czwartek, 20 lipca 2017

Ile w niej ze mnie!!

Dzisiejszy wpis został zainspirowany pewnym zakurzonym albumem ze zdjęciami.
Tyle wspomnień na kilku zaledwie kartach ;)
Przedszkolne bale przebierańców, komunia, obozy harcerskie... całe moje dzieciństwo i młodość w obrazkach. W albumie były również fotografie z momentów, których nie mogę pamiętać, a jednak jestem w stanie je sobie przypomnieć...
Jak to możliwe?
Spoglądam na podniszczone, czarno-białe zdjęcie mnie sprzed blisko 30 lat (fotografia wykonana 11 stycznia 1988) i widzę... Pyzkę! Takie samo zdjęcie (choć w kolorze) pstryknęłam jej dwa miesiące temu :)

Nie tylko rodzinny album pokazuje, że "jaka matka, taka córka" ;P

Po 'internetach' od lat krążą artykuły, które regularnie zalewają media społecznościowe, głoszące, że inteligencję dziedziczy się po matce :)
Czyli jeden 'pewniak' już jest :P

Hehe...

A tak serio...
Co Pyzka ma ode mnie, po mnie czy ze mnie??

*
Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy zaraz po jej urodzeniu był nosek...
MÓJ nosek :)
Miałam nadzieję, że tak właśnie będzie, bo, obiektywnie rzecz ujmując, mój jest ładniejszy :P
Z radością zarejestrowaliśmy zatem fakt, że ma mamusiny, zadarty kinolek.
Żeby nie było, że Pan Mąż nieładny... On ma za to ładniejsze oczy, więc obdzieliliśmy ją tak, by dostała wszystko, co najlepsze!

*
Podobnie jak ja, nasza córka jest wyjątkowo ostrożna. 
Jestem cykorem, przyznaję się bez bicia!
Nie dla mnie sporty ekstremalne, a w zasadzie żadne... Boję się nawet jazdy na łyżwach. Tak, próbowałam! Nawet jechałam do przodu ;) Wszystko poszło dobrze dopóki nie zaliczyłam wywrotki - wówczas moja wyobraźnia roztoczyła przede mną wizję odciętych palców przez innego amatora ślizgawki. Na tym skończyła się moja kariera łyżwiarska. 
Pyzka jazdy na łyżwach jeszcze nie próbowała, za to jeździła już na taczce, rowerem biegowym czy z dziadkami na skuterze (czyt. siedziała na motocyklu). Za każdym razem podchodzi jednak do tego typu doświadczeń ze sporą rezerwą. Nie wspomnę już o zwyczajnych spacerach, gdy na naszej trasie spotykamy auta. Owszem, wyczulaliśmy Pyzkę na pojazdy na naszych leśnych i polnych drogach, bo brak tu chodników, a o wariatów nietrudno, jednak nie wiem skąd w niej aż tyle paniki... Gdy widzi auto na drodze ucieka na pobocze w takim tempie, że trudno ją dojrzeć!

*
Już od baaardzo dawna wiem, że, tak jak ja, Pyzka jest 'czyściochem'. 
Co to znaczy? Czy się nie brudzi?! 
Owszem, brudzi się jak każde dziecko, przy czym brud na rękach to ZŁO!
Nie ma w prawdzie różnicy czy to jedzenie czy piach, ale z piachu czasem jeszcze wytrzepie się sama, za to żywność rozmazana na rączkach skutkuje nagłym wołaniem o pomoc i kilometrami zużytych papierowych ręczników.
Ja gdy byłam mała: "- Z czym chcesz kanapkę ? - Z dżemem, ale mnie nakarm" ;D

Podobnie rzecz ma się z bałaganem na stoliku podczas posiłków... Ani jedna kropla zupy czy okruszek nie mogą pozostawać na blacie poza talerzem. Pyzka wskazuje kolejne kawałki bułki by je czym prędzej posprzątać... Nie ma mowy o jakimś "zamiataniu pod obrus". Ma być porządek! :D

*
Dziś przy śniadaniu kolejny raz Pyzka rozkładała kanapki na czynniki pierwsze, zjadając osobno ser, potem szynkę, dalej zlizując/zeskrobując palcem masło, a dopiero na końcu bułkę :D (bałagan na talerzu nie jest żadnym problemem).
Zamiłowanie do masełka, którym delektowała się osobno, brudząc przy tym całe pulchne rączki, było również moją cechą szczególną, gdy byłam w jej wieku. Ponoć trzeba było chować przede mną masło na wyższych półkach, bym nie opędzlowała całej kostki! Niesamowite, bo teraz smaruję tak cienko, że prawie nie widać ;)

*
To, że woli kluski, kartofelki, makarony, placuszki, naleśniki także ma ze mnie, bo Pan Mąż posiłkiem bez mięsa zdecydowanie pogardza :)
Widać, już gdy była malutka i na samym mleku, ja podświadomie widziałam w niej amatorkę kluchów - określenie "Pyzka" pasuje do niej idealnie :P
Chociaż, chociaż...
...mogłabym też nazywać ją "buła"...

     

<3 <3 <3

PS. 
Ciekawe, jak bardzo mamusiny będzie Adasiek :P 
Póki co, podobnie jak siostra, ma mój nos...
...a charakterek to raczej po tatusiu, bo ja byłam grzecznym dzieckiem :D

poniedziałek, 17 lipca 2017

Co robić, by było "nietelewizyjnie"?

Pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza...
Miało być basenowanie w ogródku, a tymczasem udało nam się to zaledwie dwa razy. Teraz na naszym małym akwenie żeglują sobie muchy i komary, a my tęsknym wzrokiem patrzymy w stronę podwórka :( 
Słyszałam, że to tak świetnie, że drugie dziecko urodziło się latem, bo postawię sobie wózek na tarasie, Pyzkę wrzucę do piaskownicy i mam luz-blues. Wszystko to prawda, gdybym nadal mieszkała pod niebem Prowansji :P W naszym kapryśnym klimacie werandowanie w wózku jest oczywiście możliwe, ale niestety przeniesienie piaskownicy do salonu to marny pomysł :P
Podobno jednak wszystko jeszcze przed nami... Pewnie i Wy słyszeliście, że nadciąga fala upałów. Taaaaaa, jasne....
Jakoś specjalnie nie przywiązuję się do tej wiadomości, bo to już nie pierwszy taki news tego lata. Prognozy nie bardzo się sprawdzają, więc warto mieć w zanadrzu plan awaryjny.

Książeczki, jak wiadomo sprawdzają się zawsze... Zawsze, gdy nie trzeba w tym samym czasie jakkolwiek ogarniać drugiego potomka ;] 
Puzzle też są "w dechę", przy czym "ale" jest takie samo jak powyżej. Pyzka zaś to stworzenie szalenie towarzyskie, a do tego nieco zazdrosne, jak każde dziecko w takim jak ona położeniu, zatem regularnie szuka kompana do układania... i nie ma przebacz! 

(Na zdjęciu nasz najnowszy nabytek - Puzzle tej marki to nasz hit!) 

"Tatusiek tu, Asia tu" i dalej szukać Nemo i innych kolorowych rybek :) 
A co, kiedy już przerobimy wszystkie układanki, nakarmimy lale, ugotujemy tacie zupę z drewnianych pomidorów i poskaczemy jak żabki aż do utraty tchu?

Jestem rodzicem zdecydowanie przeciwnym wychowaniu "tabletowemu". Do tej pory Pyzka obywała się świetnie bez telewizji, bajek, gier etc. Jedyne co widziała czasem na ekranie telefonu to własne zdjęcia i nagrania z jej udziałem. Uwielbia siebie (hehe), więc chętnie występuje przed nami z wierszykami czy piosenkami, by móc się potem podziwiać :)
Nie chciałam, by od najmłodszych lat bezmyślnie wgapiała się w telewizor i inne wynalazki ekranowe XX wieku, bo skoro tego nie rozumie, a tylko obserwuje migające (zbyt) szybko kolorowe obrazy, którym towarzyszą (zbyt) głośne, niezrozumiałe dźwięki, to nie może z tego wyniknąć nic dobrego... 
Od niedawna jednak, powoli i stopniowo, uchylamy przed nią rąbka tajemnicy jaką kryje w sobie czarna płyta na ścianie :P Bajeczka to zdecydowanie rarytasik w naszym domu. Nie oglądamy ich codziennie i staramy się dobierać je tak, by pomieściła to mała główka Pyzki. Naszymi towarzyszami stali się zatem Masza i Niedźwiedź, Krecik i przyjaciele oraz Reksio :D Wszystkich bohaterów bajek, których zapraszamy do naszego domu przez czarny ekran Pyzka poznała wcześniej na papierze. Myślę, że dzięki temu nie domaga się jakoś specjalnie telewizji, bo w pokoju na półce też ma swojego ulubionego "piesieka" (czyt. pieska = Reksia). Ostatnio do naszych kumpli dołączył pewien głupiutki fan miodku, którego posiadamy w pluszowej wersji :D Nasza pociecha tuli go do siebie podczas oglądania, a wtedy, kiedy nie mam w planach oglądać z nią bajeczki (tak, zawsze oglądamy razem!), urządzam jej teatrzyki, podczas których może pogadać sobie z Kubusiem (zwykle jest to nieustanne "Kocham Cię Kubusiu, buziaka!" :D). 
I tu dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu...
Teatrzyki!
To coś, co Pyzka UWIELBIA.
Wiem to nie od dziś :D
Ma nawet komplet pacynek (do obejrzenia tutaj), którymi bawimy się od przeszło roku. I choć pacynki to świetna sprawa (szczególnie te od Baśki <3 - gorąco polecam!!!) to uwierzcie mi, że dla takiego "malucha" (bo, że to już nie maluch to wiecie) kawałek koca zarzucony na krzesło i któraśkolwiek bałda wystarczą, by przenieść je do najlepszego teatru :) 
Cóż znaczy siła wyobraźni !!! 
Zdarzyło się nawet tak, że ożywiona moimi rękami i głosem Helena (nasza ulubiona lalka waldorfska jakby ktoś pytał :P) namówiła Pzykę na zjedzenie obiadu :D 
Niesamowite! 
Przecież razem przykryłyśmy kocem krzesła, za którymi się chowałam i to Pyzka podała mi aktorów do tego teatrzyku! A jednak moja propozycja obiadowa została odrzucona, gdy tymczasem Helka namówiła ją na wszystko! :P 
Nie zrozumiem jak to działa (i jak działają dzieci :P), ale ważne, że działa :)    

