czwartek, 20 lipca 2017

Ile w niej ze mnie!!

Dzisiejszy wpis został zainspirowany pewnym zakurzonym albumem ze zdjęciami.
Tyle wspomnień na kilku zaledwie kartach ;)
Przedszkolne bale przebierańców, komunia, obozy harcerskie... całe moje dzieciństwo i młodość w obrazkach. W albumie były również fotografie z momentów, których nie mogę pamiętać, a jednak jestem w stanie je sobie przypomnieć...
Jak to możliwe?
Spoglądam na podniszczone, czarno-białe zdjęcie mnie sprzed blisko 30 lat (fotografia wykonana 11 stycznia 1988) i widzę... Pyzkę! Takie samo zdjęcie (choć w kolorze) pstryknęłam jej dwa miesiące temu :)

Nie tylko rodzinny album pokazuje, że "jaka matka, taka córka" ;P

Po 'internetach' od lat krążą artykuły, które regularnie zalewają media społecznościowe, głoszące, że inteligencję dziedziczy się po matce :)
Czyli jeden 'pewniak' już jest :P

Hehe...

A tak serio...
Co Pyzka ma ode mnie, po mnie czy ze mnie??

*
Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy zaraz po jej urodzeniu był nosek...
MÓJ nosek :)
Miałam nadzieję, że tak właśnie będzie, bo, obiektywnie rzecz ujmując, mój jest ładniejszy :P
Z radością zarejestrowaliśmy zatem fakt, że ma mamusiny, zadarty kinolek.
Żeby nie było, że Pan Mąż nieładny... On ma za to ładniejsze oczy, więc obdzieliliśmy ją tak, by dostała wszystko, co najlepsze!

*
Podobnie jak ja, nasza córka jest wyjątkowo ostrożna. 
Jestem cykorem, przyznaję się bez bicia!
Nie dla mnie sporty ekstremalne, a w zasadzie żadne... Boję się nawet jazdy na łyżwach. Tak, próbowałam! Nawet jechałam do przodu ;) Wszystko poszło dobrze dopóki nie zaliczyłam wywrotki - wówczas moja wyobraźnia roztoczyła przede mną wizję odciętych palców przez innego amatora ślizgawki. Na tym skończyła się moja kariera łyżwiarska. 
Pyzka jazdy na łyżwach jeszcze nie próbowała, za to jeździła już na taczce, rowerem biegowym czy z dziadkami na skuterze (czyt. siedziała na motocyklu). Za każdym razem podchodzi jednak do tego typu doświadczeń ze sporą rezerwą. Nie wspomnę już o zwyczajnych spacerach, gdy na naszej trasie spotykamy auta. Owszem, wyczulaliśmy Pyzkę na pojazdy na naszych leśnych i polnych drogach, bo brak tu chodników, a o wariatów nietrudno, jednak nie wiem skąd w niej aż tyle paniki... Gdy widzi auto na drodze ucieka na pobocze w takim tempie, że trudno ją dojrzeć!

*
Już od baaardzo dawna wiem, że, tak jak ja, Pyzka jest 'czyściochem'. 
Co to znaczy? Czy się nie brudzi?! 
Owszem, brudzi się jak każde dziecko, przy czym brud na rękach to ZŁO!
Nie ma w prawdzie różnicy czy to jedzenie czy piach, ale z piachu czasem jeszcze wytrzepie się sama, za to żywność rozmazana na rączkach skutkuje nagłym wołaniem o pomoc i kilometrami zużytych papierowych ręczników.
Ja gdy byłam mała: "- Z czym chcesz kanapkę ? - Z dżemem, ale mnie nakarm" ;D

Podobnie rzecz ma się z bałaganem na stoliku podczas posiłków... Ani jedna kropla zupy czy okruszek nie mogą pozostawać na blacie poza talerzem. Pyzka wskazuje kolejne kawałki bułki by je czym prędzej posprzątać... Nie ma mowy o jakimś "zamiataniu pod obrus". Ma być porządek! :D

*
Dziś przy śniadaniu kolejny raz Pyzka rozkładała kanapki na czynniki pierwsze, zjadając osobno ser, potem szynkę, dalej zlizując/zeskrobując palcem masło, a dopiero na końcu bułkę :D (bałagan na talerzu nie jest żadnym problemem).
Zamiłowanie do masełka, którym delektowała się osobno, brudząc przy tym całe pulchne rączki, było również moją cechą szczególną, gdy byłam w jej wieku. Ponoć trzeba było chować przede mną masło na wyższych półkach, bym nie opędzlowała całej kostki! Niesamowite, bo teraz smaruję tak cienko, że prawie nie widać ;)

