czwartek, 21 września 2017

Małe chwile wolności cz.I

...czyli relaks w maminym wydaniu ;)

Z tytułu posiadania małego ssaka w domu póki co nie mogę pozwolić sobie na jakieś szalenie długie "wagary" od mamusiowania, ale umiem cieszyć się małymi rzeczami :P
Z resztą, ten ssak już nie taki mały - w nocy i 6 godzin pośpi, tyle że wtedy tak popularne wśród mam punkty szopingowe jak sklep z bożą krówką czy inne 'pepka' są zamknięte, więc gdzie tu wagarować?! :) 

Jak zatem relaksuje się (nie taka) młoda matka?

Dziś część pierwsza :)

Tradycyjnie już, niedługo po porodzie, wybrałam się do fryzjerki, by wyciąć to, co i tak wypadnie... Moja lista życzeń na fotelu nigdy nie jest zbyt długa: "mają dać się związać" i tyle :) Urodziłam się w tzw. kitce i tak zapewne umrę. Mogłabym więc śmiało samodzielnie skracać włosy przed domowym lustrem zaraz po związaniu ich w węzeł. Kiedyś z resztą prawie tak się to odbywało, albo jeszcze gorzej... 
Pe, moja siostro przyszywana, czy pamiętasz jeszcze Twoje fryzjerskie wyczyny na mej głowie (tak, wiem, sama chciałam...) w szkolnej toalecie w czasie przerwy? Dzięki mojej wiecznej fryzurze nie było widać niedociągnięć ;) Całe szczęście wybrałaś jednak inny zawód :* 
...Mogłabym, ale tego nie zrobię. Czemu? Bo nie mogłam odmówić sobie tej chwili 'relaksu'. Godzina w małym saloniku fryzjerskim była dla mnie jak dzień w SPA :D Choć przez konieczność karmienia Adaśka spóźniłam się blisko pół godziny (bo ja mówię "wychodzimy", a on mi na to "MLEKAAAAłłłAAAAłłłAAAAA") i zaprzepaściłam tym samym szansę na sensowną fryzurę na wesele, to na długo zapamiętam ten moment, gdy rozparta w fotelu WPATRUJĘ SIĘ W SUFIT, NIC NIE ROBIĘ, a Pani fryzjerka masuje moją, spuchniętą od nadmiaru wrażeń ostatnich dni, głowę.
Miła odmiana... Najczęściej myję głowę w asyście Pyzki, która tak pracowicie mi pomaga, że na koniec cała jest zwykle do przebrania ;] No i zapomniałabym dodać, że w warunkach domowych procesowi temu towarzyszy zwykle akompaniament pozytywki od karuzelki przy adaśkowym łóżeczku, którą z mokrą łepetyną latam nakręcać w tak zwanym międzyczasie :P Wyobrażacie to sobie?! Tak, ja też jestem po tym wszystkim do przebrania :)

Chociaż spotkanie u fryzjera było krótsze niż przewidywałam, a odbyło się już półtora miesiąca temu, to nadal, gdy po mej głowie biegają tłuściutkie paluszki Pyzki umazane szamponem, z rozmarzeniem wspominam chwile spędzone na fryzjerskim fotelu.
Niestety nieprędko znów spotkam się z jakimś stylistą fryzur...

Od porodu minęło ponad 3 miesiące i praktycznie z kalendarzem w ręku po 90 dniach to czego nie wycięła mi Pani Edytka zaczęło wypadać samo ;( Nie ma więc za wiele materiału, by poszaleć i wybrać się znów do fryzjera. Muszę poszukać innych "rozrywek"...

wtorek, 19 września 2017

Kawałek deski, a tyyyyle radości

Bo kto powiedział, że zabawki muszą być drogie? ;)
Owszem, miło jest, gdy są nowe, kolorowe, pięknie zapakowane, ale wydaje mi się, że czasem większe znaczenie ma to dla rodziców niż samych użytkowników. Któż z Was nie zna dziecka, które lepiej bawiło się opakowaniem niż prezentem, który był wewnątrz? 

Przekopując blogi mamusiowe w poszukiwaniu ciekawych zabaw, gadżetów i pomysłów na kreatywne spędzenie czasu z dzieckiem odkryłam, że hitem nr 1 jest farba tablicowa, która króluje w mieszkaniach trendy-mam. Ściana pomalowana taką farbą jest jak tablica, a dzieciaki przy użyciu kredy mogą dać upust swej fantazji. Może to i fajne, ale...
Pan Mąż na moje zapytanie o wymalowanie kawałka tablicy gdzieś na ścianie domu zapytał od razu "a co, jeśli "wyjedzie" za linię, albo poszuka innej, lepszej ściany?". Wierzę, że tak by nie było. Wiadomo, że każdej matce brak obiektywności i nie jestem tu wyjątkiem z tym, że moje dziecko jest naj-, naj- i naj- we wszystkim. Stąd moja niezłomna wiara, że taka mądra Pyzulka nie pomalowałaby nam wszystkich ścian a la Picasso (prędzej van Gogh, bo z tym malarstwem ją zapoznawaliśmy:P). Słyszałam też o "układach" rodzic-dziecko i ustalaniu tylko jednego miejsca w domu gdzie ściany można malować, ale wiadomo, dzieci to tylko dzieci, i ryzyko istnieje :)  Nie drążyłam tematu tworzenia tablic na ścianach pokoi tylko poszukałam, poszperałam, kliknęłam "kup teraz" i za kilka dni powitałam paczuszkę z folią tablicową. 
Po remoncie zostało nam sporo mebli w częściach. Poprosiłam więc dziadka, by z naszej przydomowej 'castoramy', jak pieszczotliwie nazywamy dziadkową komóreczkę z 'przydasiami', przytargał mi jakiś kawał szafy i nakleiłam na nim elegancki kawał folii. W zestawie były też różne kolory kredy. W ten sposób w kilka minut tablica do malowania była gotowa, a ściany domu uratowane. Płyta z naklejką jest na tyle duża, że spokojnie pomieści się przy malowaniu więcej dzieci i nie wchodzą sobie w 'paradę' :)

Zabawa przednia...


Nowa zabawka stanęła na tarasie. Dzięki temu nawet w mniej pogodne dni możemy posiedzieć pod dachem na świeżym powietrzu i nadal mamy co robić. Adaś zadowolony drzemie sobie w łóżeczku, a Pyzka trenuje kółka :) Sama radość!

Moja kreatywna tablica sprawdza się też świetnie przy malowaniu farbami. Odwracam ją na drugą stronę i stół malarski gotowy. To dopiero pierwsze kontakty Pyzy z malowaniem na mokro i więcej jest przy tym sprzątania, szczególnie, że nasze dziecko jest z tych "mamo, paluch brudny, wytrzyj!" i "papier, papier, papieeeeeeeeeeer" (sama ją tego nauczyłam :( na własną zgubę, bo też taka jestem...), więc tym bardziej się ciesze, że ma taką "zabawkę" na tarasie i nikomu przy tym w szkodę nie wejść.

   

Wiem, "Ameryki nie odkryłam", ale kilka minut "spokoju", kiedy ten mały stworek-potworek mój kochany nie woła co chwila "mamoooo" tylko bawi się cichutko, samodzielnie i grzeczniutko daje mi tyle radości, że muszę ją z kimś dzielić :P  

środa, 13 września 2017

"Meksyk" w domu :)

To wydarzyło się naprawdę! 
Choć wciąż nie wierzę w moje szczęście ostatnie dwa tygodnie sierpnia spędziłam w towarzystwie przyjaciół Meksykanów poznanych podczas naszej dwuletniej avignońskiej przygody.

Parę razy musiałam się tłumaczyć, że jak to? goście z Francji? czy w końcu z Meksyku? :)  Zatem uściślam: tak, Adriana i Ricardo to najprawdziwsi Meksykanie z Meksyku (a miasta Puebla), ale przyjechali do nas z Francji, z tak dobrze nam, i Wam już pewnie też, znanego Avignon :P Korzystając z tego, że dzieli nas jeszcze niewielka odległość (ich pobyt w 'papieskim' mieście kończy się z końcem roku, a jak wrócą do Meksyku to będzie trochę daleko...) odwiedzili nas i spędziliśmy razem wspaniale czas! 
Pan Mąż przywiózł ich z lotniska w środku nocy, a ich widok w naszej kuchni był tak nierealny, że aż przetarłam raz jeszcze oczy, odpędzając resztki snu, by upewnić się, że stali tam naprawdę.  No i zaczęły się ich, ale nasze trochę też, kolejne wakacje :)

Nieco martwiłam się jak to będzie z dzieciakami, a szczególnie z Pyzką, która bardzo dużo mówi (ciekawe po kim... ? :) ). Przecież, gdy ostatni raz się widzieliśmy, ona nie mówiła, a my rozmawialiśmy po angielsku, a raczej frangielsku... Okazało się jednak, że nasz frangielski ma się dobrze, a Pzyce nie przeszkadza wcale, że nie wie co mówi ciocia z wujkiem. Ważne, że się uśmiechali. My staraliśmy się z całych sił, by wszystko tłumaczyć na dwie strony, jednak przy tak wygadanym dziecku nie było łatwo! Bywało, że podczas posiłku nie mogliśmy porozmawiać, bo stale tłumaczyliśmy naszą gadułkę :P Ady i Ricardo także bardzo się przyłożyli i w mig ogarnęli "tak", "nie", "chodź" i "Asia" (we Francji, gdy była mała wszyscy poza nami nazywali ją "żoana", ale teraz już na to nie reaguje). Kiedy więc Pyzka klepała jak najęta oni odpowiadali jej "tak" i to jej wystarczało :)

Chociaż początkowo aura nie była zbyt gościnna i naszą piękną okolicę musieliśmy prezentować w strugach deszczu, to spacery znakomicie nam się udały. Ady i Ricardo wspominali nam przed przyjazdem, że szukając atrakcji turystycznych w Polsce trafili m.in. na rekomendację Kampinoskiego Parku Narodowego. Piękne tereny, to fakt! Zważywszy jednak na odległość do tegoż parku jak również na napięty i wypełniony po brzegi harmonogram wizyty, Pan Mąż stwierdził, że jak chcą pochodzić po lesie to idealnie się składa, bo własnie w lesie mieszkamy :D

fot. Ricardo
Z okolicznych atrakcji uraczyliśmy ich również świdermajerami i kościołem, w którym kręcą TEGO "Ojca Mateusza" :D:D:D  

fot. Ricardo :)
Ja, w towarzystwie naszych 'francuskich' Meksykanów, poczułam się znów jak w Avignon i to do tego stopnia, że wchodząc do naszego "supermarketu" (jedyny w okolicy wielobranżowy sklep samoobsługowy) gotowa byłam witać się 'bonżurami' :D Pierwszy raz od powrotu z Francji otworzyła mi się ta 'szufladka' w głowie... Pozostałam jednak przy języku ojczystym, bo nie wiem jak w obcych wersjach brzmi "kiełbasa", "kaszanka" i "oscypek"(oczywiście nie ten oryginalny, ale wiecie przecież o co chodzi ;) ). 