A co, kiedy nie mogę zrobić teatrzyku, bo ręce mam "pełne roboty" (czy też pełne dzieciaka :P)?
Nowoczesna, skomputeryzowana "Babusia" znalazła coś, co uratuje nas z takich opresji...
Pyzka siedzi jak zaczarowana, wpatrując się w ekran z uśmiechem od ucha do ucha, a ja bez najmniejszych wyrzutów sumienia robię co mam do zrobienia :D 
TAK, w jednym zdaniu napisałam "w ekran" i "bez wyrzutów sumienia"!
Dlaczego?
Bo to, co ogląda Pyzka to teatrzyk dla przedszkolaków znaleziony na YouTube.
Wystarczy trochę poszperać, a przede wszystkim chcieć, by znaleźć TAKIE perełki :)

"Rzepkę" znamy nie od dziś, ale ta wersja będzie chyba naszą ulubioną! 
Zdecydowanie rekomendujemy :


I jak Wam się podoba? 
Jak dla nas kawał świetnej roboty :D
Uśmiałam się do łez!
W sam raz dla mojego prawie-przedszkolaka!
Obie świetnie się przy tym bawimy, tańczymy i śpiewamy :) A kiedy muszę "potańczyć" z Adaśkiem Pyzulka siedzi grzeczniutko i podziwia ulubioną bajeczkę w tej doskonałej wersji!

Poszperałam trochę w sieci, co i Wam polecam... 
Sporo przedszkoli robi takie cuda dla dzieciaków i wrzuca nagrania :)

Nawet w deszczowe dni można obejść się bez telewizji !
Gorąco polecam.


PS. 
Polecicie jakieś ciekawe wydanie przygód przyjaciół ze stumilowego lasu dla dwulatki (dużo obrazków z umiarkowaną ilością tekstu) ? :)

piątek, 14 lipca 2017

Piątkowo i ślubnie

Kolejna para stanie dziś na ślubnym kobiercu :)
Pobierają się w piątek i mam nadzieję, że będą małżeństwem na piątkę, czego serdecznie im życzę! 
Sto lat Młodej Parze!!!

Box na tę okazję zaczęłam robić zdecydowanie zbyt późno i miałam obawy, że nie zdążę na czas, ale na szczęście się udało. Ale frajda znów pokleić sobie palce i zaśmiecić ścinkami papieru podłogi !! Chociaż zabawę przerywały mi co i raz lampki elektronicznej niani donoszące uprzejmie, że oto drzemka dobiegła końca to i tak miałam masę przyjemności przy tej pracy.
Oryginalny wzór papieru na pudełko pozyskałam trochę już dla mnie tradycyjnie z pięknej torebki prezentowej. Dzięki temu wiem, że nikt tego nie podrobi! :P
Tym razem zamiast kieszonek na ślubny prezent, na ściankach boxa umieściłam "szlufki". 
Długo zastanawiałam się co by tu jeszcze dodać, ale ostatecznie uznałam, że czasem 'im mniej tym lepiej' :) Ma sporo 'błyskotek', więc darowałam sobie dodatkową kokardę czy błyszczące napisy. 
 
Oby Nowożeńcy ucieszyli się na jego widok tak jak ja się raduję z końcowego efektu ! :)

Przed Wami mój najnowszy exploding box :D

Wam zostawiam podziwianie, a sama pędzę na imprezę !

 



PS. Nawiązując do moich okołoweselnych rozterek pt. "W co się ubrać?", o których tutaj niedawno pisałam: nie stroję się ani w suknię ślubną ani też w markową koszulę do karmienia ;P Zdobyłam kreację, w której wyglądam znośnie tzn. ukrywa wszelkie fałdy i nierówności brzucha :D 
Pan Mąż sugerował w prawdzie bym pomyślała o portkach na to wyjście, bo przez moją pierdołowatość (wpadam na wszelkie przeszkody nabijając sobie dziennie po kilka siniaków) wyglądam jakby mnie ktoś maltretował, ale uznałam, że to niedorzeczne :) Jak zasłonię nogi to na pewno poobijam ręce lub głowę, więc już wolę sine 'kośtyry'. 

wtorek, 11 lipca 2017

Najlepsza siostra

Przygotowania do powitania na świcie Adasia trwały od momentu, gdy zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreseczki. Oczywiście mam na myśli przygotowanie Pyzki na młodsze rodzeństwo... 
Od samego początku słyszała o dzidziusiu w brzuchu i wylewnie okazywała swoje uczucia, całując go i przytulając. Przynosiła mi swoje zabawki i układała je z namaszczeniem, koniecznie na gołym, jeszcze wtedy niedużym, "baloniku". Jak się później okazało tymi samymi uczuciami darzyła też "inne dzidziusie"....
Które? 
Na przykład "dzidziusia Taty" (hehehehehehehe). 
Nie, nie dlatego, że Tatuś zaopatrzony jest w pewną warstwę adiabatyczną w okolicy pępka, ale z tytułu posiadania pępka właśnie! :D 
Nasza córka była przekonana, że "dzidziuś" to pępek i dlatego właśnie upierała się zawsze bym, w razie potrzeby czułości z "braciszkiem", obnażała swój brzuch, bo chciała w ów pępek trafić, czy to całusem czy misiem, którym w danej chwili planowała się podzielić. 
Nim na dobre spuchłam udało nam się jednak wytłumaczyć Pyzce, że dzidziusia ma tylko mama :)

Jak już kiedyś wspominałam, zaopatrzyłam nas w odpowiednie lektury, które z uporem maniaka czytałam naszej kochanej latorośli w nadziei, że cośkolwiek zrozumie ;) Wyszło znakomicie! Myślę, że to dzięki nim mój brzuch był regularnie obsypywany zabawkami i buziakami. Doskonale rozumiała też moje trudne położenie, szczególnie w końcówce ciąży, bo zawczasu mocno skupiałam się na obrazkach, gdzie mamusia odpoczywała :) Tym sposobem mogłam polegiwać sobie u niej na tapczaniku nawet do dwóch godzin po pobudce podczas gdy ona grzecznie układała puzzle czy "czytała" książeczki :D
Wszystko poszło pięknie i ładnie...
Przygotowałyśmy, jak nasza bohaterka - Zuzia, kącik dla dzidziusia, zabawki, łóżeczko. Nawet przewijanie na lalkach potrenowałyśmy! Z powodzeniem oswoiłyśmy temat "Moje, Twoje" i choć czasem musiałyśmy dokonać inwentaryzacji zabawek czy ubranek, to zawsze wyciągając i rozwijając kolejną parę skarpet Pyzka powtarzała "to Adasia" :D
Nie udało mi się jedynie "pokazać" Pyzce jak braciszek się rusza. Choć w książeczkach pięknie to zilustrowano u nas nie było tak "różowo". Za każdym razem, gdy mówiłam, że Adaś kopie Pyzka kierowała w stronę brzucha swoje stopy... Absolutnie nie w złej wierze!! Jest  to w miarę logiczne, jakby się nad tym zastanowić :) Skoro on daje znać nogą, to czemu odpowiedź miałaby być inna?! Czegóż więcej mogłabym wymagać od wtedy półtorarocznego dziecka? :P Darowałam sobie po prostu rozważania na temat ruchów brzucha...
Zdążą się na pewno nie raz pokopać "na żywo" :P

***
Mimo wylewności Pyzki w stosunku do brata podczas ciąży byłam pełna obaw jak nasza kochana jedynaczka, oczko w głowie rodziców, poradzi sobie w nowej roli kiedy nadejdzie już czas tej próby...
Przedłużający się pobyt w szpitalu dodatkowo mnie zestresował. W końcu, w książeczkach, mama z wielkim brzuchem wychodzi z domu uśmiechnięta ( ! ! ) od ucha do ucha, by na następnej stronie wrócić z jeszcze szerszym uśmiechem (tu już uzasadnionym) i bobasem pod pachą. A w "naszej bajce" od uśmiechu do uśmiechu było 'tyyyle stron'... Na szczęście rodzinka nie próżnowała i wkładała Pyzce do głowy co dnia, że pojechałam do szpitala wyjąć z brzucha dzidziusia.

Gdy Pyzka zobaczyła w końcu Adasia uśmiech nie schodził z jej twarzy.
W zasadzie jeszcze czekając w korytarzu widziałam jak przestępuje z nogi na nogę pełna zniecierpliwienia...
Rozpłynęłam się na ten widok :D
Nie powiem, kamień spadł mi z serca przy tym pierwszym ich spotkaniu - w końcu nadal istniało ryzyko, że nie wszystko dobrze ogarnęła swym dziecięcym rozumkiem i może jednak wcale nie chcieć dzidziusia...
Głaskała jego małą rączkę i koniecznie chciała dać mu buziaka <3
Starsza siostra przeszkolona przez "Babusię" wyrecytowała mi ponadto w szpitalnym korytarzu, przy pierwszym spotkaniu z braciszkiem, że dzidziuś "małe rączki ma, małe nóżki ma i małe pupsko ma" ;D (jak głosi rodzinna legenda :P dokładnie takim tekstem przywitałam ponoć moją siostrę Zuzannę, a młodsza byłam wówczas od Pyzki o 4 miesiące). 