*
To, że woli kluski, kartofelki, makarony, placuszki, naleśniki także ma ze mnie, bo Pan Mąż posiłkiem bez mięsa zdecydowanie pogardza :)
Widać, już gdy była malutka i na samym mleku, ja podświadomie widziałam w niej amatorkę kluchów - określenie "Pyzka" pasuje do niej idealnie :P
Chociaż, chociaż...
...mogłabym też nazywać ją "buła"...

     

<3 <3 <3

PS. 
Ciekawe, jak bardzo mamusiny będzie Adasiek :P 
Póki co, podobnie jak siostra, ma mój nos...
...a charakterek to raczej po tatusiu, bo ja byłam grzecznym dzieckiem :D

poniedziałek, 17 lipca 2017

Co robić, by było "nietelewizyjnie"?

Pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza...
Miało być basenowanie w ogródku, a tymczasem udało nam się to zaledwie dwa razy. Teraz na naszym małym akwenie żeglują sobie muchy i komary, a my tęsknym wzrokiem patrzymy w stronę podwórka :( 
Słyszałam, że to tak świetnie, że drugie dziecko urodziło się latem, bo postawię sobie wózek na tarasie, Pyzkę wrzucę do piaskownicy i mam luz-blues. Wszystko to prawda, gdybym nadal mieszkała pod niebem Prowansji :P W naszym kapryśnym klimacie werandowanie w wózku jest oczywiście możliwe, ale niestety przeniesienie piaskownicy do salonu to marny pomysł :P
Podobno jednak wszystko jeszcze przed nami... Pewnie i Wy słyszeliście, że nadciąga fala upałów. Taaaaaa, jasne....
Jakoś specjalnie nie przywiązuję się do tej wiadomości, bo to już nie pierwszy taki news tego lata. Prognozy nie bardzo się sprawdzają, więc warto mieć w zanadrzu plan awaryjny.

Książeczki, jak wiadomo sprawdzają się zawsze... Zawsze, gdy nie trzeba w tym samym czasie jakkolwiek ogarniać drugiego potomka ;] 
Puzzle też są "w dechę", przy czym "ale" jest takie samo jak powyżej. Pyzka zaś to stworzenie szalenie towarzyskie, a do tego nieco zazdrosne, jak każde dziecko w takim jak ona położeniu, zatem regularnie szuka kompana do układania... i nie ma przebacz! 

(Na zdjęciu nasz najnowszy nabytek - Puzzle tej marki to nasz hit!) 

"Tatusiek tu, Asia tu" i dalej szukać Nemo i innych kolorowych rybek :) 
A co, kiedy już przerobimy wszystkie układanki, nakarmimy lale, ugotujemy tacie zupę z drewnianych pomidorów i poskaczemy jak żabki aż do utraty tchu?

