środa, 18 października 2017

Lekcja w lesie: Szanuj przyrodę!

Mieszkamy w lesie, a nasze codzienne spacery to łazikowanie wciąż tymi samymi, leśnymi ścieżkami. Las kryje w sobie mnóstwo tajemnic i wspaniałych historii, które snuję Pyzce, by ją zaciekawić i zachęcić do dreptania obok wózka z naszym małym 'Księciuniem', jak go pieszczotliwie nazywamy :). Pcham więc ten nasz mini czołg z maxi niemowlakiem (tak, tak, kolejne dziecko także mamy XL - ma 5 miesięcy, a odzież nosi na 9!) i bajdurzę o borsuku, dzięciole,  jeżyku, szyszkach, a ostatnio często także o rosie czy mchu, no i obowiązkowo, na każdym jednym spacerze, o wiewiórkach! Te ostatnie, chyba z racji tego, że jest tu ich prawdziwe zatrzęsienie, Pyzka szczególnie sobie upodobała i męczy mnie od rana do nocy "Mamo, opowiadać o wiewiórce". (Tutaj prośba: jeśli znasz jakąś książkę o wiewiórce - poratuj w komentarzu :D)  

Od początku naszych leśnych spacerów uczulałam Pyzę, by zwracała uwagę na to, co nas otacza. Na początku najbardziej fascynowały ją śmieci. Na każdym kroku wskazywała je paluszkiem wołając "O, o! Tu Mamo", a ja za każdym razem cierpliwie tłumaczyłam, że ktoś zrobił bardzo brzydko, że te śmieci tu zostawił. Niestety, letnicy korzystający z uroków okolicy wyrzucają do naszych lasów odpady całymi workami, a plażowicze kąpiący się w rzece zostawiają rokrocznie na pobliskiej plaży prawdziwe wysypisko :( 
Kiedy już temat bałaganu w lesie został przewałkowany wzdłuż i w szerz zaczęłyśmy snuć opowieści o drzewkach, roślinkach i zwierzętach. O tym, że nie można łamać gałązek, o tym ile rośnie drzewo (szczególnie teraz, gdy "sąsiedztwo" wycina się na potęgę :( ), o tym kto zjada listki z drzewa, co robi dzięcioł kiedy stuka i jak wiewiórka (nie mogło jej przecież zabraknąć!) robi zapasy na zimę. Moje rezolutne dziewczę jest bardzo wrażliwe na los zwierzątek w lesie. Zdarza jej się znaleźć żołędzia czy szyszkę na spacerze i nieść tę zdobycz całą drogę powrotną "dla wiewióreczki" :D A ja z drżeniem w sercu pilnuję, by tego znaleziska nie zgubiła, bo spacer kończymy zwykle tuż przed drzemką i zagubiony deser dla rudego gryzonia u wykończonej dreptaniem Pyzki może z powodzeniem wywołać wodospady łez nad losem głodnego zwierzaka.