Po obejrzeniu naszych włości goście udali się na zwiedzanie Wieliczki i grodu Kraka, zaś po tej dwudniowej rozłące ruszyliśmy wspólnie zwiedzać Warszawę.
Tu pierwszy 'hicior'. Lokum, które zorganizowaliśmy dla Ady i Ricardo miał niewątpliwą zaletę jaką była jego 'bezcenność ':). Jednak 'coś za coś'. Przed samym przyjazdem okazało się, że toaleta się zepsuła. Spokojnie! Nie trzeba było szukać latrynki za potrzebą. Problem dotyczył jedynie wody, która lała się z rezerwuaru na podłogę. Usterka została naprawiona błyskawicznie! Wodę zakręcono, a zamiast klasycznej wersji spłuczki w umywalce stanął wdzięczny rondelek. Wystarczyło tylko pamiętać, by napełnić go dla kolejnego użytkownika! Jakież to proste, nieprawdaż? :D
Dalej było tylko lepiej!
Zasugerowaliśmy spanie na materacu, bo była tam w prawdzie wersalka, ale trochę strach jej dotykać, tak delikatnie mówiąc! A materac pompowany nowy, duży, komfortowy. Po prostu same zalety. Pan Mąż całą drogę do domu roztłumaczał gościom nasze przesłanki do spania na materacu. Po wejściu do mieszkania zaprezentował wszelkie niedostatki mebla, który lata świetności ma daaawno za sobą. Tu skrzypiał, tam trzeszczał, a jeszcze gdzie indziej wystaje sprężyna... Kiedy już zakończył 'tyradę wersalkową' uroczyście ogłosił, że ma dla nich doskonały materac. Po tych słowach otworzył walizkę, a oczom naszych gości ukazał się stos szmat. Tak, tak, nie inaczej, niestety... W walizce zamiast materaca znajdowały się jakieś koce, narzuty, kocyki i inne bety. Nikt nie zajrzał do środka wcześniej, a tymczasem w takiej samej walizce materac spokojnie leżał wciąż na strychu. No i pościelili sobie jakże komfortową wersalkę...
Takiego RBNB w życiu nie zaznali! :D
Jedno jest pewne - po tych wczasach rodzina im się nie powiększy :P 
Na szczęście, gdy spotkaliśmy ich nazajutrz byli cali i zdrowi :) I całkiem też wypoczęci, więc ruszyliśmy na podbój stolicy. Nie powiem, by było łatwo. Dwójka dzieci w wózkach przy spacerach po kocich łbach, niedorzecznych windach na stacjach metra (szczególnie drugiej linii) i wąskich chodnikach oraz uliczkach Starówki to trochę wyzwanie. Jeśli dodać do tego jeszcze przerwy na karmienie Adaśka czy posiłki Pyzki oraz przewijanie i poszukiwanie toalet, a także te odcinki trasy, gdzie nasza starsza latorośl postanowiła chodzić o własnych siłach to byliśmy wręcz idealną rodzinką do nie zabierania nas gdziekolwiek :P
A jednak byliśmy....wszędzie! :D
fot. Ricardo
Maszerując od Dworca Wileńskiego, przez most Śląsko-Dąbrowski przeszliśmy całe Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Tamkę, a w końcu także wyremontowane bulwary nad Wisłą, docierając do parku fontann na wieczorny spektakl. Tu trochę się rozczarowaliśmy... Choć wg wszystkich możliwych rozpisek o godzinach pokazów miał się on zacząć o 21:30 to multimedialne show rozpoczęło się o pół godziny za wcześnie! Na szczęście jednak zdążyliśmy, a nasi goście byli zachwyceni. Potem już tylko krótki spacerek do auta na drugą stronę Wisły i aplikacja Ricardo skrzętnie obliczająca długość jego kroków wyświetliła 20 km bez 300 m! WOW!!!


fot. Ricardo
fot. Ricardo
fot. Ricardo
Przy okazji i my przypomnieliśmy sobie jak piękna jest nasza stolica! <3

Chociaż bardzo chciałam spędzać z Meksykanami każdą chwilę, to dla ich dobra do Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Żydów Polskich czy na Zamek Królewski ruszyli w kolejnych dniach już sami.

Tu dygresyjka:
Już wcześniej moja przyjaciółka wspominała mi, że korzysta ze spacerów z przewodnikiem gdy jest gdzieś za granicą. Nie sądziłam jednak, że takie "atrakcje" są dostępne i u nas! Chodzi dokładniej o "darmowe spacery z przewodnikiem" (free walking tour). W Polsce dostępne są one w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Zakopanem i Wrocławiu. Dla każdego miasta w ofercie jest kilka tematów takich spacerów, a także kilka opcji językowych! Przy zapisach na dany termin nie ponosi się żadnej opłaty, a jedynie na koniec spaceru można wynagrodzić przewodnika na zasadzie napiwku. Świetna sprawa! Meksykanie, zarówno w Krakowie jak i w Warszawie skorzystali z możliwości spacerowania z przewodnikiem. Dowiedzieli się wielu ciekawych rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Z pewnością duża w tym zasługa również tego, że mogli wybrać grupę hiszpańskojęzyczną. Nasi goście byli zachwyceni! 

Brykusiowa drużyna dołączyła do Ady i Ricardo jeszcze raz podczas pobytu w Warszawie, pokonując również całkiem imponującą trasę. Ze Starego Miasta obok Teatru Narodowego dotarliśmy do Parku Saskiego, gdzie oczywiście obowiązkowo wizytowaliśmy Grób Nieznanego Żołnierza. Dalej ruszyliśmy Marszałkowską z postojem w "Cepelii", Poznańską i Koszykową, z której podziwialiśmy odnowioną Halę Koszyki i to jak okolica ogrzewa się w blasku jej sławy. Następnie, na ul. Noakowskiego  pokazaliśmy naszym gościom "nasz" Gmach Chemii skąd dotarliśmy do Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Tu zabawiliśmy nieco dłużej, korzystając z pustek i znakomitej scenerii do zdjęć :)


Naszą pieszą wycieczkę zakończyliśmy kolacją w restauracji "Chłopskie Jadło" (wszystko smaczne, obsługa miła, kącik dla dzieci - dobre miejsce na rodzinny obiad, polecam!), by nasi towarzysze raz jeszcze mogli skosztować specjałów polskiej kuchni :)
Jeśli chodzi o rodzime delicje to zdecydowanie wygrał żurek! Chociaż próbowali wielu dań, od pierogów przez bigosy, zrazy, golonki po gołąbki, a także deserów takich jak sernik czy wuzetka, to za każdym razem podkreślali, że to żurek smakował im najbardziej. Ricardo cały pobyt nie mógł odżałować, że przy podziałach obiadków, by mogli popróbować różnych dań, Ady zostawiła mu tylko 2 łyżki naszej tradycyjnej zupki podczas gdy on nie pożałował jej połówki "schaboszczaka" (a kotlet był na cały talerz - widziałam zdjęcie :P).

Na koniec pobytu Meksykanów wróciliśmy do lasu, by trochę się polenić, posmakować meksykańskiego jedzonka, które nam przygotowali, pogościć się przy grillu i pocieszyć jeszcze trochę swoim towarzystwem :)
To był wspaniały czas pełen śmiechu i radości. Niestety, wszystko co dobre się kończy i Ady z Ricardo musieli wrócić do Avignon.
Teraz mocno trzymamy kciuki za Ricardo i jego obronę rozprawy doktorskiej w listopadzie, a potem za znalezienie stażu gdzieś niezbyt daleko ;) Może zostaną we Francji... A może uda im się znaleźć ciekawy temat w Polsce? :)
Oby!
Myślę, że My i żurek powinny wystarczyć, by zniwelować niekorzystne notowania naszego kraju z uwagi na zimę,śnieg, mrozy i szare niebo przez połowę roku... 

***
Tak to właśnie minęła nam końcówka sierpnia. 
To właśnie powód, dla którego nie zaglądałam na bloga od trzech tygodni...
Trochę czasu zajął mi powrót do rzeczywistości, a także pożegnanie z latem, bo zdaje się, że wraz z Ady i Ricardo, nie licząc ostatniego, jakże słonecznego weekendu, odleciało już od nas ciepełko :(
Teraz jednak zakasałam rękawy i biorę się za porządki!  

