wtorek, 25 kwietnia 2017

Remontowe kwiatki. Epizod V: Kuchnia

O prądach w kuchni już było, o podłodze też, a zatem do "obgadania" zostały nam tylko meble i sprzęty :P 

Do remontu kuchni, a raczej jej urządzania zatrudniliśmy 'profesjonalistę'. Powinno zatem obyć się bez przygód, czyż nie? :P
Przemiły Pan z jednego ze sklepów meblowych poświęcił nam kilka godzin i wymalował w programie komputerowym moją kuchnię marzeń (jak na nasze możliwości lokalowe i finansowe oczywiście). Wszystko się zgadzało, wymiary sprawdziliśmy dwukrotnie, wpłaciliśmy zaliczkę i cierpliwie czekaliśmy. W końcu, po 8 tygodniach od zamówienia, dostaliśmy informację ze sklepu, że meble gotowe są do montażu. Umówiliśmy więc termin, rozebraliśmy starą kuchnię i czekaliśmy w napięciu :) 
Pierwsza niespodzianka:
Nie ma naszego okapu... Szybko okazało się, że jednak jest, a tylko w papiery wkradł się jakiś błąd. Ale... zaraz, zaraz... Jednak go nie było :P Choć przez telefon zapewniano nas, że się 'znalazł', panowie montażyści w dniu montażu, przed opuszczeniem sklepu, jednak trochę go szukali. Grunt, że w końcu całe zamówienie trafiło na samochód, a my dostaliśmy telefon, że już do nas jadą. 
Byłam trochę niepocieszona, bo liczyłam, że wieczorem ugotuję Pyzce kolację na nowej kuchni, a tymczasem dobijała 10 rano... By nie tracić czasu i pięknej pogody wybraliśmy się na spacer ("poczekamy na nich na podwórku"). Kiedy jednak minęło dobre półtorej godziny trochę się zaniepokoiliśmy. Wtedy właśnie Pan Mąż odebrał telefon...
I tu druga niespodzianka:
Z telefonu wynikało, że ekipa jest na miejscu.... tyle, że nie tym, w którym na nich czekamy! Gdzie zatem byli? Mimo, że dostali kompletny adres wraz z kodem pocztowym (zaznaczam, bo o niego dopytywali), to w urządzenie GPS nazwę naszej ulicy wpisali jako miejscowość... Nie wiedziałam, że jest taka! :P Teraz już wiem, że są dwie, obie oddalone od nas około 35 km, przy czym jedna na północ, a druga na południe. Brawo! Po weryfikacji lokalizacji Panowie ostatecznie zawitali do nas kilkanaście minut przed 13-tą! 
Wielki plus należy się za szczerość, bo zapytani jakie są szanse na zakończenie montażu tegoż dnia odpowiedzieli bez żenady, że zerowe :D
Tu zaznaczam!! Na panów montażystów nie mogę złego słowa powiedzieć! Choć znielubiłam ich zanim tu dojechali za czasową obsówę, to, niestety, dali się lubić :) i współpracowało nam się bardzo dobrze. Tempo mieli zawrotne, a zabawili u nas aż do 22 i, tu drugi wielki plus, dotrzymali słowa z montażem płyty indukcyjnej. W prawdzie kaszę gotowaliśmy dla Pyzy w kuchni letniej, ale poranne mleko przygotowałam już w domu :) 
Chociaż wszystko było na wymiar, miało pasować itp. itd. to niestety nie było tak pięknie i gładko, jakby to wynikało z rysunków... Niestety, część rur poprowadzoną mamy w kuchni "wierzchem", a odległość na jaką odstają przewyższała dopuszczalne normy. Nie mieściły nam się szafki z szufladami, a szafka narożna pod płytę nie pasowała ani z jednej ani z drugiej strony. Tu jakaś rura, tam przewód z prądem, tu odpływ od zlewu, tam "przypływ" zmywarki... Na szczęście, choć nie bez trudności, panowie poradzili sobie z tym labiryntem rur i rureczek. Z kilku szafek zrobili coś na kształt kurpiowskich wycinanek i udało się! Dolne szafki stanęły w jednej linii :D
Żeby jednak nie było zbyt prosto podnieśliśmy im nieco poprzeczkę. A dosłownie, już przy montażu, zdecydowaliśmy o ustawieniu szafek na ciut wyższych nóżkach. Tym sposobem ja mam blat na wymarzonej wysokości, a panowie mieli twardy orzech do zgryzienia, bo całość kuchni poszła w górę (dzięki szafkom-słupkom). Co w tym strasznego? Niby nic... jak dla mnie :P Oni za to gimnastykowali się całe przedpołudnie dnia następnego, by przykręcić przyzwoicie listwy wieńczące (chociaż kilkukrotnie namawiali mnie bym z nich zrezygnowała :P oczywiście w żartach...). 

