czwartek, 21 września 2017

Małe chwile wolności cz.I

...czyli relaks w maminym wydaniu ;)

Z tytułu posiadania małego ssaka w domu póki co nie mogę pozwolić sobie na jakieś szalenie długie "wagary" od mamusiowania, ale umiem cieszyć się małymi rzeczami :P
Z resztą, ten ssak już nie taki mały - w nocy i 6 godzin pośpi, tyle że wtedy tak popularne wśród mam punkty szopingowe jak sklep z bożą krówką czy inne 'pepka' są zamknięte, więc gdzie tu wagarować?! :) 

Jak zatem relaksuje się (nie taka) młoda matka?

Dziś część pierwsza :)

Tradycyjnie już, niedługo po porodzie, wybrałam się do fryzjerki, by wyciąć to, co i tak wypadnie... Moja lista życzeń na fotelu nigdy nie jest zbyt długa: "mają dać się związać" i tyle :) Urodziłam się w tzw. kitce i tak zapewne umrę. Mogłabym więc śmiało samodzielnie skracać włosy przed domowym lustrem zaraz po związaniu ich w węzeł. Kiedyś z resztą prawie tak się to odbywało, albo jeszcze gorzej... 
Pe, moja siostro przyszywana, czy pamiętasz jeszcze Twoje fryzjerskie wyczyny na mej głowie (tak, wiem, sama chciałam...) w szkolnej toalecie w czasie przerwy? Dzięki mojej wiecznej fryzurze nie było widać niedociągnięć ;) Całe szczęście wybrałaś jednak inny zawód :* 
...Mogłabym, ale tego nie zrobię. Czemu? Bo nie mogłam odmówić sobie tej chwili 'relaksu'. Godzina w małym saloniku fryzjerskim była dla mnie jak dzień w SPA :D Choć przez konieczność karmienia Adaśka spóźniłam się blisko pół godziny (bo ja mówię "wychodzimy", a on mi na to "MLEKAAAAłłłAAAAłłłAAAAA") i zaprzepaściłam tym samym szansę na sensowną fryzurę na wesele, to na długo zapamiętam ten moment, gdy rozparta w fotelu WPATRUJĘ SIĘ W SUFIT, NIC NIE ROBIĘ, a Pani fryzjerka masuje moją, spuchniętą od nadmiaru wrażeń ostatnich dni, głowę.
Miła odmiana... Najczęściej myję głowę w asyście Pyzki, która tak pracowicie mi pomaga, że na koniec cała jest zwykle do przebrania ;] No i zapomniałabym dodać, że w warunkach domowych procesowi temu towarzyszy zwykle akompaniament pozytywki od karuzelki przy adaśkowym łóżeczku, którą z mokrą łepetyną latam nakręcać w tak zwanym międzyczasie :P Wyobrażacie to sobie?! Tak, ja też jestem po tym wszystkim do przebrania :)

Chociaż spotkanie u fryzjera było krótsze niż przewidywałam, a odbyło się już półtora miesiąca temu, to nadal, gdy po mej głowie biegają tłuściutkie paluszki Pyzki umazane szamponem, z rozmarzeniem wspominam chwile spędzone na fryzjerskim fotelu.
Niestety nieprędko znów spotkam się z jakimś stylistą fryzur...

Od porodu minęło ponad 3 miesiące i praktycznie z kalendarzem w ręku po 90 dniach to czego nie wycięła mi Pani Edytka zaczęło wypadać samo ;( Nie ma więc za wiele materiału, by poszaleć i wybrać się znów do fryzjera. Muszę poszukać innych "rozrywek"...

wtorek, 19 września 2017

Kawałek deski, a tyyyyle radości

Bo kto powiedział, że zabawki muszą być drogie? ;)
Owszem, miło jest, gdy są nowe, kolorowe, pięknie zapakowane, ale wydaje mi się, że czasem większe znaczenie ma to dla rodziców niż samych użytkowników. Któż z Was nie zna dziecka, które lepiej bawiło się opakowaniem niż prezentem, który był wewnątrz? 