Jestem rodzicem zdecydowanie przeciwnym wychowaniu "tabletowemu". Do tej pory Pyzka obywała się świetnie bez telewizji, bajek, gier etc. Jedyne co widziała czasem na ekranie telefonu to własne zdjęcia i nagrania z jej udziałem. Uwielbia siebie (hehe), więc chętnie występuje przed nami z wierszykami czy piosenkami, by móc się potem podziwiać :)
Nie chciałam, by od najmłodszych lat bezmyślnie wgapiała się w telewizor i inne wynalazki ekranowe XX wieku, bo skoro tego nie rozumie, a tylko obserwuje migające (zbyt) szybko kolorowe obrazy, którym towarzyszą (zbyt) głośne, niezrozumiałe dźwięki, to nie może z tego wyniknąć nic dobrego... 
Od niedawna jednak, powoli i stopniowo, uchylamy przed nią rąbka tajemnicy jaką kryje w sobie czarna płyta na ścianie :P Bajeczka to zdecydowanie rarytasik w naszym domu. Nie oglądamy ich codziennie i staramy się dobierać je tak, by pomieściła to mała główka Pyzki. Naszymi towarzyszami stali się zatem Masza i Niedźwiedź, Krecik i przyjaciele oraz Reksio :D Wszystkich bohaterów bajek, których zapraszamy do naszego domu przez czarny ekran Pyzka poznała wcześniej na papierze. Myślę, że dzięki temu nie domaga się jakoś specjalnie telewizji, bo w pokoju na półce też ma swojego ulubionego "piesieka" (czyt. pieska = Reksia). Ostatnio do naszych kumpli dołączył pewien głupiutki fan miodku, którego posiadamy w pluszowej wersji :D Nasza pociecha tuli go do siebie podczas oglądania, a wtedy, kiedy nie mam w planach oglądać z nią bajeczki (tak, zawsze oglądamy razem!), urządzam jej teatrzyki, podczas których może pogadać sobie z Kubusiem (zwykle jest to nieustanne "Kocham Cię Kubusiu, buziaka!" :D). 
I tu dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu...
Teatrzyki!
To coś, co Pyzka UWIELBIA.
Wiem to nie od dziś :D
Ma nawet komplet pacynek (do obejrzenia tutaj), którymi bawimy się od przeszło roku. I choć pacynki to świetna sprawa (szczególnie te od Baśki <3 - gorąco polecam!!!) to uwierzcie mi, że dla takiego "malucha" (bo, że to już nie maluch to wiecie) kawałek koca zarzucony na krzesło i któraśkolwiek bałda wystarczą, by przenieść je do najlepszego teatru :) 
Cóż znaczy siła wyobraźni !!! 
Zdarzyło się nawet tak, że ożywiona moimi rękami i głosem Helena (nasza ulubiona lalka waldorfska jakby ktoś pytał :P) namówiła Pzykę na zjedzenie obiadu :D 
Niesamowite! 
Przecież razem przykryłyśmy kocem krzesła, za którymi się chowałam i to Pyzka podała mi aktorów do tego teatrzyku! A jednak moja propozycja obiadowa została odrzucona, gdy tymczasem Helka namówiła ją na wszystko! :P 
Nie zrozumiem jak to działa (i jak działają dzieci :P), ale ważne, że działa :)    

A co, kiedy nie mogę zrobić teatrzyku, bo ręce mam "pełne roboty" (czy też pełne dzieciaka :P)?
Nowoczesna, skomputeryzowana "Babusia" znalazła coś, co uratuje nas z takich opresji...
Pyzka siedzi jak zaczarowana, wpatrując się w ekran z uśmiechem od ucha do ucha, a ja bez najmniejszych wyrzutów sumienia robię co mam do zrobienia :D 
TAK, w jednym zdaniu napisałam "w ekran" i "bez wyrzutów sumienia"!
Dlaczego?
Bo to, co ogląda Pyzka to teatrzyk dla przedszkolaków znaleziony na YouTube.
Wystarczy trochę poszperać, a przede wszystkim chcieć, by znaleźć TAKIE perełki :)

"Rzepkę" znamy nie od dziś, ale ta wersja będzie chyba naszą ulubioną! 
Zdecydowanie rekomendujemy :


I jak Wam się podoba? 
Jak dla nas kawał świetnej roboty :D
Uśmiałam się do łez!
W sam raz dla mojego prawie-przedszkolaka!
Obie świetnie się przy tym bawimy, tańczymy i śpiewamy :) A kiedy muszę "potańczyć" z Adaśkiem Pyzulka siedzi grzeczniutko i podziwia ulubioną bajeczkę w tej doskonałej wersji!

Poszperałam trochę w sieci, co i Wam polecam... 
Sporo przedszkoli robi takie cuda dla dzieciaków i wrzuca nagrania :)

Nawet w deszczowe dni można obejść się bez telewizji !
Gorąco polecam.


PS. 
Polecicie jakieś ciekawe wydanie przygód przyjaciół ze stumilowego lasu dla dwulatki (dużo obrazków z umiarkowaną ilością tekstu) ? :)

piątek, 14 lipca 2017

Piątkowo i ślubnie

Kolejna para stanie dziś na ślubnym kobiercu :)
Pobierają się w piątek i mam nadzieję, że będą małżeństwem na piątkę, czego serdecznie im życzę! 
Sto lat Młodej Parze!!!