Kuchnia wyszła jak marzenie!
Wszystko działa <3
Prądy są na miejscu ;)
Zmywarka pierze, lodówka chłodzi, a piekarnik piecze (pizza testowa już skonsumowana :D).
Płyta indukcyjna też chodzi bez zarzutu...gorzej ze mną, bo nie ogarniam prędkości gotowania... dopiero po 4 dniach nie wykipiało mi mleko ;P Dobrze, że się nie przypala! Hehe

A gdzie kwiatki?
Są i one...
Jedna sprawa to okno przy zlewozmywaku, które dzięki podniesieniu poziomu blatu nie otwiera się do końca, bo blokuje je właśnie zlewozmywak... Nie jest to duży kłopot, z resztą kto otwiera dwuskrzydłowe okno w kuchni nad blatem na szeroko? Żeby mi muchy obiad wyżarły?! Tyle, żeby je przetrzeć z kurzu się otwiera, więc jest OK :) 
Drugi zaś problem, nie duży, ale jednak to karnisz. 
Otóż:
W kuchni są dwa okna. Pierwsze omówione powyżej, które zostało pozbawione karnisza w czasie przygotowań, oraz drugie, które jest na końcu kuchni, a którego remont jakby nie dotyczył. Jakby, czy też "prawie" robi dużą różnicę... Nad tym oknem karnisz pozostał w nienaruszonym stanie. I musieliśmy wykazać się sporym sprytem, by nie musiał tak wisieć po wsze czasy, bo na uchwyt go mocujący nachodziła ostatnia z szafek kuchennych, a jest nią wysoki słupek z piekarnikiem. Cudnie, nieprawdaż?!
Ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami?
Najważniejsze, że mam piękną kuchnię z dużymi szufladami, dużą zmywarką i dużą, rodzinną lodówką <3
Sama nie wiem co w tej kuchni kocham najbardziej...
Chyba najlepsze jest to, że półka ze słodyczami wysuwa się i nie muszę już kucać, schylać się i tyle namęczyć żeby połasuchować :P
Moja waga łazienkowa wskazuje także, że ta zaleta nowej kuchni jest "naj"...


A tu "kawałek Prowansji" w naszym domu <3
(jak widać udało się wybrnąć z karniszowego impasu :P)



Jest jeszcze jeden poważny powód, z którego kocham naszą kuchnię: to tu mieści się najwięcej pamiątek i akcentów, przypominających nam nasze emigracyjne życie... 
Czajnik na żeliwnej podstawce, ozdobionej cykadami, prosto z Avignon <3
Niezwykle praktyczna dekoracja stołu
Jest też lodówka pięknie eksponująca nasze turystyczne (i nie tylko) wojaże...
A w dolnym rogu druga żeliwna podkładka, z lawendą <3

Pozostało tylko wymienić tapicerkę na narożniku - moim marzeniu kuchennym od lat - szczęśliwie będącym na wyposażeniu przed remontem...to dzięki temu m.in. starczyło na czajnik :P Musimy też dorobić półeczkę na książki kucharski, które posiadam raczej ze względów kolekcjonerskich niż użytkowych, ale kto wie...może w tak wspaniałych warunkach jakie stwarza nowa kuchnia zacznę w końcu z nich korzystać ? ;)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Remontowe kwiatki. Epizod IV: Podłogi i ściany