Przekopując blogi mamusiowe w poszukiwaniu ciekawych zabaw, gadżetów i pomysłów na kreatywne spędzenie czasu z dzieckiem odkryłam, że hitem nr 1 jest farba tablicowa, która króluje w mieszkaniach trendy-mam. Ściana pomalowana taką farbą jest jak tablica, a dzieciaki przy użyciu kredy mogą dać upust swej fantazji. Może to i fajne, ale...
Pan Mąż na moje zapytanie o wymalowanie kawałka tablicy gdzieś na ścianie domu zapytał od razu "a co, jeśli "wyjedzie" za linię, albo poszuka innej, lepszej ściany?". Wierzę, że tak by nie było. Wiadomo, że każdej matce brak obiektywności i nie jestem tu wyjątkiem z tym, że moje dziecko jest naj-, naj- i naj- we wszystkim. Stąd moja niezłomna wiara, że taka mądra Pyzulka nie pomalowałaby nam wszystkich ścian a la Picasso (prędzej van Gogh, bo z tym malarstwem ją zapoznawaliśmy:P). Słyszałam też o "układach" rodzic-dziecko i ustalaniu tylko jednego miejsca w domu gdzie ściany można malować, ale wiadomo, dzieci to tylko dzieci, i ryzyko istnieje :)  Nie drążyłam tematu tworzenia tablic na ścianach pokoi tylko poszukałam, poszperałam, kliknęłam "kup teraz" i za kilka dni powitałam paczuszkę z folią tablicową. 
Po remoncie zostało nam sporo mebli w częściach. Poprosiłam więc dziadka, by z naszej przydomowej 'castoramy', jak pieszczotliwie nazywamy dziadkową komóreczkę z 'przydasiami', przytargał mi jakiś kawał szafy i nakleiłam na nim elegancki kawał folii. W zestawie były też różne kolory kredy. W ten sposób w kilka minut tablica do malowania była gotowa, a ściany domu uratowane. Płyta z naklejką jest na tyle duża, że spokojnie pomieści się przy malowaniu więcej dzieci i nie wchodzą sobie w 'paradę' :)

Zabawa przednia...


Nowa zabawka stanęła na tarasie. Dzięki temu nawet w mniej pogodne dni możemy posiedzieć pod dachem na świeżym powietrzu i nadal mamy co robić. Adaś zadowolony drzemie sobie w łóżeczku, a Pyzka trenuje kółka :) Sama radość!

Moja kreatywna tablica sprawdza się też świetnie przy malowaniu farbami. Odwracam ją na drugą stronę i stół malarski gotowy. To dopiero pierwsze kontakty Pyzy z malowaniem na mokro i więcej jest przy tym sprzątania, szczególnie, że nasze dziecko jest z tych "mamo, paluch brudny, wytrzyj!" i "papier, papier, papieeeeeeeeeeer" (sama ją tego nauczyłam :( na własną zgubę, bo też taka jestem...), więc tym bardziej się ciesze, że ma taką "zabawkę" na tarasie i nikomu przy tym w szkodę nie wejść.

   

Wiem, "Ameryki nie odkryłam", ale kilka minut "spokoju", kiedy ten mały stworek-potworek mój kochany nie woła co chwila "mamoooo" tylko bawi się cichutko, samodzielnie i grzeczniutko daje mi tyle radości, że muszę ją z kimś dzielić :P  

środa, 13 września 2017

"Meksyk" w domu :)

To wydarzyło się naprawdę! 
Choć wciąż nie wierzę w moje szczęście ostatnie dwa tygodnie sierpnia spędziłam w towarzystwie przyjaciół Meksykanów poznanych podczas naszej dwuletniej avignońskiej przygody.