Od kiedy zaczął się sezon 'grzybowy' mamy nową misję spacerową: chodzimy na grzyby! Nie zwalnia mnie to oczywiście z opowiadania bajeczek, ale nie muszę namawiać specjalnie Pyzki do łażenia, bo "zbieramy grzyby dla Dziadziusia". Gdy wchodzimy w las prosi o własną torebkę i dumnie niesie w niej symboliczne nasze zbiory. "Duży las" jest dla nas nieosiągalny z racji naszego osobliwego w terenach leśnych pojazdu. Zaś w "małym lesie" nasze osiągi to mniej więcej ze 3 maślaki i mały podgrzybek. "Grzybobranie" kończymy więc ofiarując te cenne skarby jakiemuś grzybiarzowi z pełniejszym koszykiem w drodze do domu :) A jak nie ma grzybków to chociaż różne rodzaje mchu sobie pooglądamy.... 
Wraz z pierwszym grzybobraniem jak echo wróciły do mnie słowa Pani od przyrody, które zapamiętałam na całe życie, by nie deptać grzybów w lesie. Tą mądrością podzieliłam się z moją rezolutną latoroślą, a ona wzięła to sobie mocno do serca! Za każdym razem, gdy mijamy grzybek wskazuje go palcem, mówiąc że to dla zajączka, ślimaczka albo dla sarenki. Aż serce rosło, gdy patrzyłam na mojego małego skrzata pochylającego się z czułością nad "zepsutym" grzybkiem... 
"Mamo, napraw" :D
Do czasu!
Wygląda na to, że "stworzyłam potwora".
Faktycznie, na początku, zdarzyło mi się raz czy dwa położyć z powrotem kapelusz na kopniętym niechcący grzybku. Chociaż próbowałam wytłumaczyć, że to raczej nienaprawialne, to czasem wybierałam tę opcję "dla świętego spokoju", coby się córka nie rozkleiła... Jak jednak wiadomo "im dalej w las...", a w tym przypadku "im dalej w jesień, tym więcej grzybów" (tych dla sarenek i zajączków rzecz jasna!) i coraz trudniej jest nam spacerować, by nie urazić żadnego muchomora czy psiaka. W pewnym momencie Pyzka odmówiła spacerowania między drzewami na rzecz łażenia wzdłuż drogi, bo tam grzyby nie rosną!
Oby w przyszłym roku dała sobie wytłumaczyć, że niechcący rozdeptany grzyb to nie koniec świata!
Niemniej jednak cieszę się niezmiernie, że nie należy do tej części jej grupy wiekowej, która papierki po cukierkach (cóż, Pyzka ich nie jada, no ale można to przerobić na "chusteczki") rzuca pod stopy i z kijami gania po lesie, rozbijając muchomorowe kapelusze w drobny mak.

poniedziałek, 16 października 2017

Małe chwile wolności cz.3

Przychodzi matka do lekarza...
...i modli się o kolejkę :D

Nagle nigdzie mi się nie spieszy!
Dzieci zaopiekowane, no bo wiadomo, "siła wyższa" :)
Ale przecież to cała wyprawa!

Najpierw jadę...
SAMA w aucie :D
Nikt nie jęczy!
Nikt nie zagłusza radia!
Mogę otworzyć okno i nikogo nie przewieje !!
Delektuję się więc tymi zapachami polskiej wsi prawdziwej, tym obornikiem po polach rozrzuconym, aromatem za szambiarką się ciągnącym, co to nie śmierdzi mi wcale, bo przecież ona właśnie od nas wyjechała...
Jadę!
Pędzę tą naszą czerwoną strzałą, 40 na godzinę, bo to przecież wieś, tereny zabudowane, chodników brak, ludzie, zwierzęta i dziury jak wąwozy w skraju drogi, uczniowie biegnący na przystanek i babcie na rowerach jadące środkiem drogi...od lewa do prawa, bo się kartofle na bagażniku przechylają...
Jadę do "centrum" - ośrodek zdrowia, szkoła, "supermarket" (a konkretnie Top Market :P) - przygoda życia to może nie jest, ale na pewno główna rozrywka tego tygodnia :D
Parkuję.
Parkowanie to ja jeszcze trenuję, więc przegazowując nieco, coby dostarczyć pracownikom ośrodka rozrywki i oznajmić, że "oto jestem!" zajmuję +/- 3 miejsca na tyłach przychodni, gdzie nikt nigdy nie wjeżdża, bo to za dużo zachodu... ale przecież nie dla mnie! Ja mam czas... Dzieci zaopiekowane... więc po dośpiewaniu ostatniego kawałka lecącego z radia (mam czas!), wysiadam :D 

"Kto z Państwa ostatni do Pani Doktor?" - pytam uprzejmie.
Zgłasza się jeden Pan...
Serio?! 
Jeden?! 
Co ja zdążę przeczytać w ciągu jednego zęba?!
Żartuję, by ukryć niezadowolenie z tak krótkiej kolejki: "całe szczęście, że tylko Pan, bo na karmienie muszę wrócić" :)
Na co miły Pan: "przepuściłbym Panią..." 
Coooo?!?!?!
Też mi się żarcik udał ! 
W żadnym razie, przecież mam czas!! :P
Nie mogę się na to zgodzić! 
W żadnym wypadku...
"... ale już mnie znieczuliła, bo kanałowe będzie" - kończy mój sąsiad po lewej zrezygnowany, a ja...
JUPI ! ! !
Kanałowe :D:D:D 
No, nie powiodło się gościowi!
Ale mi...
To na której to stronie skończyłam ? :)