Znakomitą większość podłóg i ścian w domu wykonała ekipa naszych Tatów. Do tej części prac nie mamy oczywiście cienia zarzutu i wcale nie dlatego, że to nasi ojcowie. Oni po prostu wykonali świetną robotę!
W związku z tym, że goniły nas terminy i bardzo chcieliśmy, by dom był gotowy na nasz grudniowy powrót z emigracji postanowiliśmy do części prac zatrudnić grupę fachowców. I jak to zwykle przy takich okazjach bywa daliśmy się wyrolować. Co gorsza byliśmy wtedy na miejscu! Pewnych spraw nie da się jednak dopilnować, no chyba, że siedziałabym z Pyzką na środku podłogi wyklejanej płytkami z poziomicą i sprawdzała raz za razem czy wszystko się zgadza.
O ile ściany wyszły przyzwoicie to podłogi pozostawiają wiele do życzenia.
Zdaje się, że majster-specjalista dobrze wiedział o swoim wyczynie, bo przykazał nie chodzić po nowej podłodze 2-3 dni... Nie wiem, czy chciał w tym czasie uciec z kraju (nie sądzę, aż tyle mu nie zapłaciliśmy...) czy może liczył na to, że klej to ściągnie.
Nie, to nie żart z tym klejem... W jednym z marketów budowlanych próbowali nam wmówić, że jeśli płytki ceramiczne są krzywe to klej je ściągnie do podłogi. Takie 'inżyniery' :D
W każdym razie, gdy już zaczęliśmy stąpać po podłodze okazało się, że bywają różnice w poziomie płytek, nawet w jednym rzędzie :( Znać to było pod stopą, ale na szczęście feralne miejsca zasłaniają meble kuchenne. Fakt jest jednak taki, że zapłacona usługa została zrealizowana nieprawidłowo. Panów tych nie polecamy...
To, że w kuchni w kilku miejscach dali ciała nie rozsierdziło nas jednak tak, jak przedpokój... 
Spece sami sobie wylali wylewkę samopoziomującą i na to przykleili płytki. Zdaje się, że ich poziomica ma elastyczne podejście do kwestii poziomu. Nie przyszło nam do głowy sprawdzać tak elementarne rzeczy, bo przecież widzieliśmy, że używają tego przyrządu przy naklejaniu płytek. Jak zatem mogli się pomylić? Sprawa wydała się dopiero, gdy do linii płytek doszliśmy z panelami podłogowymi. Ku naszemu zdziwieniu, na długości 90 cm, czyli długości otworu drzwiowego, różnica wysokości podłogi ułożonej przez naszych fachowców rodem z telewizyjnej "Usterki" wynosiła 1,5 cm!!! Lewy róg był wyżej, a więc po zamontowaniu drzwi pod zawiasami pojawiła się szpara na mój palec! 
Co nam pozostało?
Wezwać partaczy na poprawki lub zaakceptować "niewielkie niedociągnięcia"(próbuję umniejszać te wady, by jakoś żyć :) ). Po dokonaniu bilansu zysków i strat (kolejny bałagan, gdy już wychodziliśmy na prostą z kuciem i farbami, obsówki czasowe, ewentualne niepowodzenie poprawy - w końcu to partacze) zdecydowaliśmy wycenić nasze straty moralne w złotówkach i pożegnać definitywnie panów majstrów. Niestety, ciężkie to było rozstanie, bo o ile robota "paliła im się w rękach", to do zwrotu pieniędzy nie byli już tak skorzy. 

Ku przestrodze wszystkim planującym remonty i wynajem do tego ludzi: zamiast pomagiera pana majstra zatrudnić się u niego samemu z własną poziomicą ;)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Świąteczny, chrzcinowy exploding box

Minęły dwa lata od mojego ostatniego boxa!
Szmat czasu!
Teraz jednak nadarzyła się świetna okazja, by odkurzyć ten rodzaj papierowych wykonów :)
A wszystko za sprawą małego Leona, który w świąteczną niedzielę przyjął chrzest <3

Zastanawiacie się kim jest Leon?
To nowy koleżka mojej Pyzki :) W prawdzie jeszcze malutki, bo ma niespełna 7 miesięcy, ale dzieci tak szybko rosną, że tylko patrzeć, jak będą razem ganiać się na rowerach :P

To zabawne...
Pierwszym kolegą Pyzy w Avignon był Leonadro, czyli Leo :) Synek meksykańskiej koleżanki, z którą spotykałam się w naszym ukochanym przedszkolu. Alice poznałam przez innych meksykańskich znajomych i dzieliłyśmy razem blaski i cienie macierzyństwa podczas mojej emigracji. Miło było mieć do kogo "gębę otworzyć" :) Nadal utrzymujemy kontakt, chociaż i dla Alice skończyła się avignońska przygoda - razem z rodziną od niedawna mieszka w Ekwadorze.