Parę razy musiałam się tłumaczyć, że jak to? goście z Francji? czy w końcu z Meksyku? :)  Zatem uściślam: tak, Adriana i Ricardo to najprawdziwsi Meksykanie z Meksyku (a miasta Puebla), ale przyjechali do nas z Francji, z tak dobrze nam, i Wam już pewnie też, znanego Avignon :P Korzystając z tego, że dzieli nas jeszcze niewielka odległość (ich pobyt w 'papieskim' mieście kończy się z końcem roku, a jak wrócą do Meksyku to będzie trochę daleko...) odwiedzili nas i spędziliśmy razem wspaniale czas! 
Pan Mąż przywiózł ich z lotniska w środku nocy, a ich widok w naszej kuchni był tak nierealny, że aż przetarłam raz jeszcze oczy, odpędzając resztki snu, by upewnić się, że stali tam naprawdę.  No i zaczęły się ich, ale nasze trochę też, kolejne wakacje :)

Nieco martwiłam się jak to będzie z dzieciakami, a szczególnie z Pyzką, która bardzo dużo mówi (ciekawe po kim... ? :) ). Przecież, gdy ostatni raz się widzieliśmy, ona nie mówiła, a my rozmawialiśmy po angielsku, a raczej frangielsku... Okazało się jednak, że nasz frangielski ma się dobrze, a Pzyce nie przeszkadza wcale, że nie wie co mówi ciocia z wujkiem. Ważne, że się uśmiechali. My staraliśmy się z całych sił, by wszystko tłumaczyć na dwie strony, jednak przy tak wygadanym dziecku nie było łatwo! Bywało, że podczas posiłku nie mogliśmy porozmawiać, bo stale tłumaczyliśmy naszą gadułkę :P Ady i Ricardo także bardzo się przyłożyli i w mig ogarnęli "tak", "nie", "chodź" i "Asia" (we Francji, gdy była mała wszyscy poza nami nazywali ją "żoana", ale teraz już na to nie reaguje). Kiedy więc Pyzka klepała jak najęta oni odpowiadali jej "tak" i to jej wystarczało :)

Chociaż początkowo aura nie była zbyt gościnna i naszą piękną okolicę musieliśmy prezentować w strugach deszczu, to spacery znakomicie nam się udały. Ady i Ricardo wspominali nam przed przyjazdem, że szukając atrakcji turystycznych w Polsce trafili m.in. na rekomendację Kampinoskiego Parku Narodowego. Piękne tereny, to fakt! Zważywszy jednak na odległość do tegoż parku jak również na napięty i wypełniony po brzegi harmonogram wizyty, Pan Mąż stwierdził, że jak chcą pochodzić po lesie to idealnie się składa, bo własnie w lesie mieszkamy :D

fot. Ricardo
Z okolicznych atrakcji uraczyliśmy ich również świdermajerami i kościołem, w którym kręcą TEGO "Ojca Mateusza" :D:D:D  

fot. Ricardo :)
Ja, w towarzystwie naszych 'francuskich' Meksykanów, poczułam się znów jak w Avignon i to do tego stopnia, że wchodząc do naszego "supermarketu" (jedyny w okolicy wielobranżowy sklep samoobsługowy) gotowa byłam witać się 'bonżurami' :D Pierwszy raz od powrotu z Francji otworzyła mi się ta 'szufladka' w głowie... Pozostałam jednak przy języku ojczystym, bo nie wiem jak w obcych wersjach brzmi "kiełbasa", "kaszanka" i "oscypek"(oczywiście nie ten oryginalny, ale wiecie przecież o co chodzi ;) ). 