Po kilku minutach wchodzi do przychodni ojciec z synem.
Zdradzają się, że są umówieni bez godziny, gdy tymczasem mnie lektura tak wciągnęła, że zapomniałam już na co czekam. Ale przecież uprzejmości nigdy za wiele. Idźże chłopie z tym dzieciakiem, miejcie to już za sobą! Ja mam czas :D 

W końcu przychodzi pora i na mnie.
"Dzień dobry, przyszłam sobie odpocząć" - zaczynam już od drzwi. Widzę na twarzach lekkie zdziwienie, więc kontynuuję: "w domu dwójka dzieci do lat 2 to sobie tu chociaż w spokoju radia posłucham, czekając książkę poczytam...".
Pani Doktor spieszy z usprawiedliwieniem "Oj, aż tak długo Pani nie czekała".
"Nie długo?! Za krótko! Pani kochana! Nawet rozdziału nie skończyłam!!+.
Zapraszają mnie na fotel, a tam pozycja leżąca, więc stwierdzam, że taki wypoczynek to już gruba przesada, a przede wszystkim duże ryzyko, że zasnę na fotelu :D Adaś ostatnio mnie nie rozpieszcza... Jeszcze kilka nocy tych spacerów a: a) przebranie na Halloween nie będzie konieczne i nawet makijaż zbędny, b) zasilę reprezentację chodziarek na kolejnych Igrzyskach Olimpijskich, c) oszaleję z niewyspania!
Rozsiadam się wygodnie w fotelu, zamykam oczy i...
Pełny relaks.
Z radia dobiegają mnie francuskie (serio!!) przeboje, przez zamknięte powieki przebija jasne, ciepłe światło... Jest ciepło, spokojnie, nikt nie woła "mamo" ani "łełełełeee".
Sielanka!
I tylko wiertło świdrujące mi właśnie dziurę prawie do mózgu przypomina mi co jakiś czas, że to nie szum morza na Francuskiej Riwierze skąpanej w słońcu, a gabinet dentystyczny z "opalającą mnie" właśnie lampą zabiegową. 
Jeszcze tylko dwie fale, tfuuu, dwa "dziubnięcia borowidełka" i kończą się moje "wakacje".
"Już? Tak szybko?" - pytam zaskoczona.
"A co, chciała Pani dłużej?".
Czy ja wiem? :P
Za borowanie to może już podziękuję, ale fotel całkiem wygodny...
Przy utwardzaniu plomby całkiem na serio byłam już bliska drzemki :)
"No to wszystko już mamy z głowy" - oznajmia radośnie Pani Doktor.
Nieeeeeeee...
Niemożliwe!
I gdzie ja się teraz będę zapisywać!
Chyba tylko do ginekologa, ale wątpię, by nie wzbudziły podejrzeń cotygodniowe wizyty... :P

Wygląda na to, że aby zachować rozkład moich relaksacyjnych wyjść nie pozostaje mi nic innego jak jeść orzechy...
...w łupinach :D

środa, 11 października 2017

Toniemy w pieluchach!

* wybaczcie temat dzisiejszego wpisu, ale "takie życie". Może komuś cośkolwiek to pomoże, albo choć pocieszy, że i u nas w pieluchach żadne tam fiołki...

Taka właśnie była moja pierwsza myśl, gdy zjechaliśmy do domu po kolejnych weekendowych zakupach na początku życia Adaśka, czyli jakieś 4 miesiące temu. Młody na "dzień dobry" dostał paskudnej wysypki od jednego rodzaju pieluch, więc po ich wyeliminowaniu używałam kilku marek na zmianę. Do tego dochodziły "pampki" dla Pyzki oraz pieluchomajty na noc... Nasz dom wyglądał trochę jak sklep albo jakiś magazyn! Jakbym obrabowała zaplecze Rossmanna... Zbiorcze opakowania wilgotnych chusteczek poprzeplatane hałdami toreb z pieluchami.   
Nie tak to sobie wyobrażałam...

