaopiniowali go pozytywnie. Wiadomo, zawsze lepiej wybrać coś "z polecenia" aniżeli bazować jedynie na wirtualnych gwiazdkach :) 
Bardzo mi zależało, by wspomnienie tego pierwszego razu było miłe. Wszak to dziewczę, więc strzyżenie w domu maszynką na 3 mm raczej odpada. 
Czy nam się udało?
Zdecydowanie tak!
Pyzka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła!
Wraz ze swoim ukochanym misiem, którego, rzecz jasna, nie mogło zabraknąć w tak ważnym momencie, rozsiadła się w salonowym aucie-fotelu, przymierzając wcześniej dostępne modele :P


Spodziewałam się naprawdę wszystkiego :) 
Nie zdziwiłaby mnie ani histeria, ani uciekanie do drzwi czy szaleńcze wymachiwanie kończynami. Tymczasem nasza latorośl spokojnie siedziała na swoim miejscu spoglądając od czasu do czasu w telewizorek, w którym włączona była bajka o głupiutkim misiu((((((( bez portek :) 


Jedynie jej mina i uśmiechy "do zdjęcia" (a konkretnie ten nr 6 :P) zdradzały, że sytuacja jest dla niej nieco stresująca. Na początku trochę ruszała głową, spoglądając to w ekran, to znów w lustro, gdzie widziała co też się z nią wyrabia. Obawiałam się nieco jak da sobie z tym radę Pani fryzjerka (czy nie pozbawi jej ucha?), czy też może jak my damy sobie radę z efektami jej pracy w takich warunkach. Moje obawy były jednak zupełnie bezpodstawne. Z jednej strony dlatego, że Pani, która nas obsługiwała jest dobrze "zaprawiona w bojach", a naszą Pyzulkę określiła jako super grzeczne i spokojne dziecko (tiaaaa...w domu jej nie widziała :P). Z drugiej zaś strony dziecku szybko znudziło się podglądanie strzyżenia i skoncentrowała się jedynie na oglądaniu bajki. 

Najadłam się strachu, ale na szczęście zupełnie niepotrzebnie!
W niespełna 30 minut Pani fryzjerka - przemiła, uśmiechnięta, ciepła i cierpliwa osoba!! - zrobiła z naszej Pyzki ślicznego chłopczyka. Żeby nie było - zgodnie z życzeniem rodziców! :) 
Wybaczcie jakość zdjęć - Pyzka nie przestawała prowadzić auta! to był naprawdę dziki rajd :P

A jakby mało było pozytywnych wrażeń z salonu 2misie, w którym to spadł z głowy Pyzki pierwszy włos, nasza córka otrzymała po zakończeniu całej 'operacji' dyplom pierwszego strzyżenia (jej pierwszy w życiu DYPLOM!! :D ) oraz nagrodę, którą mogła sobie sama wybrać. 
Nie mogło być lepiej!

W salonie jest też kącik zabaw, gdzie dzieci mogą poczekać na swoją kolej. Zapewne mogą się tam zrelaksować także po strzyżeniu, ale tego niestety nie sprawdziliśmy, bo byliśmy jak zwykle w 'niedoczasie'. 

Jestem przekonana, że kolejne spotkania z fryzjerem nie będą budziły w nikim z nas niepokoju. Z przyjemnością powierzymy nasze kochane łepetynki  pracownikom salonu 2 misie w przyszłości i Wam też serdecznie polecamy to miejsce jakże przyjazne dzieciakom. 

poniedziałek, 30 października 2017

Sposobimy się do strzyżenia

Po bilansie dwulatka, o którym opowiedziałam Wam w zeszłym tygodniu byłam pełna obaw przed kolejną "atrakcją", którą planowałam Pyzce od jakiegoś czasu. 

W zasadzie już od kiedy wróciliśmy do Polski wszyscy doradzali nam, byśmy przykrócili Pyzkowe włoski. Nie było mi jednak po drodze do fryzjerskiego przybytku. Nasza latorośl była nadal prawie łysa i nie bardzo mi to przeszkadzało. Powiem więcej, było mi to nawet na rękę! Bo po cóż mi długie pejsy pod czapką?! Spoci się to to, poprzykleja, po kąpieli suszenie obowiązkowe, a czesanie kołtunów na głowie skręconego malucha to też żadna frajda. Nie widziałam zatem konieczności zmiany jej stanu owłosienia :) 
Sytuacja uległa zmianie, gdy wraz z wiosennym słonkiem wszystko zaczęło rosnąć :)
Jak to w ciepełku :P
Rosną kwiaty, warzywa i owoce, a mi wyrosło dziecko i to w trybie ekspresowym!
Wierzcie lub nie, ale w zaledwie 4 miesiące stópka urosła jej o 3 rozmiary! 
Całe dziewczę z resztą także wybujało porządnie...
A skoro tak, to i "czupryna" się pokazała. 
Dałam nawet upust swej inwencji twórczej, bo wiedziałam, że dni mej fryzjerskiej kariery na jej głowie są policzone...

Cienkie blond włoski zaczęły opadać jej do oczu dając wyraźny sygnał do strzyżenia.
Teraz już nie było przebacz!
Tylko jak się do tego zabrać?
Toż to dziewczynka, więc maszynką w trybie chałupniczym jej nie ostrzyżemy!
No i jak ją przekonać do cięcia włosów, gdy jeszcze niedawno stosowałam cały wachlarz niechlubnych mamusiowych technik perswazji, by przykrócić jej paznokcie?!

Oczywiście i tym razem postawiłam na edukację książeczkową!
Pomogło przy ciążowym brzuchu, pomogło, choć z opóźnieniem przy oswajaniu lekarza, to i tym razem powinno się udać :-) 
Gdy zobaczyłam kolorową, pełną wesołych rymów i zwierząt bajeczkę Bajkopisu "Gdy lew się wybiera do fryzjera" musiałam ją mieć!

Pyzce nowa pozycja w biblioteczce bardzo przypadła do gustu :D



Historyjka jest ciekawa i zabawna, a rysunki obłędne!
Któż oparłby się wdziękom tak wspaniałej książeczki? ;)
Czytałyśmy "Lwa" od deski do deski kilkadziesiąt razy i za każdym kolejnym wiedziałyśmy więcej o bohaterach bajki, ale też o tym co pewnego dnia czeka Pyzkę we fryzjerskim salonie. Fantastyczne, barwne ilustracje, którymi okraszona jest książeczka, doskonale prezentują akcesoria i narzędzia, z którymi ma się do czynienia przy zabawach z włosami.
Bajkopis zaskoczył nas także propozycją cudnej zabawy, idealną na jesienne, deszczowe dni! Na ich stronie internetowej znajdziecie szablon "łysego lwa" do wydruku. W ten sposób każdy mały fan fryzjerstwa może sam uczesać tytułowego króla zwierząt <3
Od razu skorzystałyśmy z tej możliwości i wyprodukowałyśmy całe stado lwów o różnokolorowych grzywach. Myślę, że chętnie przybiłyby sobie piątkę z nie mniej kolorowym Elmerem, który także bryluje w naszej biblioteczce ;)

przepraszam za jakość zdjęć, ale praca paliła się Pyzce w rękach! :) 





Wyklejałyśmy te nasze lwy, pretendujące do tytułu 'Maskotki Roku Środowisk LGBT', i bawiłyśmy się przy tym wspaniale!
Klej i nożyczki w dłoni = pełnia szczęścia.
Ciekawe po kim ona to ma ... :P
A kiedy już lwie grzywy były gotowe nastąpił etap... strzyżenia!
Część stada z powrotem wyłysiała, ale najważniejsze, że Pyzka była zadowolona :)
A czy gotowa  by pozbyć się swej własnej "grzywy"?
O tym niebawem...

czwartek, 26 października 2017

Pudełeczko dla Młodej Pary

I ponownie zamówienie mojej siostry :D
W tym roku u niej "klęska urodzaju" z weselnymi imprezami...
W sumie zleciła mi wykonanie 3 pudełek, a dziś przed Wami drugie z nich.