Po obejrzeniu naszych włości goście udali się na zwiedzanie Wieliczki i grodu Kraka, zaś po tej dwudniowej rozłące ruszyliśmy wspólnie zwiedzać Warszawę.
Tu pierwszy 'hicior'. Lokum, które zorganizowaliśmy dla Ady i Ricardo miał niewątpliwą zaletę jaką była jego 'bezcenność ':). Jednak 'coś za coś'. Przed samym przyjazdem okazało się, że toaleta się zepsuła. Spokojnie! Nie trzeba było szukać latrynki za potrzebą. Problem dotyczył jedynie wody, która lała się z rezerwuaru na podłogę. Usterka została naprawiona błyskawicznie! Wodę zakręcono, a zamiast klasycznej wersji spłuczki w umywalce stanął wdzięczny rondelek. Wystarczyło tylko pamiętać, by napełnić go dla kolejnego użytkownika! Jakież to proste, nieprawdaż? :D
Dalej było tylko lepiej!
Zasugerowaliśmy spanie na materacu, bo była tam w prawdzie wersalka, ale trochę strach jej dotykać, tak delikatnie mówiąc! A materac pompowany nowy, duży, komfortowy. Po prostu same zalety. Pan Mąż całą drogę do domu roztłumaczał gościom nasze przesłanki do spania na materacu. Po wejściu do mieszkania zaprezentował wszelkie niedostatki mebla, który lata świetności ma daaawno za sobą. Tu skrzypiał, tam trzeszczał, a jeszcze gdzie indziej wystaje sprężyna... Kiedy już zakończył 'tyradę wersalkową' uroczyście ogłosił, że ma dla nich doskonały materac. Po tych słowach otworzył walizkę, a oczom naszych gości ukazał się stos szmat. Tak, tak, nie inaczej, niestety... W walizce zamiast materaca znajdowały się jakieś koce, narzuty, kocyki i inne bety. Nikt nie zajrzał do środka wcześniej, a tymczasem w takiej samej walizce materac spokojnie leżał wciąż na strychu. No i pościelili sobie jakże komfortową wersalkę...
Takiego RBNB w życiu nie zaznali! :D
Jedno jest pewne - po tych wczasach rodzina im się nie powiększy :P 
Na szczęście, gdy spotkaliśmy ich nazajutrz byli cali i zdrowi :) I całkiem też wypoczęci, więc ruszyliśmy na podbój stolicy. Nie powiem, by było łatwo. Dwójka dzieci w wózkach przy spacerach po kocich łbach, niedorzecznych windach na stacjach metra (szczególnie drugiej linii) i wąskich chodnikach oraz uliczkach Starówki to trochę wyzwanie. Jeśli dodać do tego jeszcze przerwy na karmienie Adaśka czy posiłki Pyzki oraz przewijanie i poszukiwanie toalet, a także te odcinki trasy, gdzie nasza starsza latorośl postanowiła chodzić o własnych siłach to byliśmy wręcz idealną rodzinką do nie zabierania nas gdziekolwiek :P
A jednak byliśmy....wszędzie! :D
fot. Ricardo
Maszerując od Dworca Wileńskiego, przez most Śląsko-Dąbrowski przeszliśmy całe Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Tamkę, a w końcu także wyremontowane bulwary nad Wisłą, docierając do parku fontann na wieczorny spektakl. Tu trochę się rozczarowaliśmy... Choć wg wszystkich możliwych rozpisek o godzinach pokazów miał się on zacząć o 21:30 to multimedialne show rozpoczęło się o pół godziny za wcześnie! Na szczęście jednak zdążyliśmy, a nasi goście byli zachwyceni. Potem już tylko krótki spacerek do auta na drugą stronę Wisły i aplikacja Ricardo skrzętnie obliczająca długość jego kroków wyświetliła 20 km bez 300 m! WOW!!!


fot. Ricardo
fot. Ricardo
fot. Ricardo
Przy okazji i my przypomnieliśmy sobie jak piękna jest nasza stolica! <3

Chociaż bardzo chciałam spędzać z Meksykanami każdą chwilę, to dla ich dobra do Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Żydów Polskich czy na Zamek Królewski ruszyli w kolejnych dniach już sami.

Tu dygresyjka:
Już wcześniej moja przyjaciółka wspominała mi, że korzysta ze spacerów z przewodnikiem gdy jest gdzieś za granicą. Nie sądziłam jednak, że takie "atrakcje" są dostępne i u nas! Chodzi dokładniej o "darmowe spacery z przewodnikiem" (free walking tour). W Polsce dostępne są one w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Zakopanem i Wrocławiu. Dla każdego miasta w ofercie jest kilka tematów takich spacerów, a także kilka opcji językowych! Przy zapisach na dany termin nie ponosi się żadnej opłaty, a jedynie na koniec spaceru można wynagrodzić przewodnika na zasadzie napiwku. Świetna sprawa! Meksykanie, zarówno w Krakowie jak i w Warszawie skorzystali z możliwości spacerowania z przewodnikiem. Dowiedzieli się wielu ciekawych rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Z pewnością duża w tym zasługa również tego, że mogli wybrać grupę hiszpańskojęzyczną. Nasi goście byli zachwyceni! 