PS. Żadna z marek nie płaci mi za reklamę :P
Dada i Babydream też jest na tapecie, tyle że akurat nie w kadrze...
W czasach tetry ten 'problem' rozwiązywał się trochę samoistnie, bo mokry kawał szmaty przy tyłku to raczej nic miłego. Dzieci nie chciały mokrej pupy, a mamy tony prania i odpieluchowanie gotowe!
A teraz?
Chociaż pranie i prasowanie pieluch nie jest już koniecznością jak kiedyś, to obowiązki 'pampersowe' również do przyjemnych nie należą (i trzepią dość po kieszeni :P). Za to kawał nasiąkniętej pieluchy dyndającej przy małej dupinie aż tak maluchom nie doskwiera. Zatem rozstanie z punktu widzenia małoletniego bywa trudniejsze i nie wydaje mu się być konieczne...

Miałam nadzieję, że nim powitamy na świecie Adaśka Pyzka pożegna się z pieluchami, przynajmniej w ciągu dnia. Niestety, samo się nie zrobi!
Owszem, słyszałam o przypadkach, że dziecko samo pewnego dnia zdecydowało, że kończy z pieluchami, nie wiem jednak czy chodziło tam o dzieci niespełna dwuletnie... W każdym razie Pyzka, choć dobrze wiedziała do czego służy nocnik, to nie widziała zupełnie potrzeby rozstania z pieluchą :(

Odpieluchowanie spędzało mi sen z powiek...  zapewne nie tylko mnie :P
Podobnie jak pożegnanie z butelką (u nas przeszło niezauważone) czy ze smoczkiem (tu już ciut gorzej, możecie przeczytać naszą historię tutaj) jest to moment bardzo stresujący nie tylko dla dzieci, ale, a może przede wszystkim (?), dla rodziców!
Ja zabierałam się do tego jak przysłowiowy "pies do jeża".
Kilka razy, gdy Pyzka odmówiła założenia pieluchy zostawiłam ją bez niej z nadzieją, że to TEN moment, że SAMA rezygnuje. Nakładałam najładniejsze majteczki z misiem i cierpliwie tłumaczyłam, że jest mądrą i dużą dziewczynką i całe to siuśkowe BLABLABLABLA...
Niestety, za każdym razem kończyło się to marnie, a ja odpuszczałam czekając lata i bardziej sprzyjających warunków... 
A później urodził się Adaś.
Nie miałam zupełnie głowy do odpieluchowania, no i chyba trudno mi się dziwić! Z drugiej strony jednak wiedziałam prawdę starą jak świat, że lato to najlepszy moment na takie przedsięwzięcie. Internety i ciocie "dobra rada" odradzały rozstanie z pieluchą w czasie powitania z nowym członkiem rodziny. I bądź tu człowieku mądry!
Byłam zupełnie skołowana, ale też dość miałam potykania się o worki z pieluchami tak nowymi, jak zużytymi! A tak przy okazji: wiecie ile waży worek zużytych pieluch? Myślałam, że nabawię się przepukliny targając z góry tę ekologiczną bombę średnio co drugi dzień!
  