Gdy wróciliśmy do Polski i zamieszkaliśmy "na końcu świata" zastanawiałam się jak dam sobie radę bez ludzi wokół mnie. Szukałam na różne sposoby możliwości ich napotkania, ale sroga zima trochę mnie przystopowała. Kluby malucha są oddalone od mojego domu co najmniej 10 km. To pierwszy minus. Drugi jest taki, że są płatne. Jest jeszcze trzecia przeszkoda: to Pyzka, która aktualnie ucina sobie drzemkę zaraz po obiedzie i potrafi spać nawet 3 h! Tak, to wspaniale, ale to oznacza, że rano nie zdążyłabym obrócić tam i z powrotem, a po południu, nim dojadę po podwieczorku na miejsce trzeba już wracać. Popołudniowa wizyta zabierałaby też cenny czas na zabawy z Tatą. Zostałam więc uziemiona w mojej wsi. 
Z pomocą przybył mi jednak portal z twarzą w nazwie ;P 
Dołączyłam do grupy mam z okolicy i dzięki temu poznałam mamę Leona :D
Nie mogłam uwierzyć, że poza kilkoma babciami, które mijaliśmy czasem autem na ulicy, wracając z zakupów, mieszka tu ktoś jeszcze. Okazuje się, że "centrum wsi", jak je pieszczotliwie nazywam (my mieszkamy w lesie, a centrum jest tu gdzie sklep i asfalt :)), zamieszkuje całkiem sporo osób, a Leon nie jest jedynym pasażerem wózka dziecięcego!! 
Chociaż droga przez las do wsi to dobre 20 minut spaceru, to kiedy tylko pogoda sprzyja, a nam udaje się z mamą Leo zgrać godziny, drzemki, pory karmienia etc., pcham pyzkowy rowerek z uradowaną pasażerką na spotkanie "w centrum" przez las, piach i błoto. Pyzkowa mama, choć zziajana jak pies (brzuszysko mam coraz większe, a i Pyzka chyba coraz cięższa ;P), nie mniej cieszy się na te "wyjścia", bo znów "ma do kogo gębę otworzyć" :D 
Odświeżyłam sobie pamięć co do malutkich dzieci, bo chociaż to było tak niedawno, to już zdążyłam zapomnieć co dałam Pyzce po buraczkach :P Poznałam okolicę i jeszcze dwie ulice, po których możemy w miarę spokojnie pedałować :) Znów znalazłam kogoś, z kim miło jest dzielić czas, rozmawiając na łączące nas tematy.  Dzięki mamie Leo przypomniałam sobie też o naszej polskiej życzliwości, od czego mocno się we Francji odzwyczaiłam (no chyba, że dotyczyło to nie-Francuzów).  Jednak świat jest całkiem mały...

Nie mogłam więc odmówić sobie tej przyjemności i nie popełnić dla małego Leona boxa na tak podniosłą uroczystość, jaką są chrzciny.
Mam nadzieję, że to małe pudełeczko w bieli i błękicie będzie miłą pamiątką tego wspaniałego dnia.