Brykusiowa drużyna dołączyła do Ady i Ricardo jeszcze raz podczas pobytu w Warszawie, pokonując również całkiem imponującą trasę. Ze Starego Miasta obok Teatru Narodowego dotarliśmy do Parku Saskiego, gdzie oczywiście obowiązkowo wizytowaliśmy Grób Nieznanego Żołnierza. Dalej ruszyliśmy Marszałkowską z postojem w "Cepelii", Poznańską i Koszykową, z której podziwialiśmy odnowioną Halę Koszyki i to jak okolica ogrzewa się w blasku jej sławy. Następnie, na ul. Noakowskiego  pokazaliśmy naszym gościom "nasz" Gmach Chemii skąd dotarliśmy do Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Tu zabawiliśmy nieco dłużej, korzystając z pustek i znakomitej scenerii do zdjęć :)


Naszą pieszą wycieczkę zakończyliśmy kolacją w restauracji "Chłopskie Jadło" (wszystko smaczne, obsługa miła, kącik dla dzieci - dobre miejsce na rodzinny obiad, polecam!), by nasi towarzysze raz jeszcze mogli skosztować specjałów polskiej kuchni :)
Jeśli chodzi o rodzime delicje to zdecydowanie wygrał żurek! Chociaż próbowali wielu dań, od pierogów przez bigosy, zrazy, golonki po gołąbki, a także deserów takich jak sernik czy wuzetka, to za każdym razem podkreślali, że to żurek smakował im najbardziej. Ricardo cały pobyt nie mógł odżałować, że przy podziałach obiadków, by mogli popróbować różnych dań, Ady zostawiła mu tylko 2 łyżki naszej tradycyjnej zupki podczas gdy on nie pożałował jej połówki "schaboszczaka" (a kotlet był na cały talerz - widziałam zdjęcie :P).

Na koniec pobytu Meksykanów wróciliśmy do lasu, by trochę się polenić, posmakować meksykańskiego jedzonka, które nam przygotowali, pogościć się przy grillu i pocieszyć jeszcze trochę swoim towarzystwem :)
To był wspaniały czas pełen śmiechu i radości. Niestety, wszystko co dobre się kończy i Ady z Ricardo musieli wrócić do Avignon.
Teraz mocno trzymamy kciuki za Ricardo i jego obronę rozprawy doktorskiej w listopadzie, a potem za znalezienie stażu gdzieś niezbyt daleko ;) Może zostaną we Francji... A może uda im się znaleźć ciekawy temat w Polsce? :)
Oby!
Myślę, że My i żurek powinny wystarczyć, by zniwelować niekorzystne notowania naszego kraju z uwagi na zimę,śnieg, mrozy i szare niebo przez połowę roku... 

***
Tak to właśnie minęła nam końcówka sierpnia. 
To właśnie powód, dla którego nie zaglądałam na bloga od trzech tygodni...
Trochę czasu zajął mi powrót do rzeczywistości, a także pożegnanie z latem, bo zdaje się, że wraz z Ady i Ricardo, nie licząc ostatniego, jakże słonecznego weekendu, odleciało już od nas ciepełko :(
Teraz jednak zakasałam rękawy i biorę się za porządki!  