***
W domu, gdy już wypakowaliśmy Adasia z fotelika Pyzka nie odstępowała go na krok. 
"Asia głaszcze", "Asia buziaka", "Asia patrzy"...


Teraz, choć emocje już nieco opadły, nadal jest żywo zainteresowana bratem i biega po domu z podstawką do sedesu, by móc zaglądać na przewijak lub do łóżeczka. Pyzka pomaga mi, podając czy odnosząc pieluszki lub "pilnując" braciszka.


Oczywiście, znając jej zamiłowanie do książek, łatwo zgadnąć, że nie stroni od umilania bratu czasu lekturami.


Chętnie włącza mu grające zabawki (ależ się z tgo "cieszę"!! :P) czy dokłada kolejnych misiów, by umilić mu łóżeczkową nudę. Wiadomo, nie spuszczam jej z oka, a jednak co rusz znajduję w łóżeczku jakieś podarunki od siostrzyczki :D Na szczęście są to zwykle pluszowe czy inne tekstylne elementy, a nie, jak to miało miejsce w przypadku moim i mojej Zuzanki, drewniane klocki... Na szczęście!!, bo brak jej oczywiście wyczucia, a więc to co nazywa 'dawaniem' ("masz, masz Adasiu") w gruncie rzeczy jest rzutem zza głowy wprost na buzię, głowę, czy też, przy pomyślniejszym wietrze, brzuszek Adasia. Stąd zapewne zdezorientowany wzrok naszego bobasa, gdy widzi przed sobą siostrzyczkę....


Tak, Adaś niestety nie do końca podziela entuzjazm towarzyszący Pyzce jeśli chodzi o rodzeństwo... Zapewne ma to związek także z "wesołym miasteczkiem" jakie siostra funduje mu w ramach jego bujaczkowych pobytów, co wygląda mniej więcej tak:
- Asia buja - narracja Pyzki o niej samej :D
- Łeeeeeee eeeeeaaaaa aaaAAAaaaaa aaŁłł łłęeaaaaaee eeeeeeeee
- Asia nie bujaj braciszka (zrozpaczeni rodzice na zmianę lub w duecie)
Jego przerażona, jak nam się wydaje, mina na widok siostry może mieć też związek z podobnym co w przypadku bujaczka-leżaczka schematem postępowania z wózkiem - "Asia buja", a Adaś taki jest wybujany, że omal nie stoi na własnych nogach, bo wózeczek tylko na tylnych kółkach opiera się o podłoże.
Także okazywanie czułości to trudna szkoła życia dla nowego członka rodziny. Potrzeba całowania dzidziusia jest tak silna, że regularnie, z miłości oczywiście, ku mej nieukrywanej rozpaczy, budzi go tymi soczystymi buziakami z kolejnych drzemek. Przytrzymuje go wtedy oczywiście za główkę lub kładzie rączkę na brzuszku i nigdy nie wiem jak bardzo mocno go tuli ;(


To tylko "pół biedy"...
Gorzej, gdy próbuje pocałować rączkę Adasia, której nie sięga ustami, bo wówczas ciągnie ją do siebie. Póki co udało mi się jednak upilnować ich na tyle, że Adaśko nadal ma wszystkie kończyny :P  I raczej tak już pozostanie, bo właśnie nauczyłam Pyzulę 'przekazywać buziaki paluszkiem'. Jak to się robi? Całuje się własny paluszek, koniecznie głośno cmokając, a następnie dotyka się paluszkiem np. rączki braciszka i znów głośny "CMOK" (Pyzka jest zachwycona nową formą całowania, ja spokojniejsza, Adaś na pewno również :D).

Pyzka to najlepsza siostra na świecie! :D
Jest słodka, kochana i troskliwa (choć może z powyższego opisu nie wynika to tak "wprost" ;P)
Stale powtarza "Kocham Cię Adasiu", gdy braciszek płacze pociesza go "nie płacz Adasiu, nie płacz", a czasem dodaje też tradycyjne "kupimy Ci chechłacz" podłapane od Babusi :D.


Powtarza wszystko co wpadnie jej w ucho, więc ostatnio można też od niej usłyszeć "cicho Krzykaczu" (to cytat ze mnie :P) lub "Księciuniu" (a to też szkoła 'Babusi').
Najbardziej uśmiałam się jednak kiedy w środku nocy, gdy wstałam do Adasia, usłyszałam "nie płacz Adasiu, nie płacz". Byłam pewna, że nockę mamy z głowy... Okazało się jednak, że nasza Pyzka pociesza braciszka już "automatycznie" - gdy usłyszy jego kwękanie gada do niego przez sen :D

czwartek, 6 lipca 2017

Nie ma kaloryfera...

...ani nawet szaściopaku...

Kolejna super-karate-sexi-joga-flexi-fit-mama pochwaliła się swoimi oszałamiającymi zdjęciami jak to wypiękniała i wytrenowała w mig swe doskonałe ciało po ciąży.
Szczęśliwej mamie gratulujemy :)
A tymczasem internety się ugotowały...
Że za szybko, za ładnie, zbyt niemożliwe, by było prawdziwe i w ogóle fotoszopy!
Jakby tego było mało: ktoś z pewnością jej pomagał, sto nianiek, dwóch trenerów, a do tego, skandal !!! , bo na pewno ma 'dobre geny'.

U nas minęło już 6 tygodni od powitania na świcie Adaśka i...
Mimo dobrych genów, sztabu niań (czyt. Babcia, Dziadki etc.) i wielu prób zastosowania 'fotoszopa': "bryndza Panie, bryndza".
Zatem szczęśliwej mamie z opisu powyżej również zazdraszczamy!!
Mi raz się udało, bo po Pyzce prędko "nie było śladu". Po Adasiu zaś będę miała pamiątkę na zawsze...
Nie będę nawet próbowała ściemniać!
Nie wrzucę tu fotki mojego idealnego manicure, a co dopiero wystylizowanej mnie w super kiecce przy wózku. 
Dlaczego?
Bo paznokcie zniszczyłam grzebiąc się w piachu z Pyzką, a całą resztę ciała zdewastowałam (bo inaczej tego nie nazwę) zażerając się ciastkami i innymi słodkościami podczas ciąży. Nie zmieszczę się zatem w żadną moją sukienkę, o tych z półki "super" mnie wspominając.

Nie pochwalę się świetną formą po porodzie, bo zwyczajnie, jak pewnie większość świeżo upieczonych mam, w niej nie jestem. Owszem, czuję się dobrze (poza niewyspaniem :P) i funkcjonuję bez zarzutu, ale prawda jest taka, że nadal wyglądam jakbym była w ciąży. O 'kaloryferze', 'tarce' czy '6-ciopaku' na brzuchu mogę co najwyżej pomarzyć. Moja figura zdecydowanie nie zachwyca, oj nie!  Linia jest dość wyrazista, co nie jest to powodem do radości, ale tak jest i już... Nawet gdybym miała chwilę, by zająć się tym, co zostawiłam sobie z tłustego czwartku czy mazurków wielkanocnych na 'boczkach' (chociaż moje 'zamiłowanie' do ćwiczeń znacie), to przez "uśmiech", który wycięli mi 'pod pępkiem' jeszcze przez jakiś czas jest to po prostu niemożliwe. Gdybym wiedziała, że tak się skończy moja przygoda z drugim brzuchem (mam tu na myśli wspomniany wzorek na podbrzuszu) na pewno odpuściłabym kilka kawałków czekolady i ciasteczek, a tak mam cellulit nawet na kolanach (wiedzieliście, że to możliwe?!)!
Jednym słowem "niewesoło".
Do tego, jakby mało mi było spotkań z własnym odbiciem w lustrze, za tydzień muszę wyjść do ludzi, bo idziemy na wesele, a jak już wyżej wspomniałam, nie mieszczę się w NIC! No, oczywiście poza koszulami do karmienia... Jedna jest nawet całkiem nowa, dość wyjściowa, długość 'w kolanko', letni, żółciutki kolor, zawsze modny deseń w kropki no i z opcją karmienia, czyli praktycznie strój idealny, ale jednak coś mi mówi, że reszta gości może się połapać, że to piżama.
Jest też opcja nr 2, czyli moja własna suknia ślubna :P W prawdzie jest w rozmiarze 38, a mój aktualny rozmiar to coś między 46 a 64 (zależy w których partiach ciała), ale to jedyny mój ciuch z regulacją rozmiaru, bo ma sznurowanie z tyłu, więc mogłoby się udać... Widziałam gdzieś kiedyś, że ewentualny brak materiału na podkładkę można dosztukować albo też usunąć tkaninę całkowicie, pozostawiając seksownie nagie plecy obciągnięte sznurkiem niczym szynka (seksowna szynka! :P). Dodatkowo, sukienka nie ma ramiączek, więc dostęp do Adaśkowej kuchni wygodny... Tylko co na to prawdziwa Panna Młoda?!
Tak trudno wybrać!
Może coś doradzicie?
Ja tymczasem zbiorę tyłek z kanapy i ruszę na poszukiwania "opcji nr 3" ;)

Schowana za wózkiem - taką siebie teraz lubię :)

wtorek, 4 lipca 2017

Jak te dzieci szybko rosną...