 





czwartek, 13 kwietnia 2017

Remontowe kwiatki. Epizod III: Drzwi

Wymiana okien i drzwi to chyba najprzyjemniejsza część tego remontu :)
Obie ekipy były super profesjonalne, terminowe i czyściutkie. Załatwili wszystko bezboleśnie, nie siejąc wokół siebie zniszczenia i zostawiając miłe wrażenie z dopiskiem "godni polecenia". Jakie zatem kwiatki mogły nas tu spotkać?
Oczywiście, po raz kolejny, tylko takie, które sami sobie zgotowaliśmy :)
Jak już wcześniej pisałam, stale zmienialiśmy koncepcję lokatorów w pokojach. Gdzie będzie sypialnia rodziców, gdzie dziecinny, kto dostanie pokój z garderobą... Co dnia miałam na to nowy pomysł wraz z szeregiem argumentów przemawiających za taką a nie inną opcją. Wydawało nam się także, że na ostateczną decyzję mamy jeszcze mnóstwo czasu, w końcu było lato, czyli jeszcze 6 miesięcy do przeprowadzki. Przyjedziemy - wstawimy łóżko i tam gdzie ono stanie będzie sypialnia.
Zasiedlenie pokoi miało jednak dla mnie znaczenie przy montażu drzwi. 
Dlaczego? 
Ano dlatego, że gdy pokój jest sypialnią, to dobrze byłoby, gdyby przez uchylone drzwi nie było widać rozgrzebanego łóżka (przynajmniej ja bym tak wolała, choć zwykle jest ono elegancko zaścielone ;) ). Kiedy zaś w pokoju mieszka mały człowiek siejący bałagan i zniszczenie, którego główka jest siedliskiem niestworzonych pomysłów, wolałabym by uchylone drzwi pokazywały najlepiej 200% zawartości pokoju ;) 
Gdy nadszedł moment ostatecznego zamawiania drzwi stanęliśmy zatem przed dylematem "komu przydzielić mały pokój". Zdecydowaliśmy się na opcję 'dla dziecka', z drzwiami otwieranymi tak, by było widać większą część pokoju. 
Przyjechała ekipa monterów, założyli elegancko drzwi, posprzątali, pojechali, a Tatusiowie przez Skype zadzwonili do nas by pokazać nam efekt ich pracy. 
Wyszło pięknie! 
Szkoda tylko, że przy rozważaniach nad kierunkiem otwierania drzwi przez myśl nam nie przeszło, by sprawdzić gdzie ulokowaliśmy wcześniej malunki z pstryczkami-elektryczkami :P
I tak w jednym z pokoi mamy guziki schowane za drzwiami...
Mówi się trudno i żyje się dalej :D
Może kiedyś, za jakieś 20 lat, nie prędzej, myślę, kiedy już odpoczniemy po tym remoncie i urządzaniu zmienimy to ustawienie... Teraz jednak nie pozostaje nam nic innego jak się przyzwyczaić :P A biorąc pod uwagę, że pokój ten przypadnie Pyzce, gdy dostąpi zaszczytu mieszkania w pojedynkę jako wyrośnięta już panienka, będzie jej wszystko jedno gdzie ma światło, oby mieć własny pokój (w pewnym wieku marzenie każdego dzieciaka, czyż nie? :) )