Zadanie miałam trudne, bo moje zasoby materiałów kończą się i rzeźbię już z absolutnych resztek. Nie mam jednak ani czasu ani zbyt wielu możliwości by się doposażyć. Nie mam też szczerze mówiąc takiej konieczności - papiery do kolorowania i ciastolinę mam, więc czegóż nam z Pyzką jeszcze potrzeba ? :)
Przyjmując zamówienie oznajmiłam więc siostrze, że musi dokupić to i owo, bo inaczej może liczyć jedynie na boxa z papieru kanapkowego :P Tym samym pozostawiłam jej wolną rękę w wyborze kolorystyki pudełka, objaśniając jednak mniej więcej zasady, którymi kieruję się przy doborze wzorów i gramatury papieru. Pojechała i kupiła... 
O-matko-bosko!
I już wiadomo czemu to ja wycinam z papieru, a ona szydełkuje :P
Wróciła życzeniem pudełka w kolorze czarno-szaro-czerwonym, ale z tego, co przywiozła nijak nie dało się tego zmontować :( Znaczy, może by się i dało, tylko jeśli mnie ma się to nie spodobać, to szkoda i pracy i kleju!
Zrobiłam więc po swojemu starając się sprostać choć części wymagań.
Nie miałam niestety czasu, by wyprodukować ślubny tort, który ozdobiłby wnętrze pudełka. Postawiłam więc na znane już kwiatki kusudama (nie raz ani dwa dekorowały już one moje wyroby). Żeby jednak nie było "nudno" czy też "biednie" postanowiłam wykombinować coś innego. Coś czego u mnie jeszcze nie było...
Okienko!
Serce wycięte w jednej ze ścianek pudełka pozwala zajrzeć do jego wnętrza :)
Jest elegancko, połyskująco i błyszcząco, ale też ciekawie.
Choć nie byłam zachwycona pomysłem czarnego boxa udało mi się wybrnąć z zadanego tematu tak, bym była zadowolona z końcowego efektu. Zabrakło tylko koloru czerwonego...
Ale żeby nie było reklamacji cyfra w kalendarzu jest czerwona i to musi wystarczyć.
Siostra boxa nie zwrociła, czyli jej też przypadł do gustu.

A Wy, co o nim sądzicie?
Czy czarny to "ślubny" kolor?
:D



  

wtorek, 24 października 2017

Wizyta u lekarza, pierwszy lizak i spóźniony prezent

Pyzka ma już 2 lata i 3 miesiące!
Nie wiem kiedy to się stało! 
Od naszego powrotu z Francji tak wiele się zmieniło, ona tak bardzo się zmieniła!!
Wiele też przez ten czas zapomniała. I tak na przykład zapomniała kompletnie, że gdy mieszkaliśmy w Avignon bywałyśmy w ośrodku zdrowia przynajmniej raz w miesiącu. Ważyłam ją, mierzyłam, wypytywałam o wszystko, gdy tylko miałam jakieś wątpliwości typu "czerwona kropka za uchem", czyli wszystkie standardowe rozterki mamy przy pierwszym dziecku. 
Odkąd wróciliśmy do Polski nasze, tj. Pyzki kontakty z lekarzami zakończyły się. Wiedziała, że mama chodzi do lekarza "z brzuchem" i na tym koniec. I świetnie, że tak się udawało, że nawet kataru nie złapała ani razu. Tylko się cieszyć! Wybiła jednak godzina próby, a dokładniej "bilans dwulatka".
Byłam przerażona "jak to będzie?".
Dlaczego?
Choćby dlatego, że z dnia na dzień znielubiła obcinanie paznokci i z traumą paznokciową walczyliśmy dobre dwa miesiące... Obawiałam się, że zapomniany lekarz może skutkować podobnie. Owszem, wierzyłam gorąco, że podobnie jak z powitaniem Adaśka, tłumaczenia i długie rozmowy o tym co ją czeka wystarczą, ale niepewność pozostawała. Na wszelki wypadek wałkowałam z nią książeczkę "Czekamy na dzidziusia", gdzie mama i nowy dzidziuś są intensywnie badani :)
Dwa dni przed wizytą dostaliśmy w prezencie książeczki z serii To nic strasznego: "Wizyta  u lekarza" oraz "Szpital". Aż do samego bilansu nie czytałyśmy nic innego. W kółko tylko Jaś, Krzyś i Asia (tak, bohaterka pierwszej z książeczek to imienniczka Pyzki :D) u lekarza. Na bilans książeczka pojechała oczywiście z nami. Wszystko szło świetnie, aż do wejścia do przychodni. Pyzka zamurowała się w drzwiach. Dosłownie! Prosiłam i namawiałam, kartkowałam książkę jak szalona, a ona jak stała, tak stała i ani drgnęła. 
Chociaż dołożyłam wszelkich starań, by wiedziała dokładnie co ją czeka była kompletnie przerażona. Nasza Pediatra jest naprawdę świetna. Miła, zawsze uśmiechnięta, konkretna, dokładna, delikatna i mogłabym tak jeszcze długo... Cóż z tego. Pyzka jej nie znała i poznać nie miała ochoty. W końcu praktykantka towarzysząca lekarce wpadła na pewien pomysł... Wyszła, by po chwili powrócić z "przekupstwem" w dłoni. Chociaż nie byłam zachwycona tym pomysłem, to z drugiej strony, byłam przestraszona nie mniej niż Pyzka tym, czy uda nam się dokonać bilansu i nie zrazić ją do lekarzy na następne razy, więc przystałam na tę propozycję.
Było tylko jedno "ale".
Przemiła praktykantka dzierżyła w ręku lizaka. A Pyzka na to "jak na lato"...
Pospieszyłam więc z wyjaśnieniem, że "my nie wiemy co to jest" :) Bo ja niestety z tych podłych matek, co to czekoladki jedzą SAME w czasie dziecięcej drzemki. Panie były pozytywnie zaskoczone, a Pyzka, chyba z ciekawości, odrobinkę się rozluźniła, co wystarczyło na tyle, by unieść jej bluzkę i choć osłuchać. Kiedy było już "po wszystkim" otrzymała nagrodę i... stanęła z nią, jak ze sztandarem, nie wiedząc kompletnie co z tym począć.
Jej wilgotne oczy zdradzały resztki uciekającego strachu... 
Wzięłam więc od niej tegoż lizaka, otworzyłam i...
I co dalej?
Jak nauczyć dziecko jeść lizaka? :D
Chciało mi się śmiać, jednak poważna mina mojej córki zdecydowanie odradzała żarty.
Poinstruowałam ją, by włożyła lizaka do buzi, a ona popatrzyła na mnie jak na wariatkę. Toż to ani miejsce ani czas na jedzenie. Z resztą... Od kiedy to pozwalam jej i namawiam do tego, by "zabawki" brała do buzi?! ;)
W końcu jednak skusiła się, by sprawdzić o co chodzi tej szalonej matce. 
Oczy zabłysły!
Cukieeeer!!!!!!
Na słodkiej twarzyczce pojawił się tak długo wyczekiwany uśmiech :)
Pyzka wkładała i wyjmowała lizaka do buzi, aż praktykantka przyszła jej z pomocą i wyjaśniła, że może oblizywać go językiem. O głupia ja! Matka zupełnie nie gotowa na wyedukowanie dziecka "z lizaków" :P (A może jednak mądra? Wszak "na wszystko przyjdzie czas" )
Bilans zakończyłyśmy pomyślnie...