wtorek, 22 sierpnia 2017

Remontowe kwiatki. Epizod VIII: Schody

Pamiętacie jeszcze remontowy cykl "kwiatkowy"?
Obiecałam, że opowiem Wam w nim również o naszych schodach.
W tym miejscu, jak zawsze z resztą kiedy myślę o schodach i ekipie stolarzy, w uszach szumi mi "never ending stoooooryyyyyyyyyyy....aaaa aaa aaaaa... ", tyle, że u mnie to "aaaa" nie jest śpiewaną ,melodyjną 'wstawką', a raczej krzykiem rozpaczy!!!
Musiałam odczekać, aż emocje opadną, bo każdorazowo, gdy o tym myślałam, ciśnienie skakało mi pod niebo... Jak wiadomo, ciężarnym nerwów się nie zaleca, a i przy karmieniu piersią stres jest niewskazany. Teraz gdy myślę o naszej 'pożal się Boże' ekipie schodowej drga mi czasem w nerwowym tiku jedna powieka, a więc nerwy zostały praktycznie opanowane, a ten tik na wspomnienie o nich pozostanie pewnie ze mną tak jak te nieszczęsne schody...
A jak to było?
Umowę na wykonanie schodów spisaliśmy we wrześniu. Zapłaciliśmy zaliczkę i ustaliliśmy, że nim wrócimy na stałe do Polski robota będzie wykonana. Termin realizacji został określony na koniec listopada. Spore było więc nasze zdziwienie i zaniepokojenie gdy w połowie listopada prace jeszcze nie ruszyły... Wykonawca zapewniał nas jednak, że wszystko będzie zrobione na czas. Ostatecznie "artyści-specjaliści" wkroczyli na nasze betonowe schody 27 listopada (!!!), czyli 13 dni przed moim powrotem do kraju!! Czas, jaki sobie pozostawili był ponoć wystarczający, by zdążyć na czas. Być może to prawda, gdyby prace wykonywała ekipa fachowców... 
Wybraliśmy tralki w kontrastowym do drewnianych schodów, białym kolorze. Może, gdyby to były proste "kołki" czy wałki nasi "stolarze" podołaliby wyzwaniu. Na ich nieszczęście jednak nasz typ padł na tralki o nieco bardziej fikuśnym kształcie, kwadratowym przekroju na dole, owalnym na górze, a na domiar złego z ozdobną kulką gdzieś w połowie. Okazało się, że taka 'ekstrawagancja', choć wybrana z ichniego katalogu przewyższa o stokroć możliwości montażystów. Kiedy nasi tatusiowie zadzwonili do nas na Skype, by pokazać nam dzieło fachowców nie mogłam powstrzymać ze złości łez. Wyobraźcie sobie, że tralki zostały przycięte praktycznie na chybił-trafił, a ich charakterystyczne elementy nie układały się w równoległej do poręczy linii, choć wysokość stopni jest jednakowa... Obraz nędzy i rozpaczy. Jakby tego było mało poręcz, którą poprowadzono tak, jakby "przebijała" słup podtrzymujący sufit na piętrze, nie zbiegała się :( Dodatkowo, w tak zwanym międzyczasie jeden, ze stopni się odkleił i zaczął ruszać (szczerze mówiąc nie wiem czy zdążył się przykleić...). Zgłosiliśmy czym prędzej wszystkie reklamacje z nadzieją, że ekipa zdąży się poprawić nim wrócimy. Tatusiowie pracowicie wytłumaczyli im nasze zastrzeżenia, ale na nic się to zdało. 
Pierwsza poprawa zakończyła się jeszcze przed naszym powrotem do kraju, czyli teoretycznie "zdążyli"...
A potem nastąpiła reklamacja nr 2, którą składaliśmy już osobiście. 
Niestety, ogrom rzeczy do poprawy sprawił, że musiałam koczować u mojej mamy po powrocie do Polski w oczekiwaniu na wykończenie prac remontowych w naszym docelowym domu. Cały czas byłam jednak dobrej myśli... O ja naiwna!!! 
Jako iż poręcz była na tralki niejako 'nadziana' to naprawy dokonano "wyciągając" je tyle, ile to było konieczne. W konsekwencji tego zabiegu w niektórych miejscach biała farba pokrywająca słupki się zdarła.

Nasi specjaliści pokonali tę usterkę szalenie oszczędnie, nakładając w obdarte miejsca połyskującą, w przeciwieństwie do reszty tralek, farbę (coś jak olejną). Dramat! Serio!!! Oczywiście, by dokonać tej "poprawki", musieli zdemontować słupki wieńczące. Przy tej operacji zniszczyli zaślepki śrub, które brzydko popękały. Nie stanowiło to jednak przeszkody by zamontować je ponownie. Kilka stopni miało zupełnie inną strukturę na wierzchu. Byłam skłonna stwierdzić, że nie widziały lakieru, choć montażyści-statyści upierali się, że były lakierowane. Poprawę lakieru robili chyba ze 4 razy. Jest lepiej, ale na więcej nie starczyło nam już cierpliwości...


Druga poprawa schodów zakończyła się w połowie grudnia i wtedy tu zamieszkaliśmy. Nasza radość nie trwała jednak długo, bo od razu po obejrzeniu schodów stwierdziliśmy, że nadal robota nie jest wykonana poprawnie. To nie było zwykłe czepialstwo, o nie! Brak lakieru na dwóch stopniach i wszystkich (tak, wszystkich!) cokolikach czy też powklejane pod lakier włosy i inne paprochy to pikuś! Jeden z cokolików odpadł sam. SAM, bez dotykania, kopania, szturchania czy podważania. Po prostu "łup" i spadł na stopień niżej, a my patrzyliśmy na siebie jak głupki nie wiedząc czy śmiać się czy płakać... Wszystkie miejsca, które zostały posilikonowane wyglądały tak, jakby pistoletem do silikonu bawiła się nasza Pyzka. Coś potwornego.


Oczywiście od razu zadzwoniliśmy do stolarza, z którym podpisaliśmy umowę, by zaprosić go na oględziny tego koszmarku. Nim udało mu się do nas dotrzeć, a miało to miejsce dopiero po Nowym Roku, bo wiadomo urlopy, święta itp. itd., byłam już gotowa udusić go gołymi rękami... Stopień, który przy reklamacji nr 1 był odklejony odkleił się znowu i skrzypiał przy stąpaniu. Ten sam stopień po 2-3 dniach skrzypienia i 1 dzień po samoistnym odpadnięciu cokolika, w noc sylwestrową, gdy szłam zerknąć do pyzkowego łóżeczka, czy też nie budzą jej testowane przez miejscową dzieciarnię fajerwerki, pękł (!!!!!) w miejscu jego połączenia z panelami. Zatem w Nowy Rok weszliśmy w wisielczych wręcz nastrojach, ze świadomością, że umoczyliśmy kasę, a nasze schody, mimo kolejnych poprawek nigdy nie będą tymi, które zamówiliśmy ;(
Aaaaa, byłabym zapomniała. Okazało się również, że choć reklamowane, obdarte z farby tralki zostały wymienione, to spośród 20 zamontowanych słupków 5 czy 6 było popękanych (z powodu zbyt mocnego wkręcenia ich w śruby mocujące).     
Uwierzcie, że każdorazowe wejście na klatkę schodową przyprawiało mnie o mdłości, choć byłam już dawno po zakończeniu pierwszego trymestru ;P Nie ma się jednak co dziwić... Tak to wyglądało:


Po trzeciej reklamacji, która zakończyła się w pierwszym tygodniu lutego, a która po raz kolejny zmusiła mnie do pomieszkiwania u mojej mamy (nie żebym tego nie lubiła, ale w innych okolicznościach... opary lakierów nie są zbyt korzystne), postanowiliśmy zakończyć współpracę z ekipą. Rozliczyliśmy się, przełykając gorzką pigułkę porażki.
Nie znaczy to jednak, że zakończyła się nasza "przygoda" ze schodami... 

Jak jest dziś?
Dziś jestem już oswojona z większością remontowych bubli, z którymi przyszło nam żyć, a schody odbijają mi się czkawką najczęściej przy sprzątaniu, gdy obcuję z nimi bliżej. Podobnie ze ścianami, które ekipa schodowa zostawiła w tragicznym wręcz stanie. Ja rozumiem, że czasem coś się chlapnie czy stuknie się deską na zakręcie, sama nie jestem wybitnie ostrożna, ale nasza klatka schodowa wygląda jak z praskiej, przedwojennej kamienicy. Próbowałam doprowadzić ją do porządku i zmyć choć część odcisków palców i wszechobecnego rudego "kitu", ale na niewiele się to zdało :(   A kiedy pomyślę, że te ściany wcześniej robiła "ekipa ścianowa", by były równe i gładkie to aż chce się wyć!

Ostatnio dowiedziałam się, że windę-podnośnik zamontować można w podobnych pieniądzach... szkoda, że nie wiedziałam o tym wcześniej!! Same zalety: mniej sprzątania, mniej męczenia się, mniej nerwów... Zaletą schodów, ale nie tylko tych, jedną jedyną jest to, że pozwalają odchudzić nieco upasiony tyłek, szczególnie, gdy pokonuje się je pierdylion razy w ciągu dnia tak jak ja :P

Najlepszy widok na nasze schody?
Gdy gonię po nich za moją Pyzką, bo wtedy nie mam czasu patrzeć na fuszerki, a czasem nawet pod nogi :P

Na tym kończę nasz cykl remontowy, choć niewykluczone, że do niego powrócę. Nie życzyłabym tego ani sobie, ani nikomu innemu, nawet najgorszemu wrogowi, ale remonty i specjaliści od nich już tacy są, a przed nami jeszcze kilka spraw do ogarnięcia :( 

środa, 16 sierpnia 2017

Aktywny wypoczynek

Sezon urlopowy w pełni! 
Znajomi zamieszczają na portalach społecznościowych kolorowe fotografie pod palmą, z drinkiem, z parasolką i zanurzonymi w wodzie stopami... 
A czy Brykusie mają urlop?
A jakże!
Pani Brykusiowa od Dnia Dziecka przebywa na jakże zasłużonym urlopie macierzyńskim. Niestety, jak powszechnie wiadomo, urlop określany wdzięcznym przymiotnikiem 'macierzyński' wyklucza zwykle drinki ;( 
Co mi więc zostaje? 
Oczywiście, że uznane za jedynie słuszne postępowanie w postaci "siedzenia w domu z dziećmi", co rzecz jasna jest w 100% relaksującym, pełnym wolności i spokoju czasem. Mogę także pomoczyć spuchnięte nogi w misce po całym dniu ganiania między dzieciakami (dobrze, że Adaś póki co jest stacjonarny), jak również korzystać do woli z parasolki na ogródku (no, bo "taki mamy klimat" :D). Jak sami widzicie urlop macierzyński to synonim wypoczynku !! :) 
Ostatnio z uroków wakacji korzystaliśmy w tandemie :) Pan Mąż wybrał się bowiem na "urlop wypoczynkowy".
Choć z pewnością liczył na to, że w zaciszu przydomowego podwórka podzieli los znajomych, publikujących wakacyjne zdjęcia w sieci, zamieniając jedynie palmę na ogrodowy parasol szybko zorientował się, że nic nie dostarczy mu tylu wspaniałych chwil i rzecz jasna wypoczynku co czas spędzony wspólnie z dziećmi :D 
Aż żal było odrywać się od niczym nieskrępowanej zabawy (rozpoczynającej się o 5 rano), by wypełniać domowe obowiązki... Nadszedł jednak moment, kiedy dalsza zabawa bez uprzątnięcia mieszkania była już niemożliwa. No i pojawił się dylemat: kto to ogarnie? :)
Las rąk zasłaniał mi chętnych do podjęcia się tej syzyfowej, jak wiadomo, pracy...
Litania robót nie miała końca :(
Gdy skończyłam już recytować listę prac Pan Mąż zapytał "a co byś wolała?". Co bym wolała?! Układać klocki i czytać książeczki czy sprzątnąć całą chałupę... Naprawdę trudny wybór! Pan Mąż jednak nie widział nic zdrożnego w tym pytaniu. Z rozbrajającą szczerością stwierdził, że może posprzątać, ale myślał po prostu, że skoro wszystkie dni spędzam z dziećmi to mam może ochotę "TROCHĘ SIĘ ZRELAKSOWAĆ" :D
Umarliście już ze śmiechu?
Jeśli nie to powiem Wam, co było potem :P

Potem wzięłam się za sprzątanie, zostawiając dwójkę małych krzykaczy Panu Mężowi...
Czy ktoś z nas wypoczął?
Nie powiem, by ten aktywny wypoczynek mnie zrelaksował. Pana Męża nie pytałam... Nie musiałam, bo znam ten urlop aż za dobrze :D
I tak, dzień za dniem nadszedł kolejny termin gruntownego porządkowania domu, a Pan Mąż już więcej nie zapytał co wybieram. Z pełnym zaangażowaniem przez cały dzień sumiennie oddawał się pracom domowym z pewnością odnajdując w nich wytchnienie.