5 dni mojego pobytu w szpitalu to 5 dni bolesnej rozłąki z Pyzką.
Dla mnie to cała wieczność, bo nigdy się z nią nie rozstawałam!
Nie było minuty, w której nie myślałabym o niej...
Co robi? Czy już spała? Co zjadła? itd. itd.
Była w najlepszych możliwych rękach, z Tatusiem, "Babusią" i resztą kochającej rodzinki, ale wiadomo, że mama to mama ;)
Chociaż nie dzieliła nas jakaś kosmiczna odległość, a moi bliscy zapewniali jej moc atrakcji i zdawali dokładną relację, prawie minuta po minucie, z każdego dnia, tęskniłam jak szalona.
Mogła oczywiście odwiedzić mnie w szpitalu (bez wchodzenia na oddział), ale bałam się, że taka wizyta zakończyłaby się morzem łez przy rozstaniu... nie wiem czyich byłoby więcej i wolałam tego nie sprawdzać!
Również rozmowy telefoniczne były mocno ograniczone, by nie wzbudzać w Pyzce (czy we mnie?) jeszcze większej tęsknoty. A kiedy już się połączyłyśmy nie mogłam się nadziwić jak dorośle brzmi jej głos w słuchawce! Byłam też w szoku jak dużo gada ta moja niespełna dwulatka. Chociaż spędzałam z nią każdy dzień i byłam absolutnie na bieżąco z jej postępami w kwestii mówienia, które czyniła i nadal czyni w zastraszającym wręcz tempie, to rozmowy z nią wbijały mnie w podłogę! Czy to aby na pewno moja mała córeczka?  

Mama uprzedzała mnie, bym przygotowała się na prawdziwy szok, gdy znów ją zobaczę, ale na coś takiego nie da się chyba przygotować!
Kiedy przyjechała po mnie i Adasia z Panem Mężem i zobaczyłam ją w szpitalnym korytarzu po tych 5 dniach, z trudem przełknęłam stojącą w gardle gulę i zgrywając twardzielkę (Pyzka nie pozwala by ktoś przy niej płakał - monopol na płacz ma ona i ewentualnie dzidziusie, ale dorosłym to po prostu nie przystoi!) wypchnęłam w jej kierunku "mydelniczkę" z Adaśkiem. Nie mogłam uwierzyć, że to dorodne dziewczę stojące przede mną i powtarzające w kółko "Mamusia z Adasiem" to ta sama Pyzka.
Zostawiłam w domu malucha, a wróciłam do panny, która przy Adasiu wygląda mi na przedszkolaka i to całkiem sporego!! Tak, wyrośnięte mam dziecko, to fakt, ale przy noworodku to dopiero robi wrażenie :P
Mówi się, że dzieci szybko rosną, ale żeby w niespełna tydzień takie COŚ?!
Nie do uwierzenia dla kogoś kto tego nie przeżył!!
Jeszcze miesiąc temu niczym bobasa zawijaliśmy ją po kąpieli w ręcznik i całowaliśmy jej czysty nosek i "małe stópki"... Dziś zostały do całowania tylko stópki (po 'małych' też nie ma śladu; ostatnio zapomniałam zabrać do Babci skarpety na zmianę, więc chodziła w "babusiowych" - takie są właśnie 'małe' ;D), bo ledwo dosięgam rozczochranej głowy, gdy leży przede mną na tapczanie i śmieje się, pokazując komplet małych, białych ząbków.

A może to wina uzębienia, a nie rozmiaru Adasia?
...nie zawsze braki w uzębieniu dodają lat ;)
prawie mieszczą się we dwoje :P
 Pyzka nie przepadała za leżeniem na brzuchu... 

wtorek, 27 czerwca 2017

Pseudowczasy

Czekając na Adasia spędziłam w szpitalu 5 dni.
Długich 5 dni...
Bo cóż tu robić między jednym a drugim KTG?!
Szpital nie zapewnia zbyt wielu atrakcji, poza pikającymi monitorami w każdym pokoju, a zatem o rozrywki trzeba było zadbać samemu...
Dziś kilka słów o tym jak mi tam było :)

Ulokowano mnie w pokoju dwuosobowym z łazienką (!) :D. Choć nie byłam przygotowana ani psychicznie ani fizycznie na takie "wczasy" to muszę przyznać, że warunki nie były najgorsze :P Zdjęć posiłków nie zrobiłam, ale - wierzcie na słowo - dało się je jeść (tak dawno już nie jadłam mielonki z galaretką :P), a obiady wybierałam spośród 3 różnych wariantów menu. W prawdzie porcje były jak dla mnie ze 3 razy za małe, ale chociaż smaczne. Pewien mankament stanowiły pory posiłków. Kto wymyślił, by ostatnie jedzenie podawać o 17?! Toż to skandal (!!!) szczególnie dla "brzuchatek"... Zwykłam w odmiennym stanie (choć nie tylko :P) jadać co najmniej 3 kolacje, poczynając od godziny 19. Kiedy więc zorientowałam się, że przekraczając próg szpitala rozpoczęłam dietę, czym prędzej poprosiłam Pana Męża o dowiezienie kilku paczek ciasteczek, które pozwoliłyby uzupełnić brakujące, wieczorne kalorie :P Trafiłam na bardzo miłą współlokatorkę, która podzieliła się swoimi herbatnikami nim dotarł mój transport żywności ;) Mama mocno wzięła sobie do serca moją prośbę o ciastka. Nauczona doświadczeniem sprzed lat, gdy mój Tato rezydował w tym samym "ośrodku" spakowała Panu Mężowi wałówkę dla połowy oddziału :P Był nawet pulpet z ryby (błehehehehe!!!  - mina współlokatorki po otwarciu przeze mnie pojemnika bezcenna :P).
Warunki w szpitalu mogę podsumować stwierdzeniem "miłe zaskoczenie" :)
Personel, o dziwo, również bez zarzutu!
Czy to nadal polska służba zdrowia?!
Przeżyłam mały, pozytywny szok ;P

A cóż ja tam robiłam?!

Syn i personel szpitala zadbali o to, bym nie miała zbyt wiele czasu do zagospodarowania. Myślę, że spokojnie szłam na rekord i zużyłam najwięcej papieru do zapisów KTG z całego oddziału :D  (to pewnie z oszczędności tego papieru własnie po dwóch dniach przerwano tę "zabawę"...). Leżałam zatem i drętwiałam... Na szczęście mocno się nie nudziłam!
Mam wspaniałą przyjaciółkę, która chyba czuła te same skurcze co ja, bo dotarła do szpitala w tempie błyskawicy i z książką pod pachą, coby umilić mi oczekiwanie <3 Kiedy więc musiałam pozostawać na łóżku, oddawałam się z przyjemnością lekturze, zdając sobie doskonale sprawę, że to ostatnie chwile na poczytanie książki w spokoju :P
Trafiłam też na bardzo miłą współlokatorkę (której nie zraził nawet zapach ryby), z którą przyjemnie się gawędziło, a jak wiadomo w dobrym towarzystwie czas płynie szybciej :)
Dodatkowo, w związku z panującym w rodzinie baby boomem, tak się złożyło, że "wymieniłyśmy" się miejscami na oddziale z moją szwagierką, która opuszczała go wraz ze swoim nowym, różowym bobaskiem kilka godzin po moim przybyciu. Zdążyłam więc poznać nowego członka rodziny, wypytać się "co, gdzie i jak" i trochę poplotkować ;D

Czasem odpinali mnie od kabelków i wtedy mogłam bardziej aktywnie spędzać czas... (choć nie ukrywam, że Pyzka na pewno lepiej by mnie aktywizowała w domu i ubolewałam mocno, że stagnacja, wynikająca z uziemienia w szpitalu, poskutkuje wydłużeniem ciąży o kolejne tygodnie...).
Oczywiście odwiedzał mnie Pan Mąż, który zabierał mnie nawet na "spacerniak", czyli na przebieżkę wokół dziedzińca szpitala. Niezbyt mu się te spacery podobały, bo przyspieszałam ciągle kroku z nadzieją, że szybsze tempo poruszy nieco dziedzica w stronę świata, ale dzielnie znosił te moje sportowe zachcianki.
Ostatnią "rozrywkę" stanowiły wypady na IV piętro i do piwnicy...
Dlaczego?
Ano z tego samego powodu, dla którego krążyłam po pseudoparku szpitalnym z prędkością światła - by wydostać Adaśka :P
Na szczęście nie byłam sama! Na schodach panował spory tłok. Moje sąsiadki z innych sal - towarzyszki szpitalnej niedoli, oczekujące tak jak ja szczęśliwego rozwiązania - okupowały klatkę schodową razem ze mną. Wspinałyśmy się zatem na samą górę głównego budynku szpitala tylko po to, by "pocałować klamkę" oddziału chorób wewnętrznych. Zdyszane jak konie po westernie pocieszałyśmy się, że to na pewno pomoże, ocierałyśmy pot z czoła i ruszałyśmy w drogę powrotną. Turlanie się na dół było nieco łatwiejsze, choć i tak pot zalewał nam oczy... Z IV piętra podążałyśmy wprost do piwnicy, gdzie mieści się m.in. kaplica, jednak to nie ona była celem naszej wyprawy :) Jest tam też sklepik, ale jego również nie zaszczycałyśmy obecnością. Dreptałyśmy po prostu żwawym tempem przez te wąskie, podziemne korytarze, by pozostać w ruchu, ale jednak trochę ochłonąć, bo było to jedyne znane nam w owym czasie miejsce w szpitalu gdzie było naprawę chłodno :D Chociaż (co zapamiętam pewnie do końca życia) z poziomu "0" na samą górę jest 110 cholernych stopni, a pokonałam je dobrych kilkadziesiąt razy, to wyczyniane przez nas zabiegi niestety nie przyniosły oczekiwanych rezultatów (nie tylko dla mnie)... Dziś, gdybym miała te "wczasy" przeżyć, czy też może powinnam lepiej powiedzieć "przejść" jeszcze raz, pewnie postawiłabym na odwiedziny w sklepiku, kilka czekoladowych batoników, a może nawet wizytę w kaplicy, zaś rozbudowę pęcin zostawiłabym sobie na spacery z wózkiem i bobasem :P

Jak widzicie, mimo perspektywy nudów byłam całkiem zajęta!
A tymczasem w połowie pobytu dołączył do mnie Adaś...
I jak tu znaleźć czas na wszystko z dzieckiem u boku? ;P
Na szczęście książkę zdążyłam przeczytać wcześniej, współlokatorkę po ozdrowieniu wypisali do domu, a kumpele ze schodów też doczekały się w końcu potomstwa...
Do końca tych pseudowczasów pozostało mi więc tylko przewijanie i karmienie :)
No i nareszcie sobie odpoczęłam!