Niedługo potem musiałyśmy ponownie odwiedzić gabinet lekarski. Na wszelki wypadek wyposażyłam się więc w aptece w "zdrowe lizaki". Okazało się jednak, że poprzednie dobre wrażenie wystarczyło i nie było konieczności machania Pyzce lizakiem przed oczami. 

Aktualnie Pyzka to nasz domowy lekarz nr 1.
Odkąd otrzymała w prezencie mini zestaw lekarski ze stetoskopem i termometrem cały czas szuka pacjentów po domu, a kiedy już zbada wszystkich członków rodziny w ruch idą lalki i misie. Mieszkamy jak w szpitalu! Ciągle słyszę tylko "co dolega?", "połóż się" i "oddychaj mocno!" i najlepsze : "Adasiu, zbadam Cię" :D Cudny ten podarek. Troszkę mi szkoda, że ciut spóźniony. Możliwe, że gdyby pojawił się w domu wcześniej Pyzka nadal żyłaby w błogiej nieświadomości lizakowej.

Z Pyzką przeżyłam swoją małą, osobistą traumę w gabinecie. Słowo daję, już wolałabym histerię i wrzaski niż to przerażenie i popiskiwanie pod nosem ze strachu ;( Teraz mam nadzieję, że nasza domowa lekarka nie zrazi swą praktyką Adaśka, bo w prawdzie zaznajomi go z tematem, ale czy nie aż za dobrze? :)  


środa, 18 października 2017

Lekcja w lesie: Szanuj przyrodę!

Mieszkamy w lesie, a nasze codzienne spacery to łazikowanie wciąż tymi samymi, leśnymi ścieżkami. Las kryje w sobie mnóstwo tajemnic i wspaniałych historii, które snuję Pyzce, by ją zaciekawić i zachęcić do dreptania obok wózka z naszym małym 'Księciuniem', jak go pieszczotliwie nazywamy :). Pcham więc ten nasz mini czołg z maxi niemowlakiem (tak, tak, kolejne dziecko także mamy XL - ma 5 miesięcy, a odzież nosi na 9!) i bajdurzę o borsuku, dzięciole,  jeżyku, szyszkach, a ostatnio często także o rosie czy mchu, no i obowiązkowo, na każdym jednym spacerze, o wiewiórkach! Te ostatnie, chyba z racji tego, że jest tu ich prawdziwe zatrzęsienie, Pyzka szczególnie sobie upodobała i męczy mnie od rana do nocy "Mamo, opowiadać o wiewiórce". (Tutaj prośba: jeśli znasz jakąś książkę o wiewiórce - poratuj w komentarzu :D)  

Od początku naszych leśnych spacerów uczulałam Pyzę, by zwracała uwagę na to, co nas otacza. Na początku najbardziej fascynowały ją śmieci. Na każdym kroku wskazywała je paluszkiem wołając "O, o! Tu Mamo", a ja za każdym razem cierpliwie tłumaczyłam, że ktoś zrobił bardzo brzydko, że te śmieci tu zostawił. Niestety, letnicy korzystający z uroków okolicy wyrzucają do naszych lasów odpady całymi workami, a plażowicze kąpiący się w rzece zostawiają rokrocznie na pobliskiej plaży prawdziwe wysypisko :( 
Kiedy już temat bałaganu w lesie został przewałkowany wzdłuż i w szerz zaczęłyśmy snuć opowieści o drzewkach, roślinkach i zwierzętach. O tym, że nie można łamać gałązek, o tym ile rośnie drzewo (szczególnie teraz, gdy "sąsiedztwo" wycina się na potęgę :( ), o tym kto zjada listki z drzewa, co robi dzięcioł kiedy stuka i jak wiewiórka (nie mogło jej przecież zabraknąć!) robi zapasy na zimę. Moje rezolutne dziewczę jest bardzo wrażliwe na los zwierzątek w lesie. Zdarza jej się znaleźć żołędzia czy szyszkę na spacerze i nieść tę zdobycz całą drogę powrotną "dla wiewióreczki" :D A ja z drżeniem w sercu pilnuję, by tego znaleziska nie zgubiła, bo spacer kończymy zwykle tuż przed drzemką i zagubiony deser dla rudego gryzonia u wykończonej dreptaniem Pyzki może z powodzeniem wywołać wodospady łez nad losem głodnego zwierzaka.

Od kiedy zaczął się sezon 'grzybowy' mamy nową misję spacerową: chodzimy na grzyby! Nie zwalnia mnie to oczywiście z opowiadania bajeczek, ale nie muszę namawiać specjalnie Pyzki do łażenia, bo "zbieramy grzyby dla Dziadziusia". Gdy wchodzimy w las prosi o własną torebkę i dumnie niesie w niej symboliczne nasze zbiory. "Duży las" jest dla nas nieosiągalny z racji naszego osobliwego w terenach leśnych pojazdu. Zaś w "małym lesie" nasze osiągi to mniej więcej ze 3 maślaki i mały podgrzybek. "Grzybobranie" kończymy więc ofiarując te cenne skarby jakiemuś grzybiarzowi z pełniejszym koszykiem w drodze do domu :) A jak nie ma grzybków to chociaż różne rodzaje mchu sobie pooglądamy.... 
Wraz z pierwszym grzybobraniem jak echo wróciły do mnie słowa Pani od przyrody, które zapamiętałam na całe życie, by nie deptać grzybów w lesie. Tą mądrością podzieliłam się z moją rezolutną latoroślą, a ona wzięła to sobie mocno do serca! Za każdym razem, gdy mijamy grzybek wskazuje go palcem, mówiąc że to dla zajączka, ślimaczka albo dla sarenki. Aż serce rosło, gdy patrzyłam na mojego małego skrzata pochylającego się z czułością nad "zepsutym" grzybkiem... 
"Mamo, napraw" :D
Do czasu!
Wygląda na to, że "stworzyłam potwora".
Faktycznie, na początku, zdarzyło mi się raz czy dwa położyć z powrotem kapelusz na kopniętym niechcący grzybku. Chociaż próbowałam wytłumaczyć, że to raczej nienaprawialne, to czasem wybierałam tę opcję "dla świętego spokoju", coby się córka nie rozkleiła... Jak jednak wiadomo "im dalej w las...", a w tym przypadku "im dalej w jesień, tym więcej grzybów" (tych dla sarenek i zajączków rzecz jasna!) i coraz trudniej jest nam spacerować, by nie urazić żadnego muchomora czy psiaka. W pewnym momencie Pyzka odmówiła spacerowania między drzewami na rzecz łażenia wzdłuż drogi, bo tam grzyby nie rosną!
Oby w przyszłym roku dała sobie wytłumaczyć, że niechcący rozdeptany grzyb to nie koniec świata!
Niemniej jednak cieszę się niezmiernie, że nie należy do tej części jej grupy wiekowej, która papierki po cukierkach (cóż, Pyzka ich nie jada, no ale można to przerobić na "chusteczki") rzuca pod stopy i z kijami gania po lesie, rozbijając muchomorowe kapelusze w drobny mak.

poniedziałek, 16 października 2017

Małe chwile wolności cz.3

Przychodzi matka do lekarza...
...i modli się o kolejkę :D

Nagle nigdzie mi się nie spieszy!
Dzieci zaopiekowane, no bo wiadomo, "siła wyższa" :)
Ale przecież to cała wyprawa!