Z pomocą przyszła mi mama, która towarzyszyła nam w pierwszych tygodniach życia Adasia. Miesiąc przed drugimi urodzinami Pyzy zdecydowaliśmy: zrzucamy dzienną pieluchę! I nie będę zgrywać tu bohaterki ani żadnej "Zosi Samosi" :) To właśnie moja mama początkowo wzięła na siebie ciężar "pilnowania" regularnych spotkań Pyzki z nocnikiem (Dzięki!). 
Ciepło i ładna pogoda sprzyjały nauce...
Pyzka ochoczo wystawiała tyłek pod krzaczek. Zaczęła nawet sprawnie komunikować potrzeby, wołając że zrobi "siku na mrówki" ;) Ubaw był z tego po pachy, bo tak jej się spodobało, że niektóre wyjścia na podwórko zmieniały się w stanie pod krzakiem. Rozochocona małymi sukcesami poszła nawet o krok dalej i życzyła sobie pozostałe potrzeby również załatwiać w "ogródkowy" sposób :P Istne szaleństwo!
Owszem, zdarzały nam się wpadki albo zbyt późne wołanie, ale generalnie byłam dobrej myśli. I nagle, po jakichś 6-ciu tygodniach coś się "skopsało". Mrówki już jej nie zachęcały, a mokre majty nie przeszkadzały :( Zaczęło się nagabywanie do wizyt w toalecie co jakieś 20 minut, by ograniczyć ilość prania. Bywało, że "nie miała czasu" żeby przysiąść na tronie, więc od niechcenia wpadała przelotem do WC, by po kilku minutach zmoczyć kolejne gatki. Nie bło łatwo, ale wiedziałam, że nie ma już odwrotu!
Nie daliśmy za wygraną.
W akcie desperacji kupiłam nawet mobilizujące "groszki", czyli lentilki. Pomysł mój własny, autorski. Tak, tej matki niedobrej, okrutnej, co to batoniki po kryjomu wyjada z "szafki grzechu", a dziecku czekolady nawet powąchać nie daje :P
Tak, wiem, że to cukier, ale "cel uświęca środki"...
Premiowaliśmy każde siusiu. Przez chwilę obawiałam się nawet czy odpieluchowywanie nie skończy się aby na fotelu dentystycznym, ale nieszczęśliwie i przy tej "mobilizacji" nastąpił regres, ratujący ząbki Pyzki.
W tej sytuacji wszyscy domownicy, "jak jeden mąż", zaczęli wołać "siusiu" i jeść czekoladowe groszki na potęgę licząc na zazdrość ze strony Pyzuli i tym samym jej powrót na "suchą ścieżkę" :P
Na spacerach robiłam swego rodzaju "wymianę". Dla wyrównania poziomu płynów, gdy Pyzka chciała pić, prosiłam, by najpierw zrobiła siusiu pod krzaczek, unikając tym sposobem spacerowych awarii.
Podziałało!
Aż za dobrze!
Na początku zamiast "siku" wołała "groszka"(w domu) :P lub "pić" (na dworze) :)
Tak czy siak wołała, przestała moczyć galoty i zrobiliśmy krok do przodu.
Kluczowe jednak w pomyślnym zakończeniu całego procesu okazało się...
...olanie (nie dosłowne, rzecz jasna) tematu z mojej strony.
Kiedy już Pyza wołała, że chce rzeczonego groszka mówiłam, że dostanie go jeśli zrobi siku. Kierowała więc swe kroki do toalety w wiadomym celu i prosiła, by jej pomóc. A ja wtedy... nie robiłam kompletnie nic! To znaczy robiłam milion innych szalenie "ważnych" rzeczy, jak np. ustawianie magnesów na lodówce... Cokolwiek, by móc powiedzieć "idź, idź, mamusia jest zajęta, zaraz do Ciebie dołączę...". Wiedziałam, że potrafi się rozebrać i zasiąść na tronie :) Po kliku dniach bez maminej pomocy przestała wołać "groszka". I tak musi ogarnąć temat sama, po co więc będzie strzępić język po próżnicy? Mówi więc pod nosem "siusiu" i leci do kibelka.
Czasem jeszcze przypomni sobie, że dostawała groszki i po wyjściu z toalety życzy sobie tej specyficznej "nagrody". I ją dostaje. Taka była umowa! Aż któregoś dnia całkiem zapomnimy, że jedliśmy kiedyś groszki "za siusiu" albo, aż groszki się skończą, bo mama poza batonikami i innymi słodkościami podjada kolorowe pastylki, gdy z elektronicznej niani dobiegają jedynie spokojne oddechy moich śpiących skrzatów.