Niestety, urlop wypoczynkowy Męża dobiegł końca. Z niecierpliwością czekam jednak, kiedy będzie urlopował się na "tatusiowym". Wszak 'tatusiowy' to jak weekendy, które znane są także pod nazwą "międzynarodowych dni ojca".

środa, 9 sierpnia 2017

Perfekcja z przymrużeniem oka

Mam wrażenie, że odkąd zostałam mamą po raz drugi moja doba skurczyła się co najmniej o połowę! Już zapomniałam, choć było to tak niedawno (!), jak to jest mierzyć czas "od karmienia do karmienia". 
3 godziny, a jakby krótka chwila, podczas której nic nie zdążam... 
Nie będę ściemniać, że super się zorganizowałam, wszystko idzie mi jak z płatka, a do południa dom lśni czystością, pachnie świeżą zupą i pranie jest już wyprasowane. 
Prawda jest taka, że do podłogi się nie przylepiamy i to tyle w temacie porządków ;) a zupę, jak mogliście dowiedzieć się z mojego bloga już wcześniej, pasjami wekuję... Dzięki temu utrzymuję względny porządek w kuchni, a duża w tym zasługa zmywarki :D Nie wiem doprawdy co ja miałam w głowie, gdy twierdziłam, że w życiu, nigdy, ale to przenigdy nie mogłabym mieć zmywarki i zbierać do niej brudnych naczyń przez cały dzień. Uważałam wówczas (o! ja głupia, życia nie znająca istota), że schowany brud wołałby mnie przez drzwiczki urządzenia i nie dawałby mi spokoju. Jakże szybko życie zweryfikowało tenże bzdurny tok rozumowania!
Okazuje się, że pralka naczyniowa oraz ubraniowa to hity numer jeden w naszym domu, sprzęty najczęściej oblegane i jakże przeze mnie ukochane! No, może pralka ubraniowa trochę mniej, bo generuje przy swojej pracy góry prasowania, a to kolejna czynność, na którą oczywiście nie mam czasu, a której, tak zupełnie przy okazji, szczerze nie znoszę! Do niedawna prasowaniem zajmowała się kochana nasza "Babusia", czyli moja Mama - DZIĘKI STOKROTNE!!! Mama, podobnie jak ja nie znosi prasowania, a więc wiadomo skąd moja awersja do tej czynności. Szczęśliwie jednak "dawca genów" rekompensował mi braki w moim kodzie DNA przy desce do prasowania :D. Niestety, dni tej szczęśliwości zakończyły się wraz z powrotem mojej rodzicielki do pracy zawodowej. Tym sposobem pozostałam sama z górą prania. 
I tak, życie podwójnej mamy kręci się między pralkami a żelazkiem... 

I gdzie tu miejsce na nienaganną fryzurę, delikatny, naturalny makijaż, podomowy acz elegancki strój i promienny uśmiech serwowany Panu Mężowi wraz ze smakowitym obiadem z dwóch dań (nie zapominając o deserze!!)? 
Jak poradzić sobie z tą presją perfekcyjności w normalnym życiu?!?! 
Ogarnęłam to w moim niepowtarzalnym stylu!
Myślę, że na szóstkę :D

Żeby nie było, że cały dzień śmigam po domu w piżamie ustaliłam sobie, że jedne spodnie piżamowe (zaznaczam, że nówki sztuki, bez dziur i przetarć, "wyjściówki"!!) mianuję "dresami". Nie mam tym sposobem oporów, by paść w nich na wyro, gdy dopada mnie awaria zasilania...
Ostatnio w sieci trafiłam na następującą mądrość życiową dotyczącą bycia matką: "Macierzyństwo jest wtedy, gdy przebranie się z piżamy w dres uznajesz za "szykowanie" ". Cóż, idealnie wpisuję się w ten nurt :P Ponadto, m
oja garderoba zyskała kilka strojów "funkcjonalnych". Nowy ulubiony fason, najmodniejszy w sezonie 2017, to wszystko, co ma suwaki na biuście :) Gdy potrzebuje mnie syn jestem w pełnej gotowości, a kiedy przychodzi pora serwowania obiadu, na który podaję jednodaniowe, ekspresowe spaghetti (repetowane następnie przez trzy dni...),  a ja nie mam już sił, by dołożyć uśmiech jak z reklamy do tego posiłku rodem z Master Chiefa zawsze mogę uchylić suwaki dla Pana Męża i mieć dwa dekolty zamiast jednego (mina pełna politowania - bezcenna :D).
Jeśli chodzi o nienaganną fryzurę to zaczęłam od skrócenia włosów o połowę. Dalej idzie już jak z płatka... Na dźwięk rozdartej paszczy młodego ssaka po omacku chwytam z nocnej szafki gumkę do włosów, nim dobiegam do adaśkowego łóżeczka wiążę 'pióra' w kitkę, a nienaganność osiągam zbierając opadające do oczu kosmyki plastikową opaską w kolorze zawsze niepasującym do stroju ;) 
Kwestii makijażu nie będę podnosić tu wcale, bo jak widzieliście w opisie dotyczącym fryzury brak jest wzmianki o szczotce, po czym można stwierdzić, że w rejony łazienki, gdzie leżą kosmetyki i akcesoria do włosów docieram niezwykle rzadko... Może, gdy Pyzka zacznie się czesać i malować przyjdzie też pora na mnie, jednak póki co wspólnie myjemy zęby (te w przeciwieństwie do włosów wyrosły jej standardowo, w normalnym tempie ;P) i ruszamy 'na podbój wszechświata' :D   

Mimo wielu niedociągnięć uważam, że mój ostateczny wygląd jest niezwykle elegancki. W związku z tym, że się nie maluję nie towarzyszą mi 'pandzie cienie' pod oczami, będące wspomnieniem makijażu dnia poprzedniego, którego a)nie miałam siły i/lub b)nie miałam czasu zmyć. Jako, że szczotki do włosów nie spotykam zbyt często trudno też mówić o "poczochraniu", bo jak wiadomo, potargać można tylko coś co było uczesane :) Eleganckości dodaje mi również fakt, że każdorazowo po ulaniu zmieniam zarzyganą (przepraszam za dosadność, ale to Adaś taki "rozrzutny") bluzkę... Zaś 'kropkę nad i' w mojej codziennej stylizacji stanowi biżuteria, a jak wiadomo, błyskotka dopasowana odpowiednio do okazji i stroju może odmienić wygląd każdej kobiety ;)
Może to nie brylant, może nie perła, ale świeci, migocze, dodaje mi pewności siebie i sprawia, że żyje mi się przyjemniej...


Moja "błyskotka" - w trakcie "imprezy" kropki pod wyświetlaczem mrugają na niebiesko!
To dopiero jest dekoracja :D

A Ty, Matko, miałaś dziś czas spotkać się ze szczotką do włosów? :D 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Od rana mam dobry humor ;)

Dziarskim krokiem weszliśmy dziś w kolejny etap mojej macierzyńskiej przygody :)
Po dwóch miesiącach, podczas których towarzyszyli i pomagali mi Pan Mąż, Babusia i  Dziadkowie przyszedł w końcu czas na (prawie) samodzielność. To 'prawie' to Dziadek, z którym mieszkamy, zawsze gotów do pomocy i opieki nad wnukami <3. Dobrze wiedzieć, że zawsze (oczywiście 'prawie', bo Dziadek też ma swoje życie ;) ) jest ktoś kto poratuje, gdy grunt pali się pod stopami, jednak to moja ferajna i to ja muszę ogarnąć się tak, by Dziadek mógł 'dziadkować' a nie "ratować" :P Na szczęście jest mniej strasznie niż myślałam :D
Ja wróciłam już do formy, oczywiście nie jak Ania Lewandowska, o nie!, ale funkcjonuję normalnie, a mój drugi uśmiech, który, w przeciwieństwie do tego na buzi, nigdy już nie zejdzie (choć to ten na twarzy akurat bardziej wolałabym utrzymać :P), nie przysparza mi żadnych kłopotów.
Skoro więc fizycznie jest OK reszta jest tylko kwestią organizacji i chęci, w tym także chęci moich wspaniałych dzieci...
A dzieci zaskoczyły mnie totalnie!
Widać CHCĄ. 
Bo kto by nie chciał, by jego mama była uśmiechnięta, zadowolona, pełna życia i optymizmu na przyszłość? 
Tak, dziś to jestem JA. 
Pyzula, choć ma w zwyczaju wstawać wraz z pierwszym pianiem koguta (TAK, mamy koguta :) ), zaszczyciła mnie dziś spaniem do 6:20, czyli aż o godzinę dłużej niż w ciągu ostatnich tygodni!! Wiem, 'jedna jaskółka wiosny nie czyni', ale każda mama 'jadąca na tym samym wózku' na pewno zrozumie radość na mej twarzy wymalowaną zerknięciem na zegarek zaraz po przebudzeniu. Od razu poczułam się bardziej wyspana! :) Rozważam nawet przestawienie zegarków, dla poprawy samopoczucia w kolejnych dniach gdyby tendencja pobudki po godzinie 6 rano się nie utrzymała...
Czy zatem się wyspałam, spytacie?  Mam przecież jeszcze drugie dziecko, a to zupełnie inna historia. Adasiek jest małym ssakiem, a co za tym idzie jego noce dzielą się na trzy- w porywach do czterogodzinnych 'setów'. Tak, taka jest teoria nt. 'małych ssaków', ale mój syn lubi zaskakiwać. Pod względem spania, podobnie jak siostra, całkiem nam się udał! Już w pierwszym miesiącu życia przesypiał 6 godzin w ciągu nocy bez pobudki. W prawdzie niewiele miałam z tego korzyści, bo zaczynał o 19-ej, ale świadomość, że to potrafi nieodmiennie podnosiła mnie na duchu w chwilach zwątpienia pt. "Czy on kiedyś przestanie płakać/krzyczeć?" Wiedziałam, że po nędznym dniu nadejdzie noc, a co za tym idzie chwila wytchnienia. (Jeśli ktoś zastanawia się, "Czy przestał krzyczeć?" to spieszę donieść, że od kilkunastu dni żyjemy w lepszym świecie, który podarowała nam jedna z koleżanek Pana Męża mówiąc "BIOGAIA". Nie pozostaje mi dodać nic innego jak: DZIĘKUJEMY. No, może dodam jeszcze: POLECAMY). Nocny sen Adaśka nie był więc nigdy wielkim problemem. Budził się, jadł, spał. Tak, wstawałam 2 razy w ciągu 'mojej' nocy (między 23 a 5:20 rano), ale takie już życie karmiącej matki... Dziś jednak syn stanął zdecydowanie po mojej stronie. Najwyraźniej dotarło do niego, że od dziś zostałam bez asystenta, który zajmie się dziećmi, bym mogła dospać braki :) Adasiek spał dziś jak aniołek od 19:30 do 5 rano!! A potem, po karmieniu kolejne 1,5 h. Mój mały skarb <3 Oczywiście ja budziłam się w KAŻDEJ porze karmienia jak również między nimi, by 'wsłuchiwać się w noc', a uspokojona rytmicznymi oddechami zapadałam znów w błogi sen, by za jakiś czas ponownie sprawdzać, czy On aby na pewno żyje :P    
Po takiej nocy nawet najgorszy dzień nie straszny!
Tymczasem ten dzień jest naprawdę dobry!
Były książeczki i kokoszenie się w pościeli całą trójką <3
Było śniadanie zjedzone w rozsądnym czasie i tempie. 
Były klocki i puzzle.
Był spacer, piaskownica (pyyyszne, naprawdę pyszne ciasto mi Pyza upiekła! :D) i zabawy na świeżym powietrzu.
A w końcu przekąska i...
...trwająca aktualnie drzemka <3
Przetrwałam! (tak, mogę to już ogłosić, bo kiedy dzieci wstaną Pan Mąż już tu będzie :P)
Znalazłam nawet czas, by Wam o tym napisać -> a to wszystko dzięki a) pralce, b) zmywarce i c) przygotowaniu obiadków, gdy jeszcze miałam pomagierów 24/7 :D