Najpierw jadę...
SAMA w aucie :D
Nikt nie jęczy!
Nikt nie zagłusza radia!
Mogę otworzyć okno i nikogo nie przewieje !!
Delektuję się więc tymi zapachami polskiej wsi prawdziwej, tym obornikiem po polach rozrzuconym, aromatem za szambiarką się ciągnącym, co to nie śmierdzi mi wcale, bo przecież ona właśnie od nas wyjechała...
Jadę!
Pędzę tą naszą czerwoną strzałą, 40 na godzinę, bo to przecież wieś, tereny zabudowane, chodników brak, ludzie, zwierzęta i dziury jak wąwozy w skraju drogi, uczniowie biegnący na przystanek i babcie na rowerach jadące środkiem drogi...od lewa do prawa, bo się kartofle na bagażniku przechylają...
Jadę do "centrum" - ośrodek zdrowia, szkoła, "supermarket" (a konkretnie Top Market :P) - przygoda życia to może nie jest, ale na pewno główna rozrywka tego tygodnia :D
Parkuję.
Parkowanie to ja jeszcze trenuję, więc przegazowując nieco, coby dostarczyć pracownikom ośrodka rozrywki i oznajmić, że "oto jestem!" zajmuję +/- 3 miejsca na tyłach przychodni, gdzie nikt nigdy nie wjeżdża, bo to za dużo zachodu... ale przecież nie dla mnie! Ja mam czas... Dzieci zaopiekowane... więc po dośpiewaniu ostatniego kawałka lecącego z radia (mam czas!), wysiadam :D 

"Kto z Państwa ostatni do Pani Doktor?" - pytam uprzejmie.
Zgłasza się jeden Pan...
Serio?! 
Jeden?! 
Co ja zdążę przeczytać w ciągu jednego zęba?!
Żartuję, by ukryć niezadowolenie z tak krótkiej kolejki: "całe szczęście, że tylko Pan, bo na karmienie muszę wrócić" :)
Na co miły Pan: "przepuściłbym Panią..." 
Coooo?!?!?!
Też mi się żarcik udał ! 
W żadnym razie, przecież mam czas!! :P
Nie mogę się na to zgodzić! 
W żadnym wypadku...
"... ale już mnie znieczuliła, bo kanałowe będzie" - kończy mój sąsiad po lewej zrezygnowany, a ja...
JUPI ! ! !
Kanałowe :D:D:D 
No, nie powiodło się gościowi!
Ale mi...
To na której to stronie skończyłam ? :)

Po kilku minutach wchodzi do przychodni ojciec z synem.
Zdradzają się, że są umówieni bez godziny, gdy tymczasem mnie lektura tak wciągnęła, że zapomniałam już na co czekam. Ale przecież uprzejmości nigdy za wiele. Idźże chłopie z tym dzieciakiem, miejcie to już za sobą! Ja mam czas :D 

W końcu przychodzi pora i na mnie.
"Dzień dobry, przyszłam sobie odpocząć" - zaczynam już od drzwi. Widzę na twarzach lekkie zdziwienie, więc kontynuuję: "w domu dwójka dzieci do lat 2 to sobie tu chociaż w spokoju radia posłucham, czekając książkę poczytam...".
Pani Doktor spieszy z usprawiedliwieniem "Oj, aż tak długo Pani nie czekała".
"Nie długo?! Za krótko! Pani kochana! Nawet rozdziału nie skończyłam!!+.
Zapraszają mnie na fotel, a tam pozycja leżąca, więc stwierdzam, że taki wypoczynek to już gruba przesada, a przede wszystkim duże ryzyko, że zasnę na fotelu :D Adaś ostatnio mnie nie rozpieszcza... Jeszcze kilka nocy tych spacerów a: a) przebranie na Halloween nie będzie konieczne i nawet makijaż zbędny, b) zasilę reprezentację chodziarek na kolejnych Igrzyskach Olimpijskich, c) oszaleję z niewyspania!
Rozsiadam się wygodnie w fotelu, zamykam oczy i...
Pełny relaks.
Z radia dobiegają mnie francuskie (serio!!) przeboje, przez zamknięte powieki przebija jasne, ciepłe światło... Jest ciepło, spokojnie, nikt nie woła "mamo" ani "łełełełeee".
Sielanka!
I tylko wiertło świdrujące mi właśnie dziurę prawie do mózgu przypomina mi co jakiś czas, że to nie szum morza na Francuskiej Riwierze skąpanej w słońcu, a gabinet dentystyczny z "opalającą mnie" właśnie lampą zabiegową. 
Jeszcze tylko dwie fale, tfuuu, dwa "dziubnięcia borowidełka" i kończą się moje "wakacje".
"Już? Tak szybko?" - pytam zaskoczona.
"A co, chciała Pani dłużej?".
Czy ja wiem? :P
Za borowanie to może już podziękuję, ale fotel całkiem wygodny...
Przy utwardzaniu plomby całkiem na serio byłam już bliska drzemki :)
"No to wszystko już mamy z głowy" - oznajmia radośnie Pani Doktor.
Nieeeeeeee...
Niemożliwe!
I gdzie ja się teraz będę zapisywać!
Chyba tylko do ginekologa, ale wątpię, by nie wzbudziły podejrzeń cotygodniowe wizyty... :P

Wygląda na to, że aby zachować rozkład moich relaksacyjnych wyjść nie pozostaje mi nic innego jak jeść orzechy...
...w łupinach :D

środa, 11 października 2017

Toniemy w pieluchach!

* wybaczcie temat dzisiejszego wpisu, ale "takie życie". Może komuś cośkolwiek to pomoże, albo choć pocieszy, że i u nas w pieluchach żadne tam fiołki...

Taka właśnie była moja pierwsza myśl, gdy zjechaliśmy do domu po kolejnych weekendowych zakupach na początku życia Adaśka, czyli jakieś 4 miesiące temu. Młody na "dzień dobry" dostał paskudnej wysypki od jednego rodzaju pieluch, więc po ich wyeliminowaniu używałam kilku marek na zmianę. Do tego dochodziły "pampki" dla Pyzki oraz pieluchomajty na noc... Nasz dom wyglądał trochę jak sklep albo jakiś magazyn! Jakbym obrabowała zaplecze Rossmanna... Zbiorcze opakowania wilgotnych chusteczek poprzeplatane hałdami toreb z pieluchami.   
Nie tak to sobie wyobrażałam...