I to nasza "historia" :)
Odpieluchowanie zajęło nam 3 miesiące.
Nie obyło się bez niespodzianek i mokrych podkładów w aucie - od początku całego przedsięwzięcia byliśmy na 100% bez pieluchy, bez wyjątków na lekarza, na drogę, czy na zakupy. Nie zabrakło także złośliwości z plamą pośrodku pokoju, która powstała podczas głębokiego spojrzenia mi w oczy "patrz mamusiu co teraz zrobię", na czele!
Zaliczyliśmy wszystko, ale najważniejsze, że mamy to już za sobą :D
...a kiedy już ogarnę Adasia w nocy, tj. nauczę go spać "od deski do deski", zacznę zarywać nocki wysadzając Pyzkę, by rozstać się z wyrobami pieluchopodobnymi definitywnie :D

czwartek, 5 października 2017

I jeszcze jeden i jeszcze raz... ślubny box

Coraz ciężej jest mi zebrać się do jakiegoś papierowego tworzenia. 
Kiedy nie brak mi czasu to brak mi sił...
Czasem planuję coś powycinać czy pokleić, a kończy się wspólnym kimaniem z Pyzką na jej tapczanie w ramach układania jej do snu. 
Nie łatwo jest wygospodarować czas na zabawę, kiedy czeka mnie stos prasowania (o zgrozo!) , sortowanie prania, zmywanie tego, co nie mieści się w zmywarce czy sprzątanie łazienki.
Kiedy jednak siostra poprosiła mnie o wyprodukowanie pudełka na ślub nie mogłam odmówić!
Co innego robić coś 'dla siebie', bo zabawa może poczekać, no ale zamówienie to zamówienie :P
Choć teoretycznie ich nie przyjmuję i nie realizuję to przecież siostrze nie odmówię! 

Miałam koncepcję na pudło w stylu vintage, ale trochę zabrakło mi materiału... Potem miał być box "drewniany", ale papier imitujący drewno nie chciał współpracować, a wzory układały się nie po mojej myśli. Ostatecznie powstało coś między cukierkowym a romantycznym, retro i vintage ;) Pomieszanie z poplątaniem w eleganckim wydaniu! 
Po raz kolejny najtrafniej opisuje go chyba sformułowanie "mniej znaczy więcej".
"Klientka" zachwycona i to najważniejsze :)
Jak wyszło?



   

wtorek, 3 października 2017

Wyprawić się z dziećmi...

Jedna ze znajomych, świeżo upieczonych mam, zapytała mnie ostatnio po jakim czasie od narodzin naszych dzieci "wyszliśmy z nimi do ludzi?". Odpowiedź była prosta: praktycznie od razu :) Nie, nie zabraliśmy żadnego z nich w drodze ze szpitala do supermarketu, ale też nie trzymaliśmy ich "pod kloszem".

Choć we Francji podejście położnych było dość osobliwe w tej kwestii, bo sugerowały mi, bym pozostała z dzieckiem w domu, gdyż "ona nie musi wychodzić, tylko jeść i się przytulać" to miałam na to inne nieco spojrzenie i spacerowałyśmy co dnia od 7 doby jej życia. Gdy Pyzka  miała 15 dni była z nami na pierwszej wycieczce - pojechaliśmy pokazać wtedy Dziadkom akwedukt Pont du Gard <3, a tydzień przed jej drugą 'miesięcznicą' z drugim Dziadkiem zwiedzała Arles.