środa, 21 czerwca 2017

Rodzinka 2+2

Doczekaliśmy się w końcu  :)

Dziś w nocy minęło 3 tygodnie od tej wiekopomnej chwili...

Po długich dziewięciu miesiącach (zdecydowanie dłuższych niż za pierwszym razem :P) 31 maja 2017 roku o godzinie 0:45 powitaliśmy na świecie Adasia   <3




Tak, nazwaliśmy go Adam, a urodziłam go 31.05 i jak mówią niektórzy - podwójnie "złamaliśmy" mu życie (bo ponoć z czterech możliwych prezentów dostanie tylko dwa: jeden prezent urodzinowo-dniodzieckowy, a drugi, też wspólny, imieninowo-bożonarodzeniowy)... Ja tam jednak uważam, absolutnie skromnie, że wygrał los na loterii, bo ma super rodzinkę, a o prezenty nie musi się martwić... Pyzka potwierdzi, że mamusia umie znaleźć więcej okazji i nie pozwoli by był "pokrzywdzony" :P 

Kawaler słusznego wzrostu (58 cm) i średniej wagi (3580 g) przyszedł na świat w warszawskim Szpitalu Praskim.
Tak, 3580 g to "waga średnia"... Takie sprostowanie, gdyby komuś się wydawało, że to "duży chłopak". Otóż duży to był nasz koleżka z sali - Andrzejek. Kruszynka 5600 g, tegoroczny rekordzista praskiej porodówki! Na jego tle nasz synek wypadał jak "pokurcz" podczas naszego pobytu w szpitalu. 

Oczywiście, tak jak przewidywałam, wszystko było dokładnie odwrotnie niż bym sobie mogła zaplanować czy zamarzyć... z tym jednym wyjątkiem, że syn jest absolutnie idealny :D Najważniejsze jednak, że wszystko dobrze się skończyło, a nowy członek naszej rodziny z kompletem punktów dołączył do brykusiowej drużyny.
Całe szczęście nie było żadnej "niespodzianki", że adaś jest "Adasią"...
Tym sposobem siły się wyrównały :)
Dwie babeczki vs. dwóch chłopaków <3


Teraz uczymy się życia na nowo.
Wszystko co znane i pewne skończyło się bezpowrotnie...
Wpłynęliśmy na zupełnie nieznane nam wody i póki co dryfujemy po nich jak poniosą fale. Wierzę jednak gorąco, że z każdym dniem jesteśmy bliżej tak upragnionego lądu o nazwie "stabilizacja".
Choć przy dwójce dzieci pragnienie jakiegośkolwiek porządku rzeczy zdaje się być nierealnym marzeniem mam jednak nadzieję, że wkrótce wypracujemy nasz nowy rytm, a do planu dnia czy chociaż tygodnia wrócą takie punkty jak "chwila na bloga" czy "chwila we dwoje" przy czym nie mam tu na myśli tych momentów, gdy jedno z dwojga, czyli ja, tkwi mocnej w objęciach Morfeusza aniżeli Pana Męża ;)
Tymczasem staram się jak mogę, by nie zwariować i cieszyć się każdą minutą tego radosnego chaosu, który towarzyszy zapewne każdej powiększającej się rodzince w pierwszych dniach życia nowego członka rodziny. Momentami frustracja i bezsilność przysłaniają mi w prawdzie "blaski" macierzyństwa, ale z każdym dniem jest coraz lepiej...
A dokładniej "lepiej nie mówić" :P
Chociaż, chociaż...
... widzę już "światełko w tunelu" - dziś pierwszy raz od dwóch tygodni dzieci ucinają sobie drzemkę w tym samym czasie <3

Kiedy tylko to wspólne spanie, które dziś celebruję jak święto, stanie się naszą codziennością wrócę tu by opowiedzieć Wam jak nam się żyje w nowym składzie :D
A może nawet coś papierowego wyczaruję...
Kto wie?! :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Remontowe kwiatki Epizod VII: Sprzęty

W tym temacie również jest spore pole do popisu :D
Przy remoncie było, oj było co wybierać, a jak wiecie na rynku firm jest mnóstwo, więc trzeba było się poważnie przyłożyć!
Klasy energooszczędności, zużycie wody, wymiary, okres gwarancji - wszystko ma znaczenie!
Na koniec jeszcze musi się podobać i mieścić się w budżecie.
Wybór nie był łatwy!
Udało się?!
Prawie... :P

Skoro to wpis "kwiatkowy" to o udanych zakupach nie będzie ;] Muszę za to "zareklamować" koniecznie firmę Samsung, na której piekarnik się zdecydowaliśmy... Otóż, w piekarniku był od nowości problem z drzwiczkami. Jakieś 5 cm przed ich całkowitym domknięciem następował specyficzny "przeskok" na zawiasach. Niby nie przeszkadzało to w użytkowaniu, (w sensie drzwiczki otwierały się i zamykały) pytanie tylko: jak długo? 
Zgłosiłam sprawę do producenta od razu, jednak Pan na infolinii stwierdził, że znają problem i że nikt do mnie nie przyjedzie, bo sama mogę to naprawić w 3 minuty. Dodał też, że bez problemu załatwi to dziecko ze śrubokrętem, na co mu odpowiedziałam, że moja córka jeszcze się nie bawi takowym, zatem zapraszam do mnie serwis, bo ja się tego nie tykam... Rozkręcę, zepsuję i z gwarancją na sprzęt mogę się pożegnać. To akurat każde dziecko wie, że samodzielne naprawy skutkują wygaśnięciem gwarancji! Niestety, ponowna próba kontaktu i zaproszenia serwisu do domu skończyła się analogiczną sugestią pracownika firmy Samsung. Po telefonicznym wyjaśnieniu "drukowanymi literami", że sama nie zamierzam tego naprawiać, Pan z infolinii łaskawie wpisał mnie na listę serwisową, zaznaczając jednocześnie, że ekipa sprawdzi czy sprzęt oraz jego elementy składowe mają wady fabryczne. Jeśli wszystko jest sprawne i będzie to, jak powiedział, "jedynie kwestia regulacji" (czyt. zdjąć i zamontować drzwiczki ponownie) to mogą mi to zaproponować na MÓJ KOSZT. Zadzwoniłam zatem do serwisu i zapytałam ile ewentualnie kosztów miałabym ponieść... Uwaga: regulacja drzwiczek, którą wykonują m.in. dzieci ze śrubokrętem to koszt 160 zł ! ! ! Od tamtego dnia trenujemy z Pyzką obsługę śrubokręta... Niech bierze za regulację stówkę, a i tak będzie zarobiona :D
'Podziękowałam' firmie Samsung. Anulowałam reklamację i ponownie, dzięki sugestii pracownika infolinii sklepowej, złożyłam ją przez sklep, w którym zakupiłam feralny sprzęt.
Sklep zdecydowanie stanął na wysokości zadania, zgłosił sprawę do serwisu (tego samego, do którego zwraca się Samsung, gdy dzwoni się do nich bezpośrednio!!) i już po tygodniu gościłam u siebie przemiłego Pana, który jednym ruchem ręki naprawił usterkę. Wygląda na to, że Panowie przy montażu niechcący wypięli mi drzwiczki i stąd zaistniały problem. Nie musiałam jednak tego wiedzieć, a kupując sprzęt z gwarancją płacę także za tego typu "szkolenie", czyż nie? Zupełnie przy okazji wywiązała się z Panem serwisantem i moją siostrą rozmowa, dzięki której, "na gratisie", uprzejmy specjalista poprawił mi kabelki w lodówce, ratując tym samym wyświetlacz przed ewentualnym zepsuciem w przyszłości :)
Wszystko dobrze się skończyło, jednak niesmak po kontaktach z firmą na "S" pozostał...