PS. Żadna z marek nie płaci mi za reklamę :P
Dada i Babydream też jest na tapecie, tyle że akurat nie w kadrze...
W czasach tetry ten 'problem' rozwiązywał się trochę samoistnie, bo mokry kawał szmaty przy tyłku to raczej nic miłego. Dzieci nie chciały mokrej pupy, a mamy tony prania i odpieluchowanie gotowe!
A teraz?
Chociaż pranie i prasowanie pieluch nie jest już koniecznością jak kiedyś, to obowiązki 'pampersowe' również do przyjemnych nie należą (i trzepią dość po kieszeni :P). Za to kawał nasiąkniętej pieluchy dyndającej przy małej dupinie aż tak maluchom nie doskwiera. Zatem rozstanie z punktu widzenia małoletniego bywa trudniejsze i nie wydaje mu się być konieczne...

Miałam nadzieję, że nim powitamy na świecie Adaśka Pyzka pożegna się z pieluchami, przynajmniej w ciągu dnia. Niestety, samo się nie zrobi!
Owszem, słyszałam o przypadkach, że dziecko samo pewnego dnia zdecydowało, że kończy z pieluchami, nie wiem jednak czy chodziło tam o dzieci niespełna dwuletnie... W każdym razie Pyzka, choć dobrze wiedziała do czego służy nocnik, to nie widziała zupełnie potrzeby rozstania z pieluchą :(

Odpieluchowanie spędzało mi sen z powiek...  zapewne nie tylko mnie :P
Podobnie jak pożegnanie z butelką (u nas przeszło niezauważone) czy ze smoczkiem (tu już ciut gorzej, możecie przeczytać naszą historię tutaj) jest to moment bardzo stresujący nie tylko dla dzieci, ale, a może przede wszystkim (?), dla rodziców!
Ja zabierałam się do tego jak przysłowiowy "pies do jeża".
Kilka razy, gdy Pyzka odmówiła założenia pieluchy zostawiłam ją bez niej z nadzieją, że to TEN moment, że SAMA rezygnuje. Nakładałam najładniejsze majteczki z misiem i cierpliwie tłumaczyłam, że jest mądrą i dużą dziewczynką i całe to siuśkowe BLABLABLABLA...
Niestety, za każdym razem kończyło się to marnie, a ja odpuszczałam czekając lata i bardziej sprzyjających warunków... 
A później urodził się Adaś.
Nie miałam zupełnie głowy do odpieluchowania, no i chyba trudno mi się dziwić! Z drugiej strony jednak wiedziałam prawdę starą jak świat, że lato to najlepszy moment na takie przedsięwzięcie. Internety i ciocie "dobra rada" odradzały rozstanie z pieluchą w czasie powitania z nowym członkiem rodziny. I bądź tu człowieku mądry!
Byłam zupełnie skołowana, ale też dość miałam potykania się o worki z pieluchami tak nowymi, jak zużytymi! A tak przy okazji: wiecie ile waży worek zużytych pieluch? Myślałam, że nabawię się przepukliny targając z góry tę ekologiczną bombę średnio co drugi dzień!
  
Z pomocą przyszła mi mama, która towarzyszyła nam w pierwszych tygodniach życia Adasia. Miesiąc przed drugimi urodzinami Pyzy zdecydowaliśmy: zrzucamy dzienną pieluchę! I nie będę zgrywać tu bohaterki ani żadnej "Zosi Samosi" :) To właśnie moja mama początkowo wzięła na siebie ciężar "pilnowania" regularnych spotkań Pyzki z nocnikiem (Dzięki!). 
Ciepło i ładna pogoda sprzyjały nauce...
Pyzka ochoczo wystawiała tyłek pod krzaczek. Zaczęła nawet sprawnie komunikować potrzeby, wołając że zrobi "siku na mrówki" ;) Ubaw był z tego po pachy, bo tak jej się spodobało, że niektóre wyjścia na podwórko zmieniały się w stanie pod krzakiem. Rozochocona małymi sukcesami poszła nawet o krok dalej i życzyła sobie pozostałe potrzeby również załatwiać w "ogródkowy" sposób :P Istne szaleństwo!
Owszem, zdarzały nam się wpadki albo zbyt późne wołanie, ale generalnie byłam dobrej myśli. I nagle, po jakichś 6-ciu tygodniach coś się "skopsało". Mrówki już jej nie zachęcały, a mokre majty nie przeszkadzały :( Zaczęło się nagabywanie do wizyt w toalecie co jakieś 20 minut, by ograniczyć ilość prania. Bywało, że "nie miała czasu" żeby przysiąść na tronie, więc od niechcenia wpadała przelotem do WC, by po kilku minutach zmoczyć kolejne gatki. Nie bło łatwo, ale wiedziałam, że nie ma już odwrotu!
Nie daliśmy za wygraną.
W akcie desperacji kupiłam nawet mobilizujące "groszki", czyli lentilki. Pomysł mój własny, autorski. Tak, tej matki niedobrej, okrutnej, co to batoniki po kryjomu wyjada z "szafki grzechu", a dziecku czekolady nawet powąchać nie daje :P
Tak, wiem, że to cukier, ale "cel uświęca środki"...
Premiowaliśmy każde siusiu. Przez chwilę obawiałam się nawet czy odpieluchowywanie nie skończy się aby na fotelu dentystycznym, ale nieszczęśliwie i przy tej "mobilizacji" nastąpił regres, ratujący ząbki Pyzki.
W tej sytuacji wszyscy domownicy, "jak jeden mąż", zaczęli wołać "siusiu" i jeść czekoladowe groszki na potęgę licząc na zazdrość ze strony Pyzuli i tym samym jej powrót na "suchą ścieżkę" :P
Na spacerach robiłam swego rodzaju "wymianę". Dla wyrównania poziomu płynów, gdy Pyzka chciała pić, prosiłam, by najpierw zrobiła siusiu pod krzaczek, unikając tym sposobem spacerowych awarii.
Podziałało!
Aż za dobrze!
Na początku zamiast "siku" wołała "groszka"(w domu) :P lub "pić" (na dworze) :)
Tak czy siak wołała, przestała moczyć galoty i zrobiliśmy krok do przodu.
Kluczowe jednak w pomyślnym zakończeniu całego procesu okazało się...
...olanie (nie dosłowne, rzecz jasna) tematu z mojej strony.
Kiedy już Pyza wołała, że chce rzeczonego groszka mówiłam, że dostanie go jeśli zrobi siku. Kierowała więc swe kroki do toalety w wiadomym celu i prosiła, by jej pomóc. A ja wtedy... nie robiłam kompletnie nic! To znaczy robiłam milion innych szalenie "ważnych" rzeczy, jak np. ustawianie magnesów na lodówce... Cokolwiek, by móc powiedzieć "idź, idź, mamusia jest zajęta, zaraz do Ciebie dołączę...". Wiedziałam, że potrafi się rozebrać i zasiąść na tronie :) Po kliku dniach bez maminej pomocy przestała wołać "groszka". I tak musi ogarnąć temat sama, po co więc będzie strzępić język po próżnicy? Mówi więc pod nosem "siusiu" i leci do kibelka.
Czasem jeszcze przypomni sobie, że dostawała groszki i po wyjściu z toalety życzy sobie tej specyficznej "nagrody". I ją dostaje. Taka była umowa! Aż któregoś dnia całkiem zapomnimy, że jedliśmy kiedyś groszki "za siusiu" albo, aż groszki się skończą, bo mama poza batonikami i innymi słodkościami podjada kolorowe pastylki, gdy z elektronicznej niani dobiegają jedynie spokojne oddechy moich śpiących skrzatów.