wtorek, 22 sierpnia 2017

Remontowe kwiatki. Epizod VIII: Schody

Pamiętacie jeszcze remontowy cykl "kwiatkowy"?
Obiecałam, że opowiem Wam w nim również o naszych schodach.
W tym miejscu, jak zawsze z resztą kiedy myślę o schodach i ekipie stolarzy, w uszach szumi mi "never ending stoooooryyyyyyyyyyy....aaaa aaa aaaaa... ", tyle, że u mnie to "aaaa" nie jest śpiewaną ,melodyjną 'wstawką', a raczej krzykiem rozpaczy!!!
Musiałam odczekać, aż emocje opadną, bo każdorazowo, gdy o tym myślałam, ciśnienie skakało mi pod niebo... Jak wiadomo, ciężarnym nerwów się nie zaleca, a i przy karmieniu piersią stres jest niewskazany. Teraz gdy myślę o naszej 'pożal się Boże' ekipie schodowej drga mi czasem w nerwowym tiku jedna powieka, a więc nerwy zostały praktycznie opanowane, a ten tik na wspomnienie o nich pozostanie pewnie ze mną tak jak te nieszczęsne schody...
A jak to było?
Umowę na wykonanie schodów spisaliśmy we wrześniu. Zapłaciliśmy zaliczkę i ustaliliśmy, że nim wrócimy na stałe do Polski robota będzie wykonana. Termin realizacji został określony na koniec listopada. Spore było więc nasze zdziwienie i zaniepokojenie gdy w połowie listopada prace jeszcze nie ruszyły... Wykonawca zapewniał nas jednak, że wszystko będzie zrobione na czas. Ostatecznie "artyści-specjaliści" wkroczyli na nasze betonowe schody 27 listopada (!!!), czyli 13 dni przed moim powrotem do kraju!! Czas, jaki sobie pozostawili był ponoć wystarczający, by zdążyć na czas. Być może to prawda, gdyby prace wykonywała ekipa fachowców... 
Wybraliśmy tralki w kontrastowym do drewnianych schodów, białym kolorze. Może, gdyby to były proste "kołki" czy wałki nasi "stolarze" podołaliby wyzwaniu. Na ich nieszczęście jednak nasz typ padł na tralki o nieco bardziej fikuśnym kształcie, kwadratowym przekroju na dole, owalnym na górze, a na domiar złego z ozdobną kulką gdzieś w połowie. Okazało się, że taka 'ekstrawagancja', choć wybrana z ichniego katalogu przewyższa o stokroć możliwości montażystów. Kiedy nasi tatusiowie zadzwonili do nas na Skype, by pokazać nam dzieło fachowców nie mogłam powstrzymać ze złości łez. Wyobraźcie sobie, że tralki zostały przycięte praktycznie na chybił-trafił, a ich charakterystyczne elementy nie układały się w równoległej do poręczy linii, choć wysokość stopni jest jednakowa... Obraz nędzy i rozpaczy. Jakby tego było mało poręcz, którą poprowadzono tak, jakby "przebijała" słup podtrzymujący sufit na piętrze, nie zbiegała się :( Dodatkowo, w tak zwanym międzyczasie jeden, ze stopni się odkleił i zaczął ruszać (szczerze mówiąc nie wiem czy zdążył się przykleić...). Zgłosiliśmy czym prędzej wszystkie reklamacje z nadzieją, że ekipa zdąży się poprawić nim wrócimy. Tatusiowie pracowicie wytłumaczyli im nasze zastrzeżenia, ale na nic się to zdało. 
Pierwsza poprawa zakończyła się jeszcze przed naszym powrotem do kraju, czyli teoretycznie "zdążyli"...
A potem nastąpiła reklamacja nr 2, którą składaliśmy już osobiście. 
Niestety, ogrom rzeczy do poprawy sprawił, że musiałam koczować u mojej mamy po powrocie do Polski w oczekiwaniu na wykończenie prac remontowych w naszym docelowym domu. Cały czas byłam jednak dobrej myśli... O ja naiwna!!! 
Jako iż poręcz była na tralki niejako 'nadziana' to naprawy dokonano "wyciągając" je tyle, ile to było konieczne. W konsekwencji tego zabiegu w niektórych miejscach biała farba pokrywająca słupki się zdarła.

Nasi specjaliści pokonali tę usterkę szalenie oszczędnie, nakładając w obdarte miejsca połyskującą, w przeciwieństwie do reszty tralek, farbę (coś jak olejną). Dramat! Serio!!! Oczywiście, by dokonać tej "poprawki", musieli zdemontować słupki wieńczące. Przy tej operacji zniszczyli zaślepki śrub, które brzydko popękały. Nie stanowiło to jednak przeszkody by zamontować je ponownie. Kilka stopni miało zupełnie inną strukturę na wierzchu. Byłam skłonna stwierdzić, że nie widziały lakieru, choć montażyści-statyści upierali się, że były lakierowane. Poprawę lakieru robili chyba ze 4 razy. Jest lepiej, ale na więcej nie starczyło nam już cierpliwości...