Cudnie!!

A teraz czas na "wisienkę na torcie"...
...zmykam kliknąć jakieś internetowe zakupy (w tym miejscu chciałabym gorąco pozdrowić Pana Męża :*:*:*) :D

A jak Tobie mija pierwszy dzień reszty Twojego życia ? :D

czwartek, 3 sierpnia 2017

Sława jest tuż tuż!

Cisza tu ostatnio, bo wszystko co pomyślę rozpuszcza w mig palące słońce!
Nawet skrycie się w cieniu tarasu nie przynosi wytchnienia :(
Rozbiliśmy swój mini-obóz na kanapie w salonie gdzie jest najchłodniej i próbujemy jakoś przetrwać. Spocone palce ślizgają się po klawiaturze, a każda próba spisania tego co lata mi po głowie kończy się padnięciem z wycieńczenia z laptopem na kolanach. Tęsknię za blogiem i staram się wrzucać tu te moje nieuczesane myśli luzem i w przypadkowych roboczych postach z nadzieją, że znajdę wkrótce i czas i siły, by opisać co dzieje się w Brykusiowie :)
Dostałam jednak ostatnio maila, o którym muszę Wam opowiedzieć. 

Wiadomość od Sophil nieco mnie zaskoczyła i zestresowała. Jak to ja, od razu stwierdziłam, że pewnie mam jakieś kłopoty, zapomniałam wstawić gdzieś link źródłowy, albo zaznaczyć zapożyczone fotografie. Już taka jestem, że zawsze czarnowidzę... Tymczasem Sophil jest pracownikiem Artsy... 
Cóż to takiego?
Artsy skupia wiodące galerie, kolekcje muzealne, fundacje, targi sztuki i aukcje, a wszystko to w jednym miejscu! Jest to zbiór ponad 800 000 zdjęć dzieł sztuki, architektury i designu autorstwa blisko 70 000 artystów, obejmujący dzieła historyczne, nowoczesne jak i współczesne, a baza danych stale rośnie! Artsy wykorzystywane jest zarówno przez miłośników sztuki i muzeów, a także patronów, kolekcjonerów, czy wreszcie studentów i wychowawców do odkrywania, edukacji oraz kolekcjonowania sztuki. Ich misją jest, by światowa sztuka była dostępna możliwie najszerszej publiczności na całym świecie. 
Doskonały pomysł, czyż nie? :)
A cóż to wszystko ma wspólnego ze mną?
Otóż, wiadomość, którą otrzymałam, wysłano w związku z moim wpisem "Szlakiem Vincenta van Gogha.Arles po raz drugi", który ponoć idealnie wpisuje się w misję Artsy. Z tego też powodu zaproszono mnie do współpracy (!!! :D:D:D !!!), by kontynuować promowanie edukacji artystycznej i dostępności sztuki z moją pomocą :) 
To mnie zaszczyt kopnął!! :D 
A tak serio to  N I E S A M O W I T E !!
Przeczytałam wiadomość chyba sto razy nim uwierzyłam, że to nie pomyłka ani też zwiastun kłopotów, a wstawiony w mailu link przekierowuje mnie do tego własnie bloga ;)  
Do tej pory żyłam w przekonaniu, że moje wypocinki, choć dostępne dla wszystkich, znajdują odbiorców jedynie w wąskim gronie moich bliskich i przyjaciół, którzy wpadają tu z uprzejmości czy ciekawości co też nowego w Brykusiowie... Komentarze postów, a raczej ich brak, zdawały się potwierdzać tę tezę. Wprawdzie po cichu liczyłam na to, pisząc np. o naszych podróżach małych i dużych, że ktoś kiedyś może przypadkowo trafić na taki wpis, ale nie spodziewałam się, że ktośkolwiek ujawni się z tym, że do mnie dotarł. Szalenie zaskoczył mnie więc i ucieszył fakt, że mój blog ma czytelników poza moją rodziną i znajomymi, a nawet krajem! Teraz, gdy Artsy doda mój link do swej bazy, być może odwiedzających będzie jeszcze więcej... (czyli mama, siostra i ciocia - bez zmian, a ponadto jeden zagorzały fan malarza bez ucha na miesiąc czy dwa :P). Kto wie, może czeka mnie sława i bogactwo na miarę autorki słynnej serii o chuderlawym czarodzieju w okularach :D
Oby! Bo z osławionego "500+" ledwo starcza na pieluchy naszego księciunia...

No, to pochwaliłam się Wam moim mini-sukcesem :)
A teraz wracam roztapiać się z gorąca...

wtorek, 25 lipca 2017

Czy to Ty czy to ja ?

Myślę, że takie właśnie pytanie usłyszę za kilkanaście lat od moich małych dziś szkrabów, gdy usiądą nad rodzinnym albumem, a pytanie to nie będzie jedynie konsekwencją ich podobieństwa z tytułu bycia rodzeństwem ;)  
Adaśkowa wyprawka jest jednocześnie tą pyzkową, bo była ona naszą małą-wielką niespodzianką, a co za tym idzie, wyprawka dla niej miała charakter uniwersalny ;) I kiedy wyjmuję te urocze małe śpioszki i bodziaczki wracam czasem myślami do dni, kiedy to Pyzka się w nie mieściła. To było tak niedawno, niespełna dwa lata, a teraz ledwo głowa mieści jej się w te bluzeczki :P !

Zabawne też jakie rzeczy przypominają się razem z kolejnymi ubrankami wyjmowanymi z dna szafy... 
Adaśko jest zdecydowanie bardziej wymagający niż Pyzka była w jego wieku. Początkowo myślałam, że może tylko mi się zdaje, bo teraz mam ich dwoje, a rozdwoić się nie sposób. Z tego powodu każde kwęknięcie odczuwam podwójnie, bo zadowolić obojga naraz zwykle nie jestem w stanie. Okazuje się jednak, że choć faktycznie daje nam się trochę we znaki, to bardziej Pyzka była "zbyt grzeczna" niż on jest "niemożliwcem" :P Dzieci ponoć takie są (a nawet jeszcze bardziej TAKIE, żeby nie powiedzieć "jeszcze gorsze" :P), a my przy Pyzce mieliśmy po prostu duuuużo szczęścia. Jakby tego było mało, przypomniałam sobie, że na tym jej nieskazitelnym obrazku aniołka, który zachował się w mojej pamięci było kilka sporych rys. Na szczęście moja pamięć jest pozytywnie zawodna i koduje tylko co lepsze momenty. Śpiochy w misie przypomniały mi jednak i te "gorsze czasy". Niby nowe, mało używane, eleganckie, wyprane i wyprasowane (dwustronnie!!) na listek, a jakieś takie znoszone... I już pamiętam, że Pyzka też wymagała masażu brzuszka wcale nie tak rzadko w tym okresie swego życia, w którym króluje rozmiar 62, a ja upominałam wówczas Pana Męża, by te masaże uskuteczniał mniej gorliwie, bo się od tego ubranka mechaciły :D 

Zdawało mi się także jeszcze kilka dni temu, że nasz mały kawaler, w porównaniu do córki, całkiem sporo mleka marnuje tuż po posiłku, przysparzając mi każdorazowo prania i okazji do zmiany garderoby. Chociaż Pzyka nie przebierała mnie może tak często jak synek, to wraz z pajacem w kolorowe gwiazdki, na które Adaśko zwrócił chyba całą kolację, jak bumerang wróciło wspomnienie naszej małej córeczki mokrej prawie do pasa w tym uroczym stroju. 

Kilka dni temu stojąc nad wózkiem z Adasiem poczułam się nagle jakbym stała znów w środku upalnej Prowansji. Wizja tak realna, że aż mogło zakręcić się w głowie! Dokładnie pamiętam miejsce i czas, w którym moje oczy (czy też może bardziej serce), a także aparat, uchwyciły właśnie TO zdjęcie. Przystanek autobusowy przy uroczym skwerze w Villeneuve-lès-Avignon z widokiem na ogromne agawy... Gdy już podelektowałam się tym palącym słońcem i napełniłam stęsknione uszy cykaniem cykad, chwyciłam za naszą leciwą maszynkę do łapania wspomnień i uwieczniłam małego Adaśka niczym Pyzkę niespełna dwa lata temu... Adaśkowe foto strzeliłam na naszym tarasie <3 a dzieciaki na zdjęciu dzieli 10 dni!
Może zrobię całą serię zdjęć z cyklu "Czy to Ty czy to ja?", kto wie ? 

Tymczasem dla Was mini-quiz: 
Które dziecko na zdjęciu to Adaś, a które Asia? :)
No i które na zdjęciu jest starsze? :) 


czwartek, 20 lipca 2017

Ile w niej ze mnie!!