I to nasza "historia" :)
Odpieluchowanie zajęło nam 3 miesiące.
Nie obyło się bez niespodzianek i mokrych podkładów w aucie - od początku całego przedsięwzięcia byliśmy na 100% bez pieluchy, bez wyjątków na lekarza, na drogę, czy na zakupy. Nie zabrakło także złośliwości z plamą pośrodku pokoju, która powstała podczas głębokiego spojrzenia mi w oczy "patrz mamusiu co teraz zrobię", na czele!
Zaliczyliśmy wszystko, ale najważniejsze, że mamy to już za sobą :D
...a kiedy już ogarnę Adasia w nocy, tj. nauczę go spać "od deski do deski", zacznę zarywać nocki wysadzając Pyzkę, by rozstać się z wyrobami pieluchopodobnymi definitywnie :D

czwartek, 5 października 2017

I jeszcze jeden i jeszcze raz... ślubny box

Coraz ciężej jest mi zebrać się do jakiegoś papierowego tworzenia. 
Kiedy nie brak mi czasu to brak mi sił...
Czasem planuję coś powycinać czy pokleić, a kończy się wspólnym kimaniem z Pyzką na jej tapczanie w ramach układania jej do snu. 
Nie łatwo jest wygospodarować czas na zabawę, kiedy czeka mnie stos prasowania (o zgrozo!) , sortowanie prania, zmywanie tego, co nie mieści się w zmywarce czy sprzątanie łazienki.
Kiedy jednak siostra poprosiła mnie o wyprodukowanie pudełka na ślub nie mogłam odmówić!
Co innego robić coś 'dla siebie', bo zabawa może poczekać, no ale zamówienie to zamówienie :P
Choć teoretycznie ich nie przyjmuję i nie realizuję to przecież siostrze nie odmówię! 

Miałam koncepcję na pudło w stylu vintage, ale trochę zabrakło mi materiału... Potem miał być box "drewniany", ale papier imitujący drewno nie chciał współpracować, a wzory układały się nie po mojej myśli. Ostatecznie powstało coś między cukierkowym a romantycznym, retro i vintage ;) Pomieszanie z poplątaniem w eleganckim wydaniu! 
Po raz kolejny najtrafniej opisuje go chyba sformułowanie "mniej znaczy więcej".
"Klientka" zachwycona i to najważniejsze :)
Jak wyszło?



   

wtorek, 3 października 2017

Wyprawić się z dziećmi...

Jedna ze znajomych, świeżo upieczonych mam, zapytała mnie ostatnio po jakim czasie od narodzin naszych dzieci "wyszliśmy z nimi do ludzi?". Odpowiedź była prosta: praktycznie od razu :) Nie, nie zabraliśmy żadnego z nich w drodze ze szpitala do supermarketu, ale też nie trzymaliśmy ich "pod kloszem".

Choć we Francji podejście położnych było dość osobliwe w tej kwestii, bo sugerowały mi, bym pozostała z dzieckiem w domu, gdyż "ona nie musi wychodzić, tylko jeść i się przytulać" to miałam na to inne nieco spojrzenie i spacerowałyśmy co dnia od 7 doby jej życia. Gdy Pyzka  miała 15 dni była z nami na pierwszej wycieczce - pojechaliśmy pokazać wtedy Dziadkom akwedukt Pont du Gard <3, a tydzień przed jej drugą 'miesięcznicą' z drugim Dziadkiem zwiedzała Arles.

Kiedy urodził się Adaś również nie zamierzaliśmy trzymać go w domu. Teraz mamy trochę inne warunki mieszkaniowe niż przy Pyzce i z powodzeniem całe dnie możemy spędzać u siebie na podwórku. Chętnie z tego korzystamy, gdy tylko pogoda pozwala, a z resztą, nawet w deszczowe dni możemy zażywać świeżego powietrza na zadaszonej części tarasu. To jednak, że mamy podwórko nie powstrzymało nas przed "ciąganiem dzieciaka" po świecie :P Żeby nie był stratny w stosunku do starszej siostry, kiedy skończył dwa tygodnie wybraliśmy się na weekend do Dziadków, a w 19 dobie życia zafundowaliśmy mu wyjście do ZOO.
Było to nasze pierwsze wyjście z dwójką maluchów i muszę przyznać, że nie do końca ogarnęliśmy temat... Synek, choć nakarmiony, przewinięty i ani zmarznięty, ani też przegrzany marudził cały czas. Teraz już wiem, że to po prostu typowy facet. Nie przepada za spacerami stylem "zakupowym" po prostu :) Może stać w jednym miejscu i dwie godziny, i wtedy smacznie śpi, albo też zażywać świeżego powietrza podczas miarowego marszu. Jednak opcja 'dwa kroki - postój - trzy kroki - postój" jest decydowanie nie dla niego. Niestety, trzy miesiące temu tego nie wiedziałam, więc trochę nerwów kosztowało mnie pchanie po ogrodzie zoologicznym tego kwęczącego wózka. Pan Mąż pełny wiary w swe starsze dziecko nie zdecydował się na wypożyczenie dla Pyzki ciąganego wózka. Kiedy po przejściu ponad połowy parku zmieniliśmy zdanie i zapragnęliśmy przyczepki na Pyzkę, okazało się, że przy drugim wejściu do ZOO nie ma żadnego tego typu pojazdu do dyspozycji ;( Tym sposobem zafundowaliśmy sobie na koniec dnia dwóch "kwękaczy" i ledwo doczołgaliśmy się do auta. Pomyli się jednak ten, kto myśli, że był to koniec naszego chrztu bojowego na wychodnym z dzieciakami. Oboje byli potwornie zmęczeni. My oczywiście też, ale próbowaliśmy nad tym zapanować, w przeciwieństwie do naszych pociech. Zatem, całą drogę powrotną jedno przed drugie płakało, krzyczało i kwękało na zmianę, a my nie mieliśmy pojęcia co z tym począć. Na początku chciało mi się wyć razem z nimi :P W końcu robiliśmy postój, wyjęliśmy małych maruderów z fotelików, napoiliśmy, tych których się dało zakorkowaliśmy smoczkiem, a potem, po zregenerowaniu się z pomocą czarnego, gazowanego napoju zawierającego duuuużo chemii oraz więcej cukru niż cukier (tak, wiem, nie powinnam była...ale matce też się coś w takich ciężkich chwilach należy!), przy niesłabnącym akompaniamencie zawodzenia Pyzki "mammoooo, maaamooo", ruszyliśmy dalej. Po tej "wyprawie" Pan Mąż stwierdził, że następny wspólny wypad to za jakieś sto lat może...
Jak jednak wszyscy doskonale wiedzą, 'czas leczy rany' i takie tam ;P i już po 3-4 tygodniach zdecydowaliśmy się na ponowne mini-wczasy u Dziadków, połączone z wyjściem na wesele oraz na rodzinny obiad w restauracji. Konkluzje z tychże "atrakcji"? Łatwiej zostawić łobuzy z Dziadkami i iść na kilkugodzinną imprezę niż wrócić z nimi 'skądśkolwiek' :P Po raz kolejny dali nam nieźle popalić w aucie w drodze powrotnej... I znów obiecywaliśmy sobie, że "nigdy więcej", ale przecież już wiecie, że nie dotrzymaliśmy słowa, bo m.in. z Meksykanami znów testowaliśmy Pyzkę i Adaśka w plenerze i na dalekie dystanse :) I wygląda na to, że do 3 razy sztuka w tym przypadku się sprawdziło. Chyba nasze pociechy pomiarkowały, że nie damy za wygraną i stwierdziły, że zamiast się buntować czas pogodzić się z losem :P