Czajnik elektryczny to kolejny "udany" zakup :) Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale nie wyprzedzajmy faktów...
Spontanicznie nabyliśmy go w Lidlu, bo stary przeciekał przy nalewaniu. Nówka okazała się odjazdowo-discopolowa... Przezroczysta obudowa pozwalała obserwować gotującą się wodę, co na początku napawało mnie trochę przerażeniem... Przyzwyczaiłam się jednak do tej atrakcji :) Drugim "bonusem" urządzenia było podświetlenie rodem z Las Vegas (stąd przydomek 'discopolowy' :) ). Włączony czajnik podświetlał się od dołu na niebiesko-fioletowy kolor :D  
Niestety, gdy już przywykliśmy do jego "uroku", a było to zaledwie miesiąc czy półtora po jego zakupie, padła sprężynka domykająca klapkę. Tym sposobem woda mogła gotować się całymi godzinami... Doraźnie stosowaliśmy otwieracz do czosnku jako niezawodny "zamek" do czajnika, jednak na dłuższą metę groziło to poważnymi uszkodzeniami blatu, bo wrząca woda powodowała drgania sprzętu tak silne, że otwieracz spadał waląc z impetem w tenże. Reklamacja feralnego sprzętu przebiegła jednak zdecydowanie sprawniej aniżeli ma to miejsce w przypadku piekarnika. Obsłudze sklepu sprzęt ten był już wcześniej znany z podobnych usterek, więc bez zbędnych ceregieli zwrócono nam gotóweczkę od ręki ;)
Do domu wróciliśmy bez żalu, bo czajnik do nowej kuchni (z lawendą <3, a jakże! ) był już opłacony... Pozostało mi więc tylko wyczekiwać kuriera. Gdy zakup dotarł od razu spakowałam turystyczny sprzęcik mieszczący ledwo szklankę wody i odpaliłam kuchenkę, by testować, wyparzać i udomawiać mój nowy nabytek.
I tu kolejna "kwiatkowa" niespodzianka...
Bardzo cieszyłam się na ten zakup, żywiąc nadzieję, że nie będę musiała marnować prądu na kilkukrotne włączanie czajnika (poprzedni sprzęt nie informował o zakończeniu działalności). Nowe naczynie ma gwizdek, a zatem powinnam słyszeć, gdy woda się zagotuje... Powinnam, a jednak nie słyszę i nie wynika to wcale z ewentualnej (choć nic mi o tym nie wiadomo) wady słuchu. Klapka od czajnika z niewiadomych przyczyn od nowości się jakby nie domyka, o dosłownie 1-2 mm, które wystarczają, by na gwizdanie się nie doczekać. Nadal muszę więc stać nad kuchnią w oczekiwaniu na wrzątek lub liczyć się z tym, że za prąd zapłacę jak za zboże, a połowa wody z czajnika nawilży powietrze w naszym domu...
Uroczo :)

Mam nadzieję, że to jedyne "atrakcje" i przeprawy jakie spotkają nas ze sprzętami w nowym domu ;)
Trzymajcie kciuki, by Pyzka nie musiała naprawiać mi piekarnika ;P 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Adasiowe kartki

Pamiętacie jeszcze kartki-bodziaki wyklejone przeze mnie podczas pobytu we Francji? 
Do podejrzenia tu_1 i tu_2.
Karteczki trafiły do naszej rodzinki z nowiną o nowo narodzonej Pyzce. Wkleiłam w nie jej fotkę, datę urodzenia i kilka ważniejszych cyferek  (bez nr PESEL :P) 
Taki drobiazg sprawił rodzince trochę frajdy :) 
Babcie i dziadkowie dumnie porozstawiali karteczki po regałach i cieszyli oczy naszą królewną. 
Pomyślałam więc, że o narodzinach Adasia poinformujemy ich w ten sam sposób...
Mam nadzieję, że inne "ciężarówki" w rodzinie nie wpadną na ten pomysł, bo, jako, że mamy prawdziwy baby boom, może zabraknąć miejsca na babcinych regalikach hehehe...

Choć Pyzka była niespodzianką i starałam się z całych sił, by kartki były uniwersalne co do płci to jednak gdy teraz je oglądam, stwierdzam, że były bardziej damskie niż męskie ;) Może ie wszystkie, ale kilka z nich ociekało wręcz różem :P

Tym razem płeć jest znana, a więc i fason i kolorystyka są określone jednoznacznie.

Kartki są niejako kompletem do publikowanych tu już wyrobów 'adaśkowych', jak metryczka czy album ciążowy, a zatem pozostajemy w kolorystyce błękitu, szarości i gdzieniegdzie domieszki żółtego. 
Dla mnie jak zwykle bomba! :D
(100% skromność)
A tak serio... Nawet jeśli mają jakieś niedociągnięcia czy braki, to wyszły spod mojej rączki i jest w nich jakaś malutka cząstka mnie co czyni je dla mnie najlepszymi podarunkami na świecie, O!






A Wam jak się podoba taka forma ogłaszania przyjścia na świat nowego członka rodziny? :)

wtorek, 6 czerwca 2017

Wycieczka do ZOO

Pogoda w majówkowym tygodniu była dość nieprzewidywalna...
Nie można zatem było zaplanować sobie praktycznie niczego :(
Chcieliśmy grillować, a łapał nas deszcz...
Planowaliśmy prace domowe, by jakoś sensownie spożytkować czas, gdy okazywało się, że aura sprzyja robotom ogródkowym. Cały tydzień był taki zwariowany - z nosem przyklejonym do szyby w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie "co też dziś będziemy robić?".
Chociaż już ledwo się kulałam, ciągnęło mnie na jakieś "włóczęgi"... Gdzieś poza naszą usianą kałużami leśną dróżkę i polanę przypominającą bardziej zielone jezioro :) 
W końcu, w czwartek, czyli już teoretycznie po majówce, choć Pan Mąż np. nadal świętował początek maja z nami w domu <3 zdecydowaliśmy się zaryzykować spacerowe wyjście. Początkowo mieliśmy wybrać się do pobliskiego miasteczka, oddalonego o jakieś 10 km od naszego bezpiecznego domku, by w razie czego móc jak najszybciej uciec, gdyby złapał nas deszcz.
Pyzce opowiedzieliśmy, że pójdziemy na spacer, na którym może nawet zobaczymy jakieś zwierzątko typu 'pies' czy 'kot' :) Na co młoda ochoczo stwierdziła, że skoro zwierzątko, to może "miś"... 
- Nie tym razem - odpowiedział tatuś i powróciliśmy do przygotowań, ubierania i pakowania niezbędnych akcesoriów, jak np. folia przeciwdeszczowa. Coś mnie jednak podkusiło, by sprawdzić godzinową prognozę pogody. W stolicy najbliższe 3 godziny miały być suche... Postanowiłam ten jeden raz zaufać przewidywaniom.
- A może jednak pokazalibyśmy jej misia? - rzuciłam nie do końca wierząc w powodzenie mojej próby :)
Pan Mąż może nie okazał oczekiwanego tak przeze mnie entuzjazmu dla tej propozycji, ale też nie powiedział "NIE" :D Postanowione! Jedziemy do ZOO :D:D:D
W prawdzie dzieliła nas od niego pełna godzina podróży, a zegarki wskazywały już 14-stą, ale mieliśmy misję: pokazać córce misia!
Spakowaliśmy się prędziutko i wyruszyliśmy w drogę :) Nasze perfekcyjne dziecko zdecydowało się wykorzystać czas podróży na regenerującą drzemkę - zuch dziewczyna!
Kilka minut po 15 dotarliśmy pod ogród zoologiczny i już od zaparkowania auta wiedzieliśmy, że pomysł był strzałem w 10!
- Zebra, zebra, zebra!!! - usłyszałam, nim zdążyliśmy zgasić silnik. Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się, o którą zebrę chodzi Pyzce :) Otóż, zebry wymalowane są na budynku ZOO od strony ulicy Ratuszowej :D 
Dalej było już tylko lepiej :) :) :)
Chociaż ani pora ani pogoda wydawały się nieco niestandardowe jak na odwiedziny w ZOO to wypad udał się znakomicie.
Pyzce z wrażenia buzia się nie zamykała, aż trzeba było ją upominać, by nie nałapała much...
"Żyjacha, tukan, majpka" ;D
Wszystko jej się podobało, wszystko interesowało! W pewnym momencie nie chciała już nawet iść za rękę tylko prawie biegła w poszukiwaniu kolejnego zwierzątka.


Było tak jak najbardziej lubię zwiedzać takie obiekty... spokojnie i cicho. W ogrodzie poza nami spacerowało dosłownie kilka podobnych nam rodzin z maluchami. Zwierzęta spacerowały leniwie po wybiegach tak, że można było podziwiać je w całej krasie ;) Papugi gaworzyły ze sobą, lwy wylegiwały się na samym środku wybiegu, a nosorożec odpowiadał na zaczepki porykiwaniem.


Gdy dotarliśmy do hipopotamów zaczęło nieco kropić, co wcale mi nie przeszkadzało, bo oznaczało jedynie dłuższy postój w tymże miejscu, które jest moim ulubionym z całego ogrodu zoologicznego <3 Oba warszawskie hipki akurat sobie pływały, co można oglądać przez szybę ich ogromnego basenu. Z rozmarzeniem wpatrywałam się w ich ogromne cielska, z gracją poruszające się pod wodą... Chciałabym czuć się tak lekka jak one w tej wodzie, a nie jak typowy hipopotam na lądzie ;P
Tu, ku uciesze Pyzki, schroniły się też inne spacerujące po ZOO osoby, a wraz z nimi kilkoro dzieci, z którymi Pyzka próbowała nawiązać kontakt :) Cudnie było patrzeć na te jej podchody. Patrzyła z zaciekawieniem na sobie podobne ludziki i gadała po swojemu, tłumacząc, że "tu duzia jyba" :D


Z drugiej strony czasem na widok takich scen pęka mi serce, bo ona tak bardzo tęskni za kontaktem z dziećmi... Szkoda, że Adasiek urodził się taki mały :P Pyzka snuła plany na wspólne kopanie piłką czy układanie klocków. Mam nadzieję, że brat nie sprawi jej zbyt dużego zawodu swą bierną postawą w tych pierwszych miesiącach życia...

Wizyta w ZOO wprawiła mnie w doskonały nastrój z jeszcze jednego powodu...
Ubawiłam się prawie do łez, a wszystko to oczywiście za sprawą dzieci :D
Aż trudno uwierzyć, że w pustym ogrodzie zoologicznym, gdzie zwiedzających można było na palcach obu rąk zliczyć, w kilka minut można zasłyszeć tak niesamowite historie :)

Dzieci mają moc!