Kiedy urodził się Adaś również nie zamierzaliśmy trzymać go w domu. Teraz mamy trochę inne warunki mieszkaniowe niż przy Pyzce i z powodzeniem całe dnie możemy spędzać u siebie na podwórku. Chętnie z tego korzystamy, gdy tylko pogoda pozwala, a z resztą, nawet w deszczowe dni możemy zażywać świeżego powietrza na zadaszonej części tarasu. To jednak, że mamy podwórko nie powstrzymało nas przed "ciąganiem dzieciaka" po świecie :P Żeby nie był stratny w stosunku do starszej siostry, kiedy skończył dwa tygodnie wybraliśmy się na weekend do Dziadków, a w 19 dobie życia zafundowaliśmy mu wyjście do ZOO.
Było to nasze pierwsze wyjście z dwójką maluchów i muszę przyznać, że nie do końca ogarnęliśmy temat... Synek, choć nakarmiony, przewinięty i ani zmarznięty, ani też przegrzany marudził cały czas. Teraz już wiem, że to po prostu typowy facet. Nie przepada za spacerami stylem "zakupowym" po prostu :) Może stać w jednym miejscu i dwie godziny, i wtedy smacznie śpi, albo też zażywać świeżego powietrza podczas miarowego marszu. Jednak opcja 'dwa kroki - postój - trzy kroki - postój" jest decydowanie nie dla niego. Niestety, trzy miesiące temu tego nie wiedziałam, więc trochę nerwów kosztowało mnie pchanie po ogrodzie zoologicznym tego kwęczącego wózka. Pan Mąż pełny wiary w swe starsze dziecko nie zdecydował się na wypożyczenie dla Pyzki ciąganego wózka. Kiedy po przejściu ponad połowy parku zmieniliśmy zdanie i zapragnęliśmy przyczepki na Pyzkę, okazało się, że przy drugim wejściu do ZOO nie ma żadnego tego typu pojazdu do dyspozycji ;( Tym sposobem zafundowaliśmy sobie na koniec dnia dwóch "kwękaczy" i ledwo doczołgaliśmy się do auta. Pomyli się jednak ten, kto myśli, że był to koniec naszego chrztu bojowego na wychodnym z dzieciakami. Oboje byli potwornie zmęczeni. My oczywiście też, ale próbowaliśmy nad tym zapanować, w przeciwieństwie do naszych pociech. Zatem, całą drogę powrotną jedno przed drugie płakało, krzyczało i kwękało na zmianę, a my nie mieliśmy pojęcia co z tym począć. Na początku chciało mi się wyć razem z nimi :P W końcu robiliśmy postój, wyjęliśmy małych maruderów z fotelików, napoiliśmy, tych których się dało zakorkowaliśmy smoczkiem, a potem, po zregenerowaniu się z pomocą czarnego, gazowanego napoju zawierającego duuuużo chemii oraz więcej cukru niż cukier (tak, wiem, nie powinnam była...ale matce też się coś w takich ciężkich chwilach należy!), przy niesłabnącym akompaniamencie zawodzenia Pyzki "mammoooo, maaamooo", ruszyliśmy dalej. Po tej "wyprawie" Pan Mąż stwierdził, że następny wspólny wypad to za jakieś sto lat może...
Jak jednak wszyscy doskonale wiedzą, 'czas leczy rany' i takie tam ;P i już po 3-4 tygodniach zdecydowaliśmy się na ponowne mini-wczasy u Dziadków, połączone z wyjściem na wesele oraz na rodzinny obiad w restauracji. Konkluzje z tychże "atrakcji"? Łatwiej zostawić łobuzy z Dziadkami i iść na kilkugodzinną imprezę niż wrócić z nimi 'skądśkolwiek' :P Po raz kolejny dali nam nieźle popalić w aucie w drodze powrotnej... I znów obiecywaliśmy sobie, że "nigdy więcej", ale przecież już wiecie, że nie dotrzymaliśmy słowa, bo m.in. z Meksykanami znów testowaliśmy Pyzkę i Adaśka w plenerze i na dalekie dystanse :) I wygląda na to, że do 3 razy sztuka w tym przypadku się sprawdziło. Chyba nasze pociechy pomiarkowały, że nie damy za wygraną i stwierdziły, że zamiast się buntować czas pogodzić się z losem :P

Drugi weekend września spędziliśmy więc znów w naszym ulubionym Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. Pomni nauk i doświadczeń zaopatrzyliśmy się tym razem w dwa pojazdy i pewnie m.in. dlatego możemy uznać ten wypad za bardzo udany :)







Odczarowaliśmy pierwsze złe wrażenie, jakoby nie dało się opuścić miejsca zamieszkania w składzie 2+2. Owszem, wymaga to trochę pracy, praktyki i wysiłku, ale jest możliwe i może przynieść naprawdę dużo frajdy.
O kolejnych naszych sukcesach (czy ewentualnych porażkach) na polu rodzinnych wypraw na pewno przeczytacie na blogu ;P