Drugi weekend września spędziliśmy więc znów w naszym ulubionym Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. Pomni nauk i doświadczeń zaopatrzyliśmy się tym razem w dwa pojazdy i pewnie m.in. dlatego możemy uznać ten wypad za bardzo udany :)







Odczarowaliśmy pierwsze złe wrażenie, jakoby nie dało się opuścić miejsca zamieszkania w składzie 2+2. Owszem, wymaga to trochę pracy, praktyki i wysiłku, ale jest możliwe i może przynieść naprawdę dużo frajdy.
O kolejnych naszych sukcesach (czy ewentualnych porażkach) na polu rodzinnych wypraw na pewno przeczytacie na blogu ;P


środa, 27 września 2017

Dzień próby

Niektórym, a z pewnością tym bezdzietnym, wydawać się może, szczególnie przeglądając kolorowe strony 'dzieciowych' blogów, że bycie rodzicem to tylko pachnące bączki, motyle w brzuchu od każdego wyseplenionego "gugugu", niekończące się "śmiechy i chichy" przy, jakże rozwijających, zabawach edukacyjnych, które każde dziecko wprost U W I E L B I A no i ogólnie sama radość :D
I generalnie się z tym zgadzam :P
I zdecydowanie popieram takie spojrzenie na rodzicielstwo, bo w przeciwnym razie gatunek nasz byłby zagrożony... I sama patrzę na te różowsze strony, spychając gdzieś w otchłań niepamięci te chwile, w których czuję, że już dłużej nie wytrzymam. 
Tak, moje dzieci, jak zapewne każde, też potrafią doprowadzić mnie do skraju wytrzymałości!
Oczywiście, z racji wieku Pyzka jest tu zdecydowaną faworytką, choć i Adaśkowi na początku naszej znajomości zdarzało się mnie pokonać. 
Nie znasz dnia i godziny, kiedy dopadnie Cię "dzień próby"...
"Dzień próby", to dzień, kiedy moje pociechy po raz kolejny testują granice mojej cierpliwości, a w zasadzie granice tak w ogóle...
Klasycznie, jak z burzą prawie, nie przewidzisz, kiedy to nastąpi.
Dziś np. nic nie zapowiadało kłopotów! 
Wręcz przeciwnie. 
Wstałam 6:20 rześka jak skowronek, bo tylko raz w nocy podkarmiałam naszego księciunia. Nie, żebym wysypiała się do 6:20, nic z tych rzeczy! (Choć przed dziećmi nie spałam nigdy dłużej, bo szkoda dnia :P No, ale "co było, a nie jest..." ). Sama świadomość, że nasz syn wraca na rozsądną ścieżkę 'spanio-karmienia' dodała mi skrzydeł i w kategorii "wyśpiłam się" (jak mawia Pyzka) zaowocowała bonusowymi punktami. Tak podbudowana, zachęcona nieśmiałymi promieniami słońca, rozwiesiłam nocne pranie i ochoczo zabrałam się za zmiany pościeli (dobrą pogodę trzeba wykorzystać...). Tu nastąpiły pierwsze zgrzyty na linii mama-Pyzka. Przetrwałam wszystko z uśmiechem, wszak była dopiero 7, czyli  nadal pora na optymistyczne podśpiewywanie "to będzie dobry dzień". Mina nieco mi zrzedła przy bitwie nr 2 pt. "ubierz się". Pyzka umie ubrać się sama, ale jak na dwulatkę przystało, robi to tylko wówczas, gdy sama uważa to za stosowne... Ostatecznie postanowiła zejść na śniadanie z portkami w kolanach, no bo przecież "nie umie". Myślałam, że trudy schodów uświadomią jej, że spodnie na tyłku to lepszy pomysł, ale o dziwo, z kompletem ząbków dotarła do ostatniego, 15-ego stopnia i powitała Dziadka majtami na wierzchu. Dziadek ku jej zdziwieniu, nie okazał niestety entuzjazmu na ten widok i to przyczyniło się szczęśliwie do skompletowania reszty garderoby. 
Po śniadaniu zjedzonym w miłej, rodzinnej atmosferze, bez krzyków, jęków i prawie bez bałaganu, bo czymże jest pół kubka mleka wylanego na stolik... wróciłyśmy na górę, by oddawać się radosnej, beztroskiej zabawie...
No i się zaczęło!

(przepraszam! dalsza treść może zawierać wulgaryzmy)


O-rzesz-k***a-ja-pie**le...
"Another day in paradise"! 
Adaś nie mógł zasnąć, bawić się nie chciał, na brzuchu nie chciał, na plecach nie chciał, na rękach nie chciał, w łóżeczku nie chciał, pod karuzelką nie chciał....Aaaaaa... Dostał kontrastową książeczkę, która "wzbudzała go najmniej" i kwęczył sobie pod nosem, zerkając raz po raz w stronę mojego małego Picasso. Ja tymczasem pilnowałam Pyzki, by nie ozdobiła ścian czy podłóg farbami czy kredkami. Malowaniu farbkami towarzyszyło wprawdzie rozlanie wody na podłogę, ale zachowałam zimną krew, z uśmiechem na ustach wytarłam kałużę z podłogi i nawet dolałam wody żebyśmy dalej mogły się bawić. W tym czasie Adaś coraz głośniej zawodził, więc w końcu zdecydowałam, że idziemy na spacer. No niestety Asia miała inny plan. Po wyczerpaniu wszystkich książeczkowych naklejek i mini-awanturze oraz tańcach w tak zwanym międzyczasie, udało mi się przekonać ją do wyjścia. Całe szczęście, przecież pościel musiałam rozwiesić!  Miałam też nadzieję, że Adaś przytnie komarka w wózku i przez chwilę posłuchamy śpiewu ptaków... 

Na podwórku, nim zabrałam się za wieszanie prania, włączyłam Pyzie jej ulubioną piosenkę na telefonie, z nadzieją, że posiedzi grzecznie na fotelu...
(ostrzegam, zaraźliwe):
Uwielbiamy niedźwiedzie z książki Przemysława Wechterowicza "Proszę mnie przytulić" <3 Kiedy Pan Mąż odnalazł na kanale Puls 2 animowany serial wyprodukowany na podstawie książki nie mogliśmy powstrzymać się przed oglądaniem! Cudne :D Polecam!!! 