Dzisiejszy wpis został zainspirowany pewnym zakurzonym albumem ze zdjęciami.
Tyle wspomnień na kilku zaledwie kartach ;)
Przedszkolne bale przebierańców, komunia, obozy harcerskie... całe moje dzieciństwo i młodość w obrazkach. W albumie były również fotografie z momentów, których nie mogę pamiętać, a jednak jestem w stanie je sobie przypomnieć...
Jak to możliwe?
Spoglądam na podniszczone, czarno-białe zdjęcie mnie sprzed blisko 30 lat (fotografia wykonana 11 stycznia 1988) i widzę... Pyzkę! Takie samo zdjęcie (choć w kolorze) pstryknęłam jej dwa miesiące temu :)

Nie tylko rodzinny album pokazuje, że "jaka matka, taka córka" ;P

Po 'internetach' od lat krążą artykuły, które regularnie zalewają media społecznościowe, głoszące, że inteligencję dziedziczy się po matce :)
Czyli jeden 'pewniak' już jest :P

Hehe...

A tak serio...
Co Pyzka ma ode mnie, po mnie czy ze mnie??

*
Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy zaraz po jej urodzeniu był nosek...
MÓJ nosek :)
Miałam nadzieję, że tak właśnie będzie, bo, obiektywnie rzecz ujmując, mój jest ładniejszy :P
Z radością zarejestrowaliśmy zatem fakt, że ma mamusiny, zadarty kinolek.
Żeby nie było, że Pan Mąż nieładny... On ma za to ładniejsze oczy, więc obdzieliliśmy ją tak, by dostała wszystko, co najlepsze!

*
Podobnie jak ja, nasza córka jest wyjątkowo ostrożna. 
Jestem cykorem, przyznaję się bez bicia!
Nie dla mnie sporty ekstremalne, a w zasadzie żadne... Boję się nawet jazdy na łyżwach. Tak, próbowałam! Nawet jechałam do przodu ;) Wszystko poszło dobrze dopóki nie zaliczyłam wywrotki - wówczas moja wyobraźnia roztoczyła przede mną wizję odciętych palców przez innego amatora ślizgawki. Na tym skończyła się moja kariera łyżwiarska. 
Pyzka jazdy na łyżwach jeszcze nie próbowała, za to jeździła już na taczce, rowerem biegowym czy z dziadkami na skuterze (czyt. siedziała na motocyklu). Za każdym razem podchodzi jednak do tego typu doświadczeń ze sporą rezerwą. Nie wspomnę już o zwyczajnych spacerach, gdy na naszej trasie spotykamy auta. Owszem, wyczulaliśmy Pyzkę na pojazdy na naszych leśnych i polnych drogach, bo brak tu chodników, a o wariatów nietrudno, jednak nie wiem skąd w niej aż tyle paniki... Gdy widzi auto na drodze ucieka na pobocze w takim tempie, że trudno ją dojrzeć!

*
Już od baaardzo dawna wiem, że, tak jak ja, Pyzka jest 'czyściochem'. 
Co to znaczy? Czy się nie brudzi?! 
Owszem, brudzi się jak każde dziecko, przy czym brud na rękach to ZŁO!
Nie ma w prawdzie różnicy czy to jedzenie czy piach, ale z piachu czasem jeszcze wytrzepie się sama, za to żywność rozmazana na rączkach skutkuje nagłym wołaniem o pomoc i kilometrami zużytych papierowych ręczników.
Ja gdy byłam mała: "- Z czym chcesz kanapkę ? - Z dżemem, ale mnie nakarm" ;D

Podobnie rzecz ma się z bałaganem na stoliku podczas posiłków... Ani jedna kropla zupy czy okruszek nie mogą pozostawać na blacie poza talerzem. Pyzka wskazuje kolejne kawałki bułki by je czym prędzej posprzątać... Nie ma mowy o jakimś "zamiataniu pod obrus". Ma być porządek! :D

*
Dziś przy śniadaniu kolejny raz Pyzka rozkładała kanapki na czynniki pierwsze, zjadając osobno ser, potem szynkę, dalej zlizując/zeskrobując palcem masło, a dopiero na końcu bułkę :D (bałagan na talerzu nie jest żadnym problemem).
Zamiłowanie do masełka, którym delektowała się osobno, brudząc przy tym całe pulchne rączki, było również moją cechą szczególną, gdy byłam w jej wieku. Ponoć trzeba było chować przede mną masło na wyższych półkach, bym nie opędzlowała całej kostki! Niesamowite, bo teraz smaruję tak cienko, że prawie nie widać ;)

*
To, że woli kluski, kartofelki, makarony, placuszki, naleśniki także ma ze mnie, bo Pan Mąż posiłkiem bez mięsa zdecydowanie pogardza :)
Widać, już gdy była malutka i na samym mleku, ja podświadomie widziałam w niej amatorkę kluchów - określenie "Pyzka" pasuje do niej idealnie :P
Chociaż, chociaż...
...mogłabym też nazywać ją "buła"...

     

<3 <3 <3

PS. 
Ciekawe, jak bardzo mamusiny będzie Adasiek :P 
Póki co, podobnie jak siostra, ma mój nos...
...a charakterek to raczej po tatusiu, bo ja byłam grzecznym dzieckiem :D

poniedziałek, 17 lipca 2017

Co robić, by było "nietelewizyjnie"?

Pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza...
Miało być basenowanie w ogródku, a tymczasem udało nam się to zaledwie dwa razy. Teraz na naszym małym akwenie żeglują sobie muchy i komary, a my tęsknym wzrokiem patrzymy w stronę podwórka :( 
Słyszałam, że to tak świetnie, że drugie dziecko urodziło się latem, bo postawię sobie wózek na tarasie, Pyzkę wrzucę do piaskownicy i mam luz-blues. Wszystko to prawda, gdybym nadal mieszkała pod niebem Prowansji :P W naszym kapryśnym klimacie werandowanie w wózku jest oczywiście możliwe, ale niestety przeniesienie piaskownicy do salonu to marny pomysł :P
Podobno jednak wszystko jeszcze przed nami... Pewnie i Wy słyszeliście, że nadciąga fala upałów. Taaaaaa, jasne....
Jakoś specjalnie nie przywiązuję się do tej wiadomości, bo to już nie pierwszy taki news tego lata. Prognozy nie bardzo się sprawdzają, więc warto mieć w zanadrzu plan awaryjny.

Książeczki, jak wiadomo sprawdzają się zawsze... Zawsze, gdy nie trzeba w tym samym czasie jakkolwiek ogarniać drugiego potomka ;] 
Puzzle też są "w dechę", przy czym "ale" jest takie samo jak powyżej. Pyzka zaś to stworzenie szalenie towarzyskie, a do tego nieco zazdrosne, jak każde dziecko w takim jak ona położeniu, zatem regularnie szuka kompana do układania... i nie ma przebacz! 

(Na zdjęciu nasz najnowszy nabytek - Puzzle tej marki to nasz hit!) 

"Tatusiek tu, Asia tu" i dalej szukać Nemo i innych kolorowych rybek :) 
A co, kiedy już przerobimy wszystkie układanki, nakarmimy lale, ugotujemy tacie zupę z drewnianych pomidorów i poskaczemy jak żabki aż do utraty tchu?

Jestem rodzicem zdecydowanie przeciwnym wychowaniu "tabletowemu". Do tej pory Pyzka obywała się świetnie bez telewizji, bajek, gier etc. Jedyne co widziała czasem na ekranie telefonu to własne zdjęcia i nagrania z jej udziałem. Uwielbia siebie (hehe), więc chętnie występuje przed nami z wierszykami czy piosenkami, by móc się potem podziwiać :)
Nie chciałam, by od najmłodszych lat bezmyślnie wgapiała się w telewizor i inne wynalazki ekranowe XX wieku, bo skoro tego nie rozumie, a tylko obserwuje migające (zbyt) szybko kolorowe obrazy, którym towarzyszą (zbyt) głośne, niezrozumiałe dźwięki, to nie może z tego wyniknąć nic dobrego... 
Od niedawna jednak, powoli i stopniowo, uchylamy przed nią rąbka tajemnicy jaką kryje w sobie czarna płyta na ścianie :P Bajeczka to zdecydowanie rarytasik w naszym domu. Nie oglądamy ich codziennie i staramy się dobierać je tak, by pomieściła to mała główka Pyzki. Naszymi towarzyszami stali się zatem Masza i Niedźwiedź, Krecik i przyjaciele oraz Reksio :D Wszystkich bohaterów bajek, których zapraszamy do naszego domu przez czarny ekran Pyzka poznała wcześniej na papierze. Myślę, że dzięki temu nie domaga się jakoś specjalnie telewizji, bo w pokoju na półce też ma swojego ulubionego "piesieka" (czyt. pieska = Reksia). Ostatnio do naszych kumpli dołączył pewien głupiutki fan miodku, którego posiadamy w pluszowej wersji :D Nasza pociecha tuli go do siebie podczas oglądania, a wtedy, kiedy nie mam w planach oglądać z nią bajeczki (tak, zawsze oglądamy razem!), urządzam jej teatrzyki, podczas których może pogadać sobie z Kubusiem (zwykle jest to nieustanne "Kocham Cię Kubusiu, buziaka!" :D). 
I tu dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu...
Teatrzyki!
To coś, co Pyzka UWIELBIA.
Wiem to nie od dziś :D
Ma nawet komplet pacynek (do obejrzenia tutaj), którymi bawimy się od przeszło roku. I choć pacynki to świetna sprawa (szczególnie te od Baśki <3 - gorąco polecam!!!) to uwierzcie mi, że dla takiego "malucha" (bo, że to już nie maluch to wiecie) kawałek koca zarzucony na krzesło i któraśkolwiek bałda wystarczą, by przenieść je do najlepszego teatru :) 
Cóż znaczy siła wyobraźni !!! 
Zdarzyło się nawet tak, że ożywiona moimi rękami i głosem Helena (nasza ulubiona lalka waldorfska jakby ktoś pytał :P) namówiła Pzykę na zjedzenie obiadu :D 
Niesamowite! 
Przecież razem przykryłyśmy kocem krzesła, za którymi się chowałam i to Pyzka podała mi aktorów do tego teatrzyku! A jednak moja propozycja obiadowa została odrzucona, gdy tymczasem Helka namówiła ją na wszystko! :P 
Nie zrozumiem jak to działa (i jak działają dzieci :P), ale ważne, że działa :)    

A co, kiedy nie mogę zrobić teatrzyku, bo ręce mam "pełne roboty" (czy też pełne dzieciaka :P)?
Nowoczesna, skomputeryzowana "Babusia" znalazła coś, co uratuje nas z takich opresji...
Pyzka siedzi jak zaczarowana, wpatrując się w ekran z uśmiechem od ucha do ucha, a ja bez najmniejszych wyrzutów sumienia robię co mam do zrobienia :D 
TAK, w jednym zdaniu napisałam "w ekran" i "bez wyrzutów sumienia"!
Dlaczego?
Bo to, co ogląda Pyzka to teatrzyk dla przedszkolaków znaleziony na YouTube.
Wystarczy trochę poszperać, a przede wszystkim chcieć, by znaleźć TAKIE perełki :)

"Rzepkę" znamy nie od dziś, ale ta wersja będzie chyba naszą ulubioną! 
Zdecydowanie rekomendujemy :


I jak Wam się podoba? 
Jak dla nas kawał świetnej roboty :D
Uśmiałam się do łez!
W sam raz dla mojego prawie-przedszkolaka!
Obie świetnie się przy tym bawimy, tańczymy i śpiewamy :) A kiedy muszę "potańczyć" z Adaśkiem Pyzulka siedzi grzeczniutko i podziwia ulubioną bajeczkę w tej doskonałej wersji!