wtorek, 11 kwietnia 2017

Wiosenny spacer z niespodzianką

Ach, jak długo na to czekałam!
Świeci słońce, tak wyczekana i wytęsknione.
Śpiewają ptaki, latają motylki <3
W końcu możemy z Pyzką spędzać czas na świeżym powietrzu. Do tej pory były to raczej krótkie przechadzki, bo albo deszcz, albo błoto, albo zwyczajnie zimno nie zachęcało do spacerów. Teraz jednak aż grzech siedzieć w domu w tak piękną pogodę!
Ruszyłyśmy zatem "w miasto" czy może raczej "we wieś", bo choć to wieś po sąsiedzku, to dla nas prawie jak miasto... Ta nasza ma jeden sklep spożywczy i Dom Kultury, i na tym koniec. Ta zaś, gdzie się wybrałyśmy, to prawdziwa metropolia: kościół, bank, poczta, sklep AGD (nie, nie lodówki czy nawet miksery - durszlaki, moi mili, i kubły na śmieci :)), straż pożarna, kwiaciarnia (albo nawet i dwie!), ośrodek zdrowia, a sklepów spożywczych to sama nie zliczę - z pięć :P
Do spaceru w tamte strony świetna była okazja...
W poniedziałkowe popołudnie, po powrocie z weekendowego pobytu u mamy, zastałam papierek, że na poczcie czeka na mnie przesyłka. Zachodziłam w głowę co to takiego. Ostatnio bardzo dużo kupuje przez internet, bo mieszkam na wsi, wiec do internetowych sklepów mam najbliżej. Pierwszy raz dostałam awizo, a wraz z nim zagwozdkę: "Co to może być?". Zagadka nie tylko moja - mina Pana Męża (bezcenna) "Co to znowu i ile kosztowało?!" (dlatego właśnie zwykle staram się być w domu, by odbierać przesyłki wprost od listonoszki - "co z oczu to z serca" :P). Zanim jednak doczłapałam się na pocztę udało mi się wymyślić cóż to takiego...
Ucieszyłam się ogromnie z przesyłeczki i tym chętniej zbierałam się do wyjścia, choć nie wiedziałam co też zastanę po drodze. Od czasów przeprowadzki tu jeszcze nie zapuszczałam się w tamte rejony. Słyszałam tylko, że droga przez łąki to prawdziwe jezioro. Zachęcona jednak minionymi, słonecznymi dniami, pełna wiary, że wody zeszły już z pól ruszyłam na wyprawę...
Jak to na wsi, poczta czynna w zabawnych godzinach, więc zaraz po śniadaniu wsadziłam Pyzkę na rower i już po kilku minutach przeklinałam mój genialny plan spacerowy! Myślałam, że ducha wyzionę!! Najpierw przeprawa przez piach głęboki po kolana, później slalom przez błota i strumyki spływające z łąk. Dalej było tylko lepiej... Znów błoto( tyle, że bez możliwości slalomu), następnie droga przeorana ciągnikiem, znowu piach, górka w lesie i na deser fragment trasu posypany ostrymi kamulcami (całkiem sporymi, więc wytrzęsło i Pyzkę i mnie). Rower-pchacz plus 15 kg dziecka w 8 miesiącu ciąży to jednak nie to samo co lajtowe spacerki z czołgo-wózkiem po Avignon. Chociaż rower wyglądał jak siedem nieszczęść, a koła ledwo się kręciły przez ilość błota doklejoną na oponach i felgach udało mi się jednak dotrzeć na miejsce i odebrać prezent czekający na poczcie :)

Tak, prezent!
Bo paczka, która na mnie czekała, była wygraną w rozdawajce Baśki w krainie handmade <3
Kiedyś już miałam przyjemność zwyciężyć w jej konkursie i zdobyć komplet cudnych pacynek-Muminków. Tym razem wygrałam breloczki i zakładki do książki dla Pzyki :D :D :D
Jak zwykle wszystko co spod ręki Baśki również moje fanty okazały się być małymi dziełami sztuki!

Na poczcie Pyzka aż zawyła z radości, gdy zobaczyła paczkę (miłość do paczek zawdzięczamy babci, która ostatnio dała jej kilka paczuszek rozpakować, w tym m.in. kalosze, w których to moja córa chodziła potem cały dzień po domu, aż mało jej nogi nie wypłynęły ). Nie mogłam nie otworzyć przesyłki. Z resztą i tak musiałam odsapnąć po tym "spacerku" co to mu bliżej było raczej do ultramaratonu, szczególnie w moim stanie :P Wyjęłam breloczki, ale kiedy zobaczyłam, że już ich nie odzyskam, powstrzymałam się przed wyjmowaniem pozostałych prezencików.  Całą drogę do domu "Asia tuli miś" i "cimam"(trzymam), bo upominałam ją, by nie zgubiła breloka, a zamiast trzymać kierownicę w jednej rączce ściskała misiakowy, a w drugiej dwustronny brelok. Gdy dotarłyśmy w końcu do domu wręczyłam jej resztę przesyłki, tłumacząc, że to zakładki do książki. No i zamiast iść jeść zupę zdecydowała, że jak do książki to idziemy 'citać' :D

Jak wiecie nie zwykłam wstawiać tu zdjęć Pyzki tak, by było ją widać :P 
Dla Baśki jednak i jej cudnych wykonów muszę zrobić wyjątek, bo sesja z brelokami wyszła obłędnie :) Z pewnością dlatego, że to najprawdziwsza i najszczersza radość dziecka, której nie da się zapozować czy wyreżyserować.
A Baśce z całego serducha ogromnie dziękujemy!!!  <3