Gdy obserwowaliśmy popołudniową przekąskę szympansów, potwierdzając co 2-3 sekundy "tak, majpka mniam-mniam" przy sąsiednim okienku ustawiła się 4-osobowa rodzinka z nieco starszymi latoroślami.

Niestety, nie towarzyszyli nam długo... Rodzice pospiesznie zabrali je w inne miejsce zaraz po tym, jak ich synek stwierdził, że "małpka jebanan" :D :D :D Słowo daję, że to nie moje dziwne skojarzenia, ani niedosłyszenie, co potwierdziła z resztą reakcja rodziców. Omal nie pękliśmy ze śmiechu... tylko jego tato spalił lekkiego buraka :P Zaraz potem pomyślałam, że może to i lepiej, że w naszej wersji "majpka mniam-mniam" i przestałam powtarzać "małpka je"... Niech jej będzie "mniam-mniam" - tak bezpieczniej :P


Prosto od małpek poszliśmy do słoni. W związku z tym, że te ogromne ssaki spacerowały w sporym oddaleniu chwilę zabawiliśmy przed wybiegiem, nim Pyzka je dojrzała i połapała się na co patrzy. Policzyliśmy użytkowników zagrody, określiliśmy role: "tata, soń, mama soń, dzidzi soń" :D


Sprawdziliśmy też oczywiście, czy aby na pewno każdy zwierz ma trąbę na miejscu i już mieliśmy ruszyć dalej, gdy nagle za plecami usłyszeliśmy cienki, dziewczęcy głosik, sprawdzający, jak się okazało, te same słoniowe parametry tymi słowami: "Mamo, a dlaczego temu słoniowi wystaje z tyłu trąba małego słonia?" :D :D :D  Jak myślicie, dlaczego? (podpowiedź na zdjęciu poniżej, choć już 'mały słoń' zdążył się w większości ukryć :P)


Jakże to wspaniała przygoda być rodzicem!
A wyobrażacie sobie ile takich "hitów" można usłyszeć, gdy ogród pełny jest ludzi w słoneczne niedzielne popołudnie? ;P Wprost nie mogę się doczekać kolejnych wycieczek do ZOO jak również w inne miejsca, gdzie na pewno czeka nas nie mniej rozrywek i niespodzianek ;)

Majówkowy, spontaniczny wypad do ZOO, mimo pewnych niedogodności pogodowych, które skróciły nasz spacer do auta (prognoza, której zaufałam sprawdziła się co do joty i po 3h od jej sprawdzenia faktycznie zaczęło padać) świetnie się udał. Nawet misie, które Pyzka tak kocha, obiecane na wyjeździe z domu, udało nam się pokazać w przelocie - na jakieś 3 minutki deszcz osłabł na tyle, że dało się podnieść daszek wózka :D
Wrażeń było co nie miara!
Dość, że już miesiąc opowiadamy i przeżywamy wciąż na nowo to, co widzieliśmy <3

środa, 31 maja 2017

Album ciążowy po raz drugi

Skoro popełniłam takowy dla Pzyki, to nie mogłam nie wykleić podobnej pamiątki dla drugiego potomka. Z nieukrywaną radością oddałam się "pracy" na kilka tygodni... Tak, aż tyle zajęło mi popełnienie albumu, mieszczącego wszystkie wspomnienia z czasu oczekiwania na braciszka dla Pyzki, a to za sprawą mojej małej królewny oczywiście ;) 

Pierwsza ciąża to 'leżenie i pachnienie' o ile tylko ma się na to ochotę :) 
Dużo spacerowałam, zajadałam się słodkościami i nadrabiałam serialowe zaległości...
Choć określenie tego stanu błogosławionym jest gruuuuuuuuuuubo przesadzone (co już z mojej perspektywy wytłumaczyłam tutaj) to za pierwszym razem mogłam to jakoś chwilami naciągnąć pod 'błogość' :P

Za to za drugim razem to już zupełnie inna bajka.
Szczególnie, gdy pierwsza pociecha intensywnie się usamodzielnia. Nie żebym narzekała, bo generalnie nie było źle, a położna co wizytę określała mnie mianem szczęściary (a to z powodu braku zgagi, czyli faktycznie, jak wygrana w totka :P), ale z rozrzewnieniem wspominam 'nicnierobienie' pod prowansalskim słońcem...

Jak wszyscy wiedzą z reklamy "mama nie bierze wolnego", więc czy chcę czy nie "tańczę, śpiewam, recytuję..." itd. itd. Dlatego właśnie album czekał na wykończenie tak długaśnie... 
Udało się jednak!
Jest taki jak chciałam, idealnie skomponowany :) 
Pasuje też kolorystycznie do metryczki ze słonikiem <3 (do podejrzenia tutaj)
Z powodzeniem pomieszczą się w nim wszystkie zdjęcia rosnącego brzucha i tulącej się do niego Pyzy :)
Przed Wami wersja saute...
Choć aktualnie prawie cały jest już wypełniony, to wybaczcie, ale fotki 'wieloryba' zachowam dla siebie :P















piątek, 26 maja 2017

Matka vs. matka

"Mój internet" wie o moim macierzyństwie i regularnie raczy mnie artykułami z tematyki okołodziecięcej czy okołoporodowej. Wyświetlające się 'przypadkowo' artykuły nie zachęcają mnie do diety czy uzupełnienia garderoby o nowe buty, a podpowiadają jak ułożyć do snu noworodka czy obalają mity na temat karmienia piersią. Chociaż wiem, że "nie ma końca internetu" to czasem mam wrażenie, że w niektórych tematach go odnalazłam, bo dzięki emigracji wszystkie te artykuły, a nawet komentarze do nich, mam już w małym paluszku... 
Dzięki temu dowiedziałam się między innymi, że "jedyną słuszną drogą" jest karmienie piersią i tylko piersią, najlepiej na środku ulicy (Marszałkowskiej, no bo przecież, że nie tej mojej tutaj, pośrodku niczego) i koniecznie najlepiej do pełnoletności. Z tych samych źródeł wiem też, że urodzić dziecko można tylko naturalnie, siłami natury, bez rozcinania brzucha, bo w przeciwnym wypadku "co z Ciebie za matka?!". A kto to wszystko pisze? Oczywiście inne, 'prawdziwe' matki... nóż się w kieszeni otwiera :(

Do tej pory obserwowałam to wszystko przez monitor komputera, ale jakoś osobiście mnie to nie dotyczyło. Po pierwsze dlatego, że byłam za granicą, gdzie ludzi g***o obchodziło to czym i jak karmię moje dziecko (poza pediatrą, rzecz jasna :) ). Po drugie dlatego, że nie zwierzałam się nadmiernie nikomu z moich decyzji czy poglądów, bo też nikt mnie do tych zwierzeń nie namawiał,  nie wypytywał, etc., więc zdaje się, że jak w punkcie "po pierwsze" - ludzi g*** obchodziło...
Teraz jednak, gdy rozwiązanie drugiej naszej ciąży coraz bliżej, kwestia mojego porodu zdaje się interesować wszystkich wokół. Fascynujące...
Jak?
Gdzie?
Szkoda, że nikt nie pyta : "Czy?" urodzę... :P
Już teraz wiem, co miała na myśli położna pytając, czy będziemy robić "plan porodu" (przy czym, po dostarczeniu na świat Pyzki wiem już, że zaplanować to można sobie ziemniaki na obiad, o ile ma się tę pewność, że woda nie wykipi, a one się nie przypalą...). Gdybym napisała plan porodu i wydrukowała go w tylu kopiach co ulotki o promocji w sklepie z bożą krówką w logo miałabym z głowy tłumaczenie się każdemu 'co z moim porodem'!
Przecież jakoś się ten człowiek wydostać musi, więc o co tyle hałasu?!

Czemu mnie to wkurza?
Już tłumaczę :)

Denerwuję się, bo moją odpowiedź na pytania o poród determinuje wspomnienie z pierwszego tego typu doznania... I na tej podstawie stwierdzam, że nie ma takiego miejsca, gdzie chciałabym urodzić, poza znanym mi szpitalem w Avignon. Nie ma takiego miejsca w Polsce, bo u nas, w Polsce, tak się nie rodzi... PO LUDZKU!
Skandal!
Nie, nie dlatego, że TAM, gdzieś w świecie, tak może być...
Skandal, że tak uważam, że żadne miejsce w Polsce nie jest dla mnie dobre...
I skandal, bo "co ze mnie za matka?"...
Tak jestem odbierana w większości przypadków.

Tak, skandal, bo skoro nie wgryzałam się 12 godzin w poduszkę, nie wyłam z bólu, nie zwyzywałam personelu szpitala i nie umordowałam się do granic wytrzymałości to znaczy, że nie urodziłam. Wygląda na to, że znieczulenie przekreśliło moją szansę na zostanie 'prawdziwą matką' podobnie jak wszystkim tym 'nieszczęśnicom', które stały się posiadaczkami dzieci na drodze cesarskiego cięcia.

Coś Wam powiem:
Mam to w d***
Myślcie co chcecie!
Moje zdanie jest takie, że tak, jak mogłam urodzić we Francji, powinno się móc urodzić wszędzie.
W OSOBNEJ, pojedynczej sali (to nie takie oczywiste w Polsce, nawet na świeżo wyremontowanych porodówkach!), ze znieczuleniem, i mimo trudności w komunikacji, wynikających z nieznajomości języka, w poczuciu bezpieczeństwa.

Nasze mamy/babcie/ciotki rodziły bez znieczulenia - powiecie...
Prawda!!!
Nie ma co do tego wątpliwości...
Rwały też zęby na żywca.
Ręka w górę, kto zdobył się na 'heroizm' wizyty u dentysty bez znieczulenia?
Może leczenie kanałowe (to akurat ja :D) lub wyrywanie ósemek...?
Nikt?!
Dziwne!!!