Poszperałam trochę w sieci, co i Wam polecam... 
Sporo przedszkoli robi takie cuda dla dzieciaków i wrzuca nagrania :)

Nawet w deszczowe dni można obejść się bez telewizji !
Gorąco polecam.


PS. 
Polecicie jakieś ciekawe wydanie przygód przyjaciół ze stumilowego lasu dla dwulatki (dużo obrazków z umiarkowaną ilością tekstu) ? :)

piątek, 14 lipca 2017

Piątkowo i ślubnie

Kolejna para stanie dziś na ślubnym kobiercu :)
Pobierają się w piątek i mam nadzieję, że będą małżeństwem na piątkę, czego serdecznie im życzę! 
Sto lat Młodej Parze!!!

Box na tę okazję zaczęłam robić zdecydowanie zbyt późno i miałam obawy, że nie zdążę na czas, ale na szczęście się udało. Ale frajda znów pokleić sobie palce i zaśmiecić ścinkami papieru podłogi !! Chociaż zabawę przerywały mi co i raz lampki elektronicznej niani donoszące uprzejmie, że oto drzemka dobiegła końca to i tak miałam masę przyjemności przy tej pracy.
Oryginalny wzór papieru na pudełko pozyskałam trochę już dla mnie tradycyjnie z pięknej torebki prezentowej. Dzięki temu wiem, że nikt tego nie podrobi! :P
Tym razem zamiast kieszonek na ślubny prezent, na ściankach boxa umieściłam "szlufki". 
Długo zastanawiałam się co by tu jeszcze dodać, ale ostatecznie uznałam, że czasem 'im mniej tym lepiej' :) Ma sporo 'błyskotek', więc darowałam sobie dodatkową kokardę czy błyszczące napisy. 
 
Oby Nowożeńcy ucieszyli się na jego widok tak jak ja się raduję z końcowego efektu ! :)

Przed Wami mój najnowszy exploding box :D

Wam zostawiam podziwianie, a sama pędzę na imprezę !

 



PS. Nawiązując do moich okołoweselnych rozterek pt. "W co się ubrać?", o których tutaj niedawno pisałam: nie stroję się ani w suknię ślubną ani też w markową koszulę do karmienia ;P Zdobyłam kreację, w której wyglądam znośnie tzn. ukrywa wszelkie fałdy i nierówności brzucha :D 
Pan Mąż sugerował w prawdzie bym pomyślała o portkach na to wyjście, bo przez moją pierdołowatość (wpadam na wszelkie przeszkody nabijając sobie dziennie po kilka siniaków) wyglądam jakby mnie ktoś maltretował, ale uznałam, że to niedorzeczne :) Jak zasłonię nogi to na pewno poobijam ręce lub głowę, więc już wolę sine 'kośtyry'. 

wtorek, 11 lipca 2017

Najlepsza siostra

Przygotowania do powitania na świcie Adasia trwały od momentu, gdy zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreseczki. Oczywiście mam na myśli przygotowanie Pyzki na młodsze rodzeństwo... 
Od samego początku słyszała o dzidziusiu w brzuchu i wylewnie okazywała swoje uczucia, całując go i przytulając. Przynosiła mi swoje zabawki i układała je z namaszczeniem, koniecznie na gołym, jeszcze wtedy niedużym, "baloniku". Jak się później okazało tymi samymi uczuciami darzyła też "inne dzidziusie"....
Które? 
Na przykład "dzidziusia Taty" (hehehehehehehe). 
Nie, nie dlatego, że Tatuś zaopatrzony jest w pewną warstwę adiabatyczną w okolicy pępka, ale z tytułu posiadania pępka właśnie! :D 
Nasza córka była przekonana, że "dzidziuś" to pępek i dlatego właśnie upierała się zawsze bym, w razie potrzeby czułości z "braciszkiem", obnażała swój brzuch, bo chciała w ów pępek trafić, czy to całusem czy misiem, którym w danej chwili planowała się podzielić. 
Nim na dobre spuchłam udało nam się jednak wytłumaczyć Pyzce, że dzidziusia ma tylko mama :)

Jak już kiedyś wspominałam, zaopatrzyłam nas w odpowiednie lektury, które z uporem maniaka czytałam naszej kochanej latorośli w nadziei, że cośkolwiek zrozumie ;) Wyszło znakomicie! Myślę, że to dzięki nim mój brzuch był regularnie obsypywany zabawkami i buziakami. Doskonale rozumiała też moje trudne położenie, szczególnie w końcówce ciąży, bo zawczasu mocno skupiałam się na obrazkach, gdzie mamusia odpoczywała :) Tym sposobem mogłam polegiwać sobie u niej na tapczaniku nawet do dwóch godzin po pobudce podczas gdy ona grzecznie układała puzzle czy "czytała" książeczki :D
Wszystko poszło pięknie i ładnie...
Przygotowałyśmy, jak nasza bohaterka - Zuzia, kącik dla dzidziusia, zabawki, łóżeczko. Nawet przewijanie na lalkach potrenowałyśmy! Z powodzeniem oswoiłyśmy temat "Moje, Twoje" i choć czasem musiałyśmy dokonać inwentaryzacji zabawek czy ubranek, to zawsze wyciągając i rozwijając kolejną parę skarpet Pyzka powtarzała "to Adasia" :D
Nie udało mi się jedynie "pokazać" Pyzce jak braciszek się rusza. Choć w książeczkach pięknie to zilustrowano u nas nie było tak "różowo". Za każdym razem, gdy mówiłam, że Adaś kopie Pyzka kierowała w stronę brzucha swoje stopy... Absolutnie nie w złej wierze!! Jest  to w miarę logiczne, jakby się nad tym zastanowić :) Skoro on daje znać nogą, to czemu odpowiedź miałaby być inna?! Czegóż więcej mogłabym wymagać od wtedy półtorarocznego dziecka? :P Darowałam sobie po prostu rozważania na temat ruchów brzucha...
Zdążą się na pewno nie raz pokopać "na żywo" :P

***
Mimo wylewności Pyzki w stosunku do brata podczas ciąży byłam pełna obaw jak nasza kochana jedynaczka, oczko w głowie rodziców, poradzi sobie w nowej roli kiedy nadejdzie już czas tej próby...
Przedłużający się pobyt w szpitalu dodatkowo mnie zestresował. W końcu, w książeczkach, mama z wielkim brzuchem wychodzi z domu uśmiechnięta ( ! ! ) od ucha do ucha, by na następnej stronie wrócić z jeszcze szerszym uśmiechem (tu już uzasadnionym) i bobasem pod pachą. A w "naszej bajce" od uśmiechu do uśmiechu było 'tyyyle stron'... Na szczęście rodzinka nie próżnowała i wkładała Pyzce do głowy co dnia, że pojechałam do szpitala wyjąć z brzucha dzidziusia.

Gdy Pyzka zobaczyła w końcu Adasia uśmiech nie schodził z jej twarzy.
W zasadzie jeszcze czekając w korytarzu widziałam jak przestępuje z nogi na nogę pełna zniecierpliwienia...
Rozpłynęłam się na ten widok :D
Nie powiem, kamień spadł mi z serca przy tym pierwszym ich spotkaniu - w końcu nadal istniało ryzyko, że nie wszystko dobrze ogarnęła swym dziecięcym rozumkiem i może jednak wcale nie chcieć dzidziusia...
Głaskała jego małą rączkę i koniecznie chciała dać mu buziaka <3
Starsza siostra przeszkolona przez "Babusię" wyrecytowała mi ponadto w szpitalnym korytarzu, przy pierwszym spotkaniu z braciszkiem, że dzidziuś "małe rączki ma, małe nóżki ma i małe pupsko ma" ;D (jak głosi rodzinna legenda :P dokładnie takim tekstem przywitałam ponoć moją siostrę Zuzannę, a młodsza byłam wówczas od Pyzki o 4 miesiące). 

***
W domu, gdy już wypakowaliśmy Adasia z fotelika Pyzka nie odstępowała go na krok. 
"Asia głaszcze", "Asia buziaka", "Asia patrzy"...


Teraz, choć emocje już nieco opadły, nadal jest żywo zainteresowana bratem i biega po domu z podstawką do sedesu, by móc zaglądać na przewijak lub do łóżeczka. Pyzka pomaga mi, podając czy odnosząc pieluszki lub "pilnując" braciszka.


Oczywiście, znając jej zamiłowanie do książek, łatwo zgadnąć, że nie stroni od umilania bratu czasu lekturami.


Chętnie włącza mu grające zabawki (ależ się z tgo "cieszę"!! :P) czy dokłada kolejnych misiów, by umilić mu łóżeczkową nudę. Wiadomo, nie spuszczam jej z oka, a jednak co rusz znajduję w łóżeczku jakieś podarunki od siostrzyczki :D Na szczęście są to zwykle pluszowe czy inne tekstylne elementy, a nie, jak to miało miejsce w przypadku moim i mojej Zuzanki, drewniane klocki... Na szczęście!!, bo brak jej oczywiście wyczucia, a więc to co nazywa 'dawaniem' ("masz, masz Adasiu") w gruncie rzeczy jest rzutem zza głowy wprost na buzię, głowę, czy też, przy pomyślniejszym wietrze, brzuszek Adasia. Stąd zapewne zdezorientowany wzrok naszego bobasa, gdy widzi przed sobą siostrzyczkę....