Po tym krótkim teledysku rozpętało się piekło pt. "chcę warzywaaaaaaa".
Czy jestem najgorszą z matek, która nie podaje dziecku warzyw?
Chciałabym... ;P
Historia z warzywami jest niestety straszniejsza! 
Otóż, kiedyś Pyzka widziała teledysk z miśkami na komputerze i, jak to uprzejmy YouTube ma w zwyczaju, po zakończeniu w/w filmiku samoistnie wyświetliło jej się.... co?! 
Cholerny "Hymn świeżaków"...
(tak, jest coś takiego! uprzedzam każdego kto to wyszuka, że ogląda na własną odpowiedzialność...)
Kiedy więc obejrzała misie w jej małej główce otworzyła się szufladka ze świeżakiem i jak nie zacznie się drzeć "chcę warzywa". No więc krzyczała się na całą wieś, jeśli nie gminę, że ona "chce warzywa". Myślę sobie "ludzie słyszą". Eeee...zaraz, zaraz... jacy ludzie ? :P Ufff, całe szczęście, że sąsiedzi są tu tylko sezonowi! A z drugiej strony: co mnie to obchodzi co pomyślą?! Tu się dzieje życie!... Stoimy zatem na ogródku, ja kręcę przecząco głową, a Pyzka krzyczy "kcem warzywa"... Nawet przez chwilę było to trochę zabawne i zaproponowałam byśmy poszły na grządki do Dziadka po warzywa, ale chyba nie załapała żarciku. Także tego... Darła się i ryczała, w końcu rzucała na ziemię (tak, tak, jak normalny (?) dwulatek :P) i szarpała wózek ze śpiącym (szok, że przy tych dźwiękach, ale jednak...) Adasiem. Na koniec zerwała z siebie płaszcz krzycząc "mamusia, choć do domku, kcem warzywa", ale nie dałam za wygraną... Omal nie wykipiałam, a żeby się opanować i nie krzyczeć "a ja owoceeee" czy coś równie głupiego, biegałam wokół ogródkowej naszej choinki, a ona za mną. Zdecydowałam: żadnych warzyw!! :P Przetrwałyśmy! Wybiegałyśmy tę złość, rozmówiłyśmy się, mokre od potu i łez ruszyłyśmy na spacer
Nie zaszłyśmy jednak daleko. Pyzka postanowiła odwiedzić Ciocię i nie szło jej wytłumaczyć, że nikogo nie ma! Uparła się, że otworzymy bramę i pójdziemy do Cioci. W końcu zawisła na bramie, bo ona chce wejść. Mało! Wzięła nasze klucze i próbowała otworzyć kłódkę. Motała się i kombinowała zawodząc i jęcząc, nie przyjmując do wiadomości, że nikogo nie ma i klucza też nie ma :( 
No to spaceru miałam aż za wiele!
Wróciłyśmy do domu na zupę. 
Adaś dostał marchewkę, a Pyzka zupę. 
Głupia ja! Sobie też zupę zagrzałam... 
Niestety, skoro karmiłam Adasia to córkę też musiałam, bo "mała jestem". Po 15 minutach sztafety obiadowej na 3 łyżki, upieprzona dokładnie na zielono kremem z porów, spocona jak mysz i wkurzona pod niebo, a także głodna, zaprosiłam kochane moje dzieci by położyć je na poobiedni spoczynek. Adaś zaczął się już upominać o swoją porcję mleka, więc Pyzkę wysłałam samą przodem, do łazienki. Wpadła na górę i schowała się w namiocie. W końcu, po kilku minutach, gdy już karmiłam młodego, poszła do toalety i wróciła z gaciami w kolanach (czyli po sikaniu (?)). Sama wyjęła sobie strój do spania, przebrała się i położyła na drzemkę ze wszystkimi misiami. Ja w tym czasie żyłam pełnią mojego macierzyństwa, tj. karmiłam, ciesząc się w duchu, że córka sama się przebrała, i że już za kilka minut dostąpię błogiej ciszy. Gdy rozanielone moje dziecię odpadło od piersi ukazując mi przesłodką, zalaną mlekiem buzię zabrałam się za posprzątanie porozrzucanych galotów i spodni. Okazało się, że odzież jest porządnie mokra. Pomyślałam, że nasze dziecko rezolutne pewnie znów chciało samo wylać zawartość nocnika do sedesu i zalało się dokumentnie. Na samą myśl omal nie rozerwałam ze wściekłości mokrych gaci. Powstrzymałam się! Przecież chciała dobrze... Jednak w łazience nie było śladów po takowej operacji (zwykle cała podłoga do mycia, dywaniki do prania, a sedes suchy). Nic a nic. Wyszłam więc i pytam najspokojniej jak potrafię, czemu gacie i portki są mokre? W myślach karmię się wciąż nadzieją, że może nie zdążyła się rozebrać nad nocnikiem (bywa...). No, ale nie! To nie ta bajka! Bo nasza latorośl, pękając wprost z dumy oświadczyła, że zerżnęła się w gacie w samym środku pieprzonego namiotu. Pytam czy żartuje, macając w tej samej chwili namiot, bo na pierwszy rzut oka śladu nie ma. Ale już na drugi... 
No-rzesz-k*!#$%^*&!$#@%$@  
Jednak to prawda! Poszło... na matę namiotową (z wypełnieniem, a jakże!), miśka, lalkę z wełny wypchaną runem owczym (!!!), rogala-kojec do spania i dwie poduszki! Wszystko oczywiście przeleciało również na podłogę oraz nową (2 tyg.) wykładzinę. Nie, żebym rozwiesiła przed spacerem, w jakże dramatycznych okolicznościach, drugie pranie...
No i tak dobrnęliśmy do godziny 13.
Teraz, gdy to piszę jest 13.20, a oni nadal nie śpią. 
Adasiek co chwilę gubi smoczek i jęczy, bo nie mogąc go znaleźć zagryza paluchem, a siostra oczywiście mu nie pomaga, bo śpiewa w łóżku pod nosem 'Papużkę', choć w akcie desperacji już dwa razy groziłam, że zalepię jej buzię plastrem (po minie i głośności śpiewu wnoszę, że wie że żartuję... Do tego robi to tak słodko, że chociaż jestem na krawędzi, gdzieś między krzykiem rozpaczy, a śmiechem przez łzy, mam ochotę poprosić, by zrobiła to jeszcze raz ;P

* * *

13:30
Śpią!!!
Padam na twarz, a zamiast upragnionej ciszy za głową buczy mi pralka z cholernymi, zaszczanymi poduchami! I jak to później rozwiesić, by znów nie paść ofiarą 'warzyw'? na samą myśl mam gęsią skórę...

* * *

Zjadłam 3 ptasie mleczka, 4 wafle ryżowe (dietetycznie?), 2 (albo 3...) kawałki szarlotki, garść rodzynek i parę (no dobra, paręnaście) wafli a'la andruty i trochę mi lepiej, ale też gorzej, bo nie ma chipsów, a to one pomagają mi najbardziej! 
Tak, wiem, to dużo cukru! 
Ale...
Jeśli nie przeżyłaś/-łeś nigdy takiego "dnia próby" - nie oceniaj! A jeśli masz to już za sobą to wiesz, że zbieram siły na to, co spotka mnie po drzemce... i pocieszam za to, co było przed...  :P 

* * *

Nie może być ciągle "różowo", bo któż doceniałby wówczas te dobre chwile? :D
Czasem musi boleć... "ponoć jak boli to czujesz, że żyjesz"...