Druga poprawa schodów zakończyła się w połowie grudnia i wtedy tu zamieszkaliśmy. Nasza radość nie trwała jednak długo, bo od razu po obejrzeniu schodów stwierdziliśmy, że nadal robota nie jest wykonana poprawnie. To nie było zwykłe czepialstwo, o nie! Brak lakieru na dwóch stopniach i wszystkich (tak, wszystkich!) cokolikach czy też powklejane pod lakier włosy i inne paprochy to pikuś! Jeden z cokolików odpadł sam. SAM, bez dotykania, kopania, szturchania czy podważania. Po prostu "łup" i spadł na stopień niżej, a my patrzyliśmy na siebie jak głupki nie wiedząc czy śmiać się czy płakać... Wszystkie miejsca, które zostały posilikonowane wyglądały tak, jakby pistoletem do silikonu bawiła się nasza Pyzka. Coś potwornego.


Oczywiście od razu zadzwoniliśmy do stolarza, z którym podpisaliśmy umowę, by zaprosić go na oględziny tego koszmarku. Nim udało mu się do nas dotrzeć, a miało to miejsce dopiero po Nowym Roku, bo wiadomo urlopy, święta itp. itd., byłam już gotowa udusić go gołymi rękami... Stopień, który przy reklamacji nr 1 był odklejony odkleił się znowu i skrzypiał przy stąpaniu. Ten sam stopień po 2-3 dniach skrzypienia i 1 dzień po samoistnym odpadnięciu cokolika, w noc sylwestrową, gdy szłam zerknąć do pyzkowego łóżeczka, czy też nie budzą jej testowane przez miejscową dzieciarnię fajerwerki, pękł (!!!!!) w miejscu jego połączenia z panelami. Zatem w Nowy Rok weszliśmy w wisielczych wręcz nastrojach, ze świadomością, że umoczyliśmy kasę, a nasze schody, mimo kolejnych poprawek nigdy nie będą tymi, które zamówiliśmy ;(
Aaaaa, byłabym zapomniała. Okazało się również, że choć reklamowane, obdarte z farby tralki zostały wymienione, to spośród 20 zamontowanych słupków 5 czy 6 było popękanych (z powodu zbyt mocnego wkręcenia ich w śruby mocujące).     
Uwierzcie, że każdorazowe wejście na klatkę schodową przyprawiało mnie o mdłości, choć byłam już dawno po zakończeniu pierwszego trymestru ;P Nie ma się jednak co dziwić... Tak to wyglądało:


Po trzeciej reklamacji, która zakończyła się w pierwszym tygodniu lutego, a która po raz kolejny zmusiła mnie do pomieszkiwania u mojej mamy (nie żebym tego nie lubiła, ale w innych okolicznościach... opary lakierów nie są zbyt korzystne), postanowiliśmy zakończyć współpracę z ekipą. Rozliczyliśmy się, przełykając gorzką pigułkę porażki.
Nie znaczy to jednak, że zakończyła się nasza "przygoda" ze schodami... 

Jak jest dziś?
Dziś jestem już oswojona z większością remontowych bubli, z którymi przyszło nam żyć, a schody odbijają mi się czkawką najczęściej przy sprzątaniu, gdy obcuję z nimi bliżej. Podobnie ze ścianami, które ekipa schodowa zostawiła w tragicznym wręcz stanie. Ja rozumiem, że czasem coś się chlapnie czy stuknie się deską na zakręcie, sama nie jestem wybitnie ostrożna, ale nasza klatka schodowa wygląda jak z praskiej, przedwojennej kamienicy. Próbowałam doprowadzić ją do porządku i zmyć choć część odcisków palców i wszechobecnego rudego "kitu", ale na niewiele się to zdało :(   A kiedy pomyślę, że te ściany wcześniej robiła "ekipa ścianowa", by były równe i gładkie to aż chce się wyć!