Tak, Adaś niestety nie do końca podziela entuzjazm towarzyszący Pyzce jeśli chodzi o rodzeństwo... Zapewne ma to związek także z "wesołym miasteczkiem" jakie siostra funduje mu w ramach jego bujaczkowych pobytów, co wygląda mniej więcej tak:
- Asia buja - narracja Pyzki o niej samej :D
- Łeeeeeee eeeeeaaaaa aaaAAAaaaaa aaŁłł łłęeaaaaaee eeeeeeeee
- Asia nie bujaj braciszka (zrozpaczeni rodzice na zmianę lub w duecie)
Jego przerażona, jak nam się wydaje, mina na widok siostry może mieć też związek z podobnym co w przypadku bujaczka-leżaczka schematem postępowania z wózkiem - "Asia buja", a Adaś taki jest wybujany, że omal nie stoi na własnych nogach, bo wózeczek tylko na tylnych kółkach opiera się o podłoże.
Także okazywanie czułości to trudna szkoła życia dla nowego członka rodziny. Potrzeba całowania dzidziusia jest tak silna, że regularnie, z miłości oczywiście, ku mej nieukrywanej rozpaczy, budzi go tymi soczystymi buziakami z kolejnych drzemek. Przytrzymuje go wtedy oczywiście za główkę lub kładzie rączkę na brzuszku i nigdy nie wiem jak bardzo mocno go tuli ;(


To tylko "pół biedy"...
Gorzej, gdy próbuje pocałować rączkę Adasia, której nie sięga ustami, bo wówczas ciągnie ją do siebie. Póki co udało mi się jednak upilnować ich na tyle, że Adaśko nadal ma wszystkie kończyny :P  I raczej tak już pozostanie, bo właśnie nauczyłam Pyzulę 'przekazywać buziaki paluszkiem'. Jak to się robi? Całuje się własny paluszek, koniecznie głośno cmokając, a następnie dotyka się paluszkiem np. rączki braciszka i znów głośny "CMOK" (Pyzka jest zachwycona nową formą całowania, ja spokojniejsza, Adaś na pewno również :D).

Pyzka to najlepsza siostra na świecie! :D
Jest słodka, kochana i troskliwa (choć może z powyższego opisu nie wynika to tak "wprost" ;P)
Stale powtarza "Kocham Cię Adasiu", gdy braciszek płacze pociesza go "nie płacz Adasiu, nie płacz", a czasem dodaje też tradycyjne "kupimy Ci chechłacz" podłapane od Babusi :D.


Powtarza wszystko co wpadnie jej w ucho, więc ostatnio można też od niej usłyszeć "cicho Krzykaczu" (to cytat ze mnie :P) lub "Księciuniu" (a to też szkoła 'Babusi').
Najbardziej uśmiałam się jednak kiedy w środku nocy, gdy wstałam do Adasia, usłyszałam "nie płacz Adasiu, nie płacz". Byłam pewna, że nockę mamy z głowy... Okazało się jednak, że nasza Pyzka pociesza braciszka już "automatycznie" - gdy usłyszy jego kwękanie gada do niego przez sen :D

czwartek, 6 lipca 2017

Nie ma kaloryfera...

...ani nawet szaściopaku...

Kolejna super-karate-sexi-joga-flexi-fit-mama pochwaliła się swoimi oszałamiającymi zdjęciami jak to wypiękniała i wytrenowała w mig swe doskonałe ciało po ciąży.
Szczęśliwej mamie gratulujemy :)
A tymczasem internety się ugotowały...
Że za szybko, za ładnie, zbyt niemożliwe, by było prawdziwe i w ogóle fotoszopy!
Jakby tego było mało: ktoś z pewnością jej pomagał, sto nianiek, dwóch trenerów, a do tego, skandal !!! , bo na pewno ma 'dobre geny'.

U nas minęło już 6 tygodni od powitania na świcie Adaśka i...
Mimo dobrych genów, sztabu niań (czyt. Babcia, Dziadki etc.) i wielu prób zastosowania 'fotoszopa': "bryndza Panie, bryndza".
Zatem szczęśliwej mamie z opisu powyżej również zazdraszczamy!!
Mi raz się udało, bo po Pyzce prędko "nie było śladu". Po Adasiu zaś będę miała pamiątkę na zawsze...
Nie będę nawet próbowała ściemniać!
Nie wrzucę tu fotki mojego idealnego manicure, a co dopiero wystylizowanej mnie w super kiecce przy wózku. 
Dlaczego?
Bo paznokcie zniszczyłam grzebiąc się w piachu z Pyzką, a całą resztę ciała zdewastowałam (bo inaczej tego nie nazwę) zażerając się ciastkami i innymi słodkościami podczas ciąży. Nie zmieszczę się zatem w żadną moją sukienkę, o tych z półki "super" mnie wspominając.

Nie pochwalę się świetną formą po porodzie, bo zwyczajnie, jak pewnie większość świeżo upieczonych mam, w niej nie jestem. Owszem, czuję się dobrze (poza niewyspaniem :P) i funkcjonuję bez zarzutu, ale prawda jest taka, że nadal wyglądam jakbym była w ciąży. O 'kaloryferze', 'tarce' czy '6-ciopaku' na brzuchu mogę co najwyżej pomarzyć. Moja figura zdecydowanie nie zachwyca, oj nie!  Linia jest dość wyrazista, co nie jest to powodem do radości, ale tak jest i już... Nawet gdybym miała chwilę, by zająć się tym, co zostawiłam sobie z tłustego czwartku czy mazurków wielkanocnych na 'boczkach' (chociaż moje 'zamiłowanie' do ćwiczeń znacie), to przez "uśmiech", który wycięli mi 'pod pępkiem' jeszcze przez jakiś czas jest to po prostu niemożliwe. Gdybym wiedziała, że tak się skończy moja przygoda z drugim brzuchem (mam tu na myśli wspomniany wzorek na podbrzuszu) na pewno odpuściłabym kilka kawałków czekolady i ciasteczek, a tak mam cellulit nawet na kolanach (wiedzieliście, że to możliwe?!)!
Jednym słowem "niewesoło".
Do tego, jakby mało mi było spotkań z własnym odbiciem w lustrze, za tydzień muszę wyjść do ludzi, bo idziemy na wesele, a jak już wyżej wspomniałam, nie mieszczę się w NIC! No, oczywiście poza koszulami do karmienia... Jedna jest nawet całkiem nowa, dość wyjściowa, długość 'w kolanko', letni, żółciutki kolor, zawsze modny deseń w kropki no i z opcją karmienia, czyli praktycznie strój idealny, ale jednak coś mi mówi, że reszta gości może się połapać, że to piżama.
Jest też opcja nr 2, czyli moja własna suknia ślubna :P W prawdzie jest w rozmiarze 38, a mój aktualny rozmiar to coś między 46 a 64 (zależy w których partiach ciała), ale to jedyny mój ciuch z regulacją rozmiaru, bo ma sznurowanie z tyłu, więc mogłoby się udać... Widziałam gdzieś kiedyś, że ewentualny brak materiału na podkładkę można dosztukować albo też usunąć tkaninę całkowicie, pozostawiając seksownie nagie plecy obciągnięte sznurkiem niczym szynka (seksowna szynka! :P). Dodatkowo, sukienka nie ma ramiączek, więc dostęp do Adaśkowej kuchni wygodny... Tylko co na to prawdziwa Panna Młoda?!
Tak trudno wybrać!
Może coś doradzicie?
Ja tymczasem zbiorę tyłek z kanapy i ruszę na poszukiwania "opcji nr 3" ;)

Schowana za wózkiem - taką siebie teraz lubię :)

wtorek, 4 lipca 2017

Jak te dzieci szybko rosną...

5 dni mojego pobytu w szpitalu to 5 dni bolesnej rozłąki z Pyzką.
Dla mnie to cała wieczność, bo nigdy się z nią nie rozstawałam!
Nie było minuty, w której nie myślałabym o niej...
Co robi? Czy już spała? Co zjadła? itd. itd.
Była w najlepszych możliwych rękach, z Tatusiem, "Babusią" i resztą kochającej rodzinki, ale wiadomo, że mama to mama ;)
Chociaż nie dzieliła nas jakaś kosmiczna odległość, a moi bliscy zapewniali jej moc atrakcji i zdawali dokładną relację, prawie minuta po minucie, z każdego dnia, tęskniłam jak szalona.
Mogła oczywiście odwiedzić mnie w szpitalu (bez wchodzenia na oddział), ale bałam się, że taka wizyta zakończyłaby się morzem łez przy rozstaniu... nie wiem czyich byłoby więcej i wolałam tego nie sprawdzać!
Również rozmowy telefoniczne były mocno ograniczone, by nie wzbudzać w Pyzce (czy we mnie?) jeszcze większej tęsknoty. A kiedy już się połączyłyśmy nie mogłam się nadziwić jak dorośle brzmi jej głos w słuchawce! Byłam też w szoku jak dużo gada ta moja niespełna dwulatka. Chociaż spędzałam z nią każdy dzień i byłam absolutnie na bieżąco z jej postępami w kwestii mówienia, które czyniła i nadal czyni w zastraszającym wręcz tempie, to rozmowy z nią wbijały mnie w podłogę! Czy to aby na pewno moja mała córeczka?  

Mama uprzedzała mnie, bym przygotowała się na prawdziwy szok, gdy znów ją zobaczę, ale na coś takiego nie da się chyba przygotować!
Kiedy przyjechała po mnie i Adasia z Panem Mężem i zobaczyłam ją w szpitalnym korytarzu po tych 5 dniach, z trudem przełknęłam stojącą w gardle gulę i zgrywając twardzielkę (Pyzka nie pozwala by ktoś przy niej płakał - monopol na płacz ma ona i ewentualnie dzidziusie, ale dorosłym to po prostu nie przystoi!) wypchnęłam w jej kierunku "mydelniczkę" z Adaśkiem. Nie mogłam uwierzyć, że to dorodne dziewczę stojące przede mną i powtarzające w kółko "Mamusia z Adasiem" to ta sama Pyzka.
Zostawiłam w domu malucha, a wróciłam do panny, która przy Adasiu wygląda mi na przedszkolaka i to całkiem sporego!! Tak, wyrośnięte mam dziecko, to fakt, ale przy noworodku to dopiero robi wrażenie :P
Mówi się, że dzieci szybko rosną, ale żeby w niespełna tydzień takie COŚ?!
Nie do uwierzenia dla kogoś kto tego nie przeżył!!
Jeszcze miesiąc temu niczym bobasa zawijaliśmy ją po kąpieli w ręcznik i całowaliśmy jej czysty nosek i "małe stópki"... Dziś zostały do całowania tylko stópki (po 'małych' też nie ma śladu; ostatnio zapomniałam zabrać do Babci skarpety na zmianę, więc chodziła w "babusiowych" - takie są właśnie 'małe' ;D), bo ledwo dosięgam rozczochranej głowy, gdy leży przede mną na tapczanie i śmieje się, pokazując komplet małych, białych ząbków.

A może to wina uzębienia, a nie rozmiaru Adasia?
...nie zawsze braki w uzębieniu dodają lat ;)
prawie mieszczą się we dwoje :P
 Pyzka nie przepadała za leżeniem na brzuchu...