Cierpienie uszlachetnia - powiecie?
Piękny argument, ale, dziękuję bardzo, "postoję"...
Choć nie wiem póki co, co "straciłam", to nie żałuję i nie żałowałam ani sekundy tego znieczulenia i nie zawahałabym się przed ponownym podjęciem tej decyzji ani chwili.
Nie potrzebuję dowodów na bycie "supermenką", bo wiem, że nią nie jestem.

Poszła na łatwiznę - powiecie.
Możliwe...
Bo po co sobie życie utrudniać?!
Chociaż, gdy się tak bliżej przyjrzeć macierzyństwu, które trwa od porodu aż do końca życia, to faktycznie, jeden zastrzyk uśmierzający ból na kilka godzin jest tu "taaaaaaaaaaaaakim ogromnym" ułatwieniem :P
Nieprawdaż?

Nie sądzę, by miarą miłości matki do dziecka i odwrotnie była ilość wylanych z bólu łez czy założonych szwów. Wiem za to z własnego doświadczenia, że gdy nie zemdleje się z bólu czy wycieńczenia to już od pierwszych minut życia dziecka można okazać mu całą gamę uczuć. Zobaczyć i zapamiętać jego pierwszy wydany dźwięk, otwarcie powiek, "uśmiech" (czy cokolwiek by ten grymas na twarzy nie znaczył)...

7 godzin przed poznaniem Pyzki <3
Jakby ktoś nie wiedział: głupawka :P

* * *
Drogie Mamy, 
w dniu Waszego (naszego) Święta życzę Wam 
radości i miłości, ale też niespożytych pokładów energii, 
cierpliwości oraz wytrwałości 
w pełnieniu matczynych obowiązków.

I pamiętajcie: każda matka wychowująca swoje dziecko, 
opiekująca się nim dzień i noc, troszcząca się o jego zdrowie, 
dobro i szczęście zasługuje na najwyższe uznanie! 
Każda matka, która robi to wszystko, a z pewnością jeszcze więcej,
 powinna czuć się bohaterką każdego dnia, 
niezależnie od tego jak jej dziecko przyszło na świat!

Sto lat, Drogie Mamy!!!

wtorek, 23 maja 2017

Co się czyta w Brykusiowie?

Dziś spóźniony post z okazji światowego dnia książki.
Dlaczego nie pisałam o tym 23 kwietnia?
A no dlatego, że w Brykusiowie dzień książki jest codziennie ;P
Zamiłowanie do książek (o którym już kiedyś pisałam) na szczęście Pyzce nie mija :)


A zatem 23 kwietnia, czy 23 maja to tak samo dobre dni by świętować, by o tym pisać, a przede wszystkim by CZYTAĆ!!!

Świętujemy więc i CZYTAMY  :D

Pan Mąż śmieje się, że półki w pyzkowym pokoju wyglądają jak biblioteka. A mnie to bardzo cieszy! Mamy całkiem pokaźny zbiór dziecięcej literatury i wspaniałą czytelnię, a kolejne książki do czytania zawsze pod ręką ;) 

Przyznam szczerze, że ostatnio nawet trochę zaczęło mnie to zaczytanie pyzkowe męczyć, bo następujące po sobie czytelnicze sesje przerywane jedynie  krótkimi epizodami z puzzlami totalnie mnie usypiają. Nie dość, że pogoda była jaka była, nie dość, że mój lokator siłą niemalże domaga się większych dawek snu dla nas obojga, to jeszcze Pyzka serwuje mi siódmy odczyt "Duszków, stworków i potworków" D. Gellner. Absolutnie fantastyczna pozycja w naszym księgozbiorze, jak wszystkie z resztą tej autorki, ale jak to z nowymi książkami bywa - Pyzka nie daje jej ani mi odetchnąć... "jeś raz" (czyt. 'jeszcze raz').

Jednak, choć czasem proszę ją i namawiam, byśmy zbudowały coś z klocków (chociaż to woli robić z tatą) czy ustawiły wieżę, to cieszy mnie przeogromnie jej zamiłowanie do książek i mam nadzieję, że jej to nie przejdzie. Z całą pewnością mamy z Panem Mężem w tym względzie spore pole do popisu, by tę miłość do książek w niej rozwijać, a co ważniejsze, by przypadkiem jej nie zabić!
Uzupełniam więc skrupulatnie naszą biblioteczkę malucha o coraz to nowe pozycje. Wertuję blogi w poszukiwaniu perełek i portale aukcyjne, by nie zrujnować domowego budżetu, a potem już tylko czytam, czytam, czytam, zawsze gdy Pyzka zapragnie!

Aktualnie na tapecie, poza wyżej wymienionymi "Duszkami...", mamy m.in. rewelacyjne "Liczypieski" (kocham!!!) i "Szopięta" (bardziej kocha Pyzka!!!) Ewy Kozyry-Pawlak, "Uśmiech dla Żabki" (drzemka się bez tego nie odbędzie) Przemysława Wechterowicza, ale też uroczo rymowane "Całuski i Buziaczki" (każdorazowo okraszone buziakami między nami :D) Agnieszki Frączek czy "Kocham Cię!", również tej autorki. Nie mogę tu też nie wspomnieć o książeczce, która absolutnie podbiła serce Pyzki, czyli "Miłość" A. Desbordes (- Co czytamy? - Abelab (czyt. Archibald)).
Znamy je, uwielbiamy i codziennie czytamy, co nie znaczy wcale, że innymi pogardzamy...

Z hitową (jeszcze z mojego dzieciństwa) książką "z dziurami"
Śniadanko - nasza ulubiona p. Gellner
Pasiaki :)
Adasiek też przejawia zamiłowanie do literatury - wyraźnie "nastawia ucha" i wierci się, by mieć jak najlepszą pozycję do odsłuchu czytanki ;)
Historyjka o Franklinie, czyli sposobimy się na przybycie dzidziusia :D
A Wy co polecicie dla tak zaczytanego dwulatka?
Dzień Dziecka za pasem, mam więc pretekst do kolejnych książkowych zakupów :P
Czekam na propozycje ;)

środa, 17 maja 2017

Dążenie do stanu gotowości

Spotkanie z Adaśkiem zbliża się wielkimi krokami, a ja...
Nadal w proszku :(
Ostatnio jednak coś jakby drgnęło w kierunku przygotowań na nowego członka rodziny...
Pan Mąż z pomocą Dziadka złożyli łóżeczko i tym sposobem pokój dziecięcy uzyskał status 'gotowego' :D W prawdzie dwie deski przewijaka nadal czekają na poskręcanie i zamontowanie w miejscu docelowym, ale kto by się drobiazgami przejmował! (edit:wczorajszego wieczora ogarnęłam przewijak własnymi siłami = jestem bohaterem w moim domu :D)
Najważniejsze, że dekoracje są na miejscu :P



Wózek odgruzowany po Aśce, doczekał się w końcu odświeżenia...
Leżaczek natomiast pokrywa wciąż, niewielka bo niewielka, ale jednak, warstwa kurzu ;/

Są też jednak pewne sukcesy, nie wszystkie moje, ale grunt to dobra organizacja pracy :P
Dzięki Babci mamy gotową, wypraną, wyprasowaną i pachnącą wyprawkę :) Poza kilkoma drobiazgami, które Pyzka musiała testować na sobie, przez co kwalifikują się do kolejnego prania, w temacie ubranek i becików wszystko gotowe.

Udało mi się odnaleźć fotelik samochodowy i wkładkę do niego. Czemu to sukces? Bo tyle osób wiozło nasz dobytek z Francji w kilku turach, że trudno było mi wymyślić gdzie też mogła się podziać owa wkładka. Teraz leży sobie spokojnie wyprana w szafie i mam nadzieję już jej nie zgubić :P Jeśli zaś chodzi o sam fotelik to w związku z tym, że jest "używany", bo przecież woziliśmy w nim Pyzkę, musiał przejść ponowną kontrolę i serię crash testów cobyśmy wszyscy mieli pewność, że nowy członek rodziny bezpiecznie dotrze do domu :) Poniżej dokumentacja zdjęciowa potwierdzająca dobry stan techniczny fotela ...

15-kilogramowa dama z ;powodzeniem się w nim wybujała :P
Szpitalne torby spakowane, choć nadal nie mam pewności czy zawierają wszystko to czego potrzebuję. Grunt, że mam je na oczach, bo ich brak napawał mnie największym przerażeniem. Niby miałam czas, aż do dnia gdy lekarz powiedział "powodzenia", a ja zorientowałam się, że bagaży brak!

Sama nie wiem, co jeszcze powinnam ogarnąć?
Wydawało mi się, że skoro to "powtórka z rozrywki" to jestem wyluzowana, wszystko wiem, znam, radę sobie dam itd. A tymczasem załącza mi się właśnie tryb paniki...

Na szczęście Pyzka ma głowę na karku... Mentalnie sposobi się do bycia starszą siostrą i wygląda na to, że będzie dla nas dużą pomocą :D Wszystkie lalki już poprzewijała, wykarmiła i ululała, a w wolnej chwili bawi się z brzuchem, żeby umilić młodemu czas oczekiwania na poród.


Nie zapomina także o czytaniu... Zarówno do brzucha, jak i "o jego zawartości" :P



Dobrze, że tak poważnie podeszła do sprawy ;)
Przynajmniej jedno z nas będzie mogło dogadać się z "dzidziuchem", jak go ostatnio pieszczotliwie nazywa nasza mała słowotwórczyni <3

Odliczanie rozpoczęte, a poczucie upragnionego stanu gotowości i spokoju ducha... no cóż... pewnie nie nadejdzie i będę musiała z tym żyć ;P