Ostatnio dowiedziałam się, że windę-podnośnik zamontować można w podobnych pieniądzach... szkoda, że nie wiedziałam o tym wcześniej!! Same zalety: mniej sprzątania, mniej męczenia się, mniej nerwów... Zaletą schodów, ale nie tylko tych, jedną jedyną jest to, że pozwalają odchudzić nieco upasiony tyłek, szczególnie, gdy pokonuje się je pierdylion razy w ciągu dnia tak jak ja :P

Najlepszy widok na nasze schody?
Gdy gonię po nich za moją Pyzką, bo wtedy nie mam czasu patrzeć na fuszerki, a czasem nawet pod nogi :P

Na tym kończę nasz cykl remontowy, choć niewykluczone, że do niego powrócę. Nie życzyłabym tego ani sobie, ani nikomu innemu, nawet najgorszemu wrogowi, ale remonty i specjaliści od nich już tacy są, a przed nami jeszcze kilka spraw do ogarnięcia :( 

środa, 16 sierpnia 2017

Aktywny wypoczynek

Sezon urlopowy w pełni! 
Znajomi zamieszczają na portalach społecznościowych kolorowe fotografie pod palmą, z drinkiem, z parasolką i zanurzonymi w wodzie stopami... 
A czy Brykusie mają urlop?
A jakże!
Pani Brykusiowa od Dnia Dziecka przebywa na jakże zasłużonym urlopie macierzyńskim. Niestety, jak powszechnie wiadomo, urlop określany wdzięcznym przymiotnikiem 'macierzyński' wyklucza zwykle drinki ;( 
Co mi więc zostaje? 
Oczywiście, że uznane za jedynie słuszne postępowanie w postaci "siedzenia w domu z dziećmi", co rzecz jasna jest w 100% relaksującym, pełnym wolności i spokoju czasem. Mogę także pomoczyć spuchnięte nogi w misce po całym dniu ganiania między dzieciakami (dobrze, że Adaś póki co jest stacjonarny), jak również korzystać do woli z parasolki na ogródku (no, bo "taki mamy klimat" :D). Jak sami widzicie urlop macierzyński to synonim wypoczynku !! :) 
Ostatnio z uroków wakacji korzystaliśmy w tandemie :) Pan Mąż wybrał się bowiem na "urlop wypoczynkowy".
Choć z pewnością liczył na to, że w zaciszu przydomowego podwórka podzieli los znajomych, publikujących wakacyjne zdjęcia w sieci, zamieniając jedynie palmę na ogrodowy parasol szybko zorientował się, że nic nie dostarczy mu tylu wspaniałych chwil i rzecz jasna wypoczynku co czas spędzony wspólnie z dziećmi :D 
Aż żal było odrywać się od niczym nieskrępowanej zabawy (rozpoczynającej się o 5 rano), by wypełniać domowe obowiązki... Nadszedł jednak moment, kiedy dalsza zabawa bez uprzątnięcia mieszkania była już niemożliwa. No i pojawił się dylemat: kto to ogarnie? :)
Las rąk zasłaniał mi chętnych do podjęcia się tej syzyfowej, jak wiadomo, pracy...
Litania robót nie miała końca :(
Gdy skończyłam już recytować listę prac Pan Mąż zapytał "a co byś wolała?". Co bym wolała?! Układać klocki i czytać książeczki czy sprzątnąć całą chałupę... Naprawdę trudny wybór! Pan Mąż jednak nie widział nic zdrożnego w tym pytaniu. Z rozbrajającą szczerością stwierdził, że może posprzątać, ale myślał po prostu, że skoro wszystkie dni spędzam z dziećmi to mam może ochotę "TROCHĘ SIĘ ZRELAKSOWAĆ" :D
Umarliście już ze śmiechu?
Jeśli nie to powiem Wam, co było potem :P

Potem wzięłam się za sprzątanie, zostawiając dwójkę małych krzykaczy Panu Mężowi...
Czy ktoś z nas wypoczął?
Nie powiem, by ten aktywny wypoczynek mnie zrelaksował. Pana Męża nie pytałam... Nie musiałam, bo znam ten urlop aż za dobrze :D
I tak, dzień za dniem nadszedł kolejny termin gruntownego porządkowania domu, a Pan Mąż już więcej nie zapytał co wybieram. Z pełnym zaangażowaniem przez cały dzień sumiennie oddawał się pracom domowym z pewnością odnajdując w nich wytchnienie.

Niestety, urlop wypoczynkowy Męża dobiegł końca. Z niecierpliwością czekam jednak, kiedy będzie urlopował się na "tatusiowym". Wszak 'tatusiowy' to jak weekendy, które znane są także pod nazwą "międzynarodowych dni ojca".