Box na tę okazję zaczęłam robić zdecydowanie zbyt późno i miałam obawy, że nie zdążę na czas, ale na szczęście się udało. Ale frajda znów pokleić sobie palce i zaśmiecić ścinkami papieru podłogi !! Chociaż zabawę przerywały mi co i raz lampki elektronicznej niani donoszące uprzejmie, że oto drzemka dobiegła końca to i tak miałam masę przyjemności przy tej pracy.
Oryginalny wzór papieru na pudełko pozyskałam trochę już dla mnie tradycyjnie z pięknej torebki prezentowej. Dzięki temu wiem, że nikt tego nie podrobi! :P
Tym razem zamiast kieszonek na ślubny prezent, na ściankach boxa umieściłam "szlufki". 
Długo zastanawiałam się co by tu jeszcze dodać, ale ostatecznie uznałam, że czasem 'im mniej tym lepiej' :) Ma sporo 'błyskotek', więc darowałam sobie dodatkową kokardę czy błyszczące napisy. 
 
Oby Nowożeńcy ucieszyli się na jego widok tak jak ja się raduję z końcowego efektu ! :)

Przed Wami mój najnowszy exploding box :D

Wam zostawiam podziwianie, a sama pędzę na imprezę !

 



PS. Nawiązując do moich okołoweselnych rozterek pt. "W co się ubrać?", o których tutaj niedawno pisałam: nie stroję się ani w suknię ślubną ani też w markową koszulę do karmienia ;P Zdobyłam kreację, w której wyglądam znośnie tzn. ukrywa wszelkie fałdy i nierówności brzucha :D 
Pan Mąż sugerował w prawdzie bym pomyślała o portkach na to wyjście, bo przez moją pierdołowatość (wpadam na wszelkie przeszkody nabijając sobie dziennie po kilka siniaków) wyglądam jakby mnie ktoś maltretował, ale uznałam, że to niedorzeczne :) Jak zasłonię nogi to na pewno poobijam ręce lub głowę, więc już wolę sine 'kośtyry'. 

wtorek, 11 lipca 2017

Najlepsza siostra

Przygotowania do powitania na świcie Adasia trwały od momentu, gdy zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreseczki. Oczywiście mam na myśli przygotowanie Pyzki na młodsze rodzeństwo... 
Od samego początku słyszała o dzidziusiu w brzuchu i wylewnie okazywała swoje uczucia, całując go i przytulając. Przynosiła mi swoje zabawki i układała je z namaszczeniem, koniecznie na gołym, jeszcze wtedy niedużym, "baloniku". Jak się później okazało tymi samymi uczuciami darzyła też "inne dzidziusie"....
Które? 
Na przykład "dzidziusia Taty" (hehehehehehehe). 
Nie, nie dlatego, że Tatuś zaopatrzony jest w pewną warstwę adiabatyczną w okolicy pępka, ale z tytułu posiadania pępka właśnie! :D 
Nasza córka była przekonana, że "dzidziuś" to pępek i dlatego właśnie upierała się zawsze bym, w razie potrzeby czułości z "braciszkiem", obnażała swój brzuch, bo chciała w ów pępek trafić, czy to całusem czy misiem, którym w danej chwili planowała się podzielić. 
Nim na dobre spuchłam udało nam się jednak wytłumaczyć Pyzce, że dzidziusia ma tylko mama :)

Jak już kiedyś wspominałam, zaopatrzyłam nas w odpowiednie lektury, które z uporem maniaka czytałam naszej kochanej latorośli w nadziei, że cośkolwiek zrozumie ;) Wyszło znakomicie! Myślę, że to dzięki nim mój brzuch był regularnie obsypywany zabawkami i buziakami. Doskonale rozumiała też moje trudne położenie, szczególnie w końcówce ciąży, bo zawczasu mocno skupiałam się na obrazkach, gdzie mamusia odpoczywała :) Tym sposobem mogłam polegiwać sobie u niej na tapczaniku nawet do dwóch godzin po pobudce podczas gdy ona grzecznie układała puzzle czy "czytała" książeczki :D
Wszystko poszło pięknie i ładnie...
Przygotowałyśmy, jak nasza bohaterka - Zuzia, kącik dla dzidziusia, zabawki, łóżeczko. Nawet przewijanie na lalkach potrenowałyśmy! Z powodzeniem oswoiłyśmy temat "Moje, Twoje" i choć czasem musiałyśmy dokonać inwentaryzacji zabawek czy ubranek, to zawsze wyciągając i rozwijając kolejną parę skarpet Pyzka powtarzała "to Adasia" :D
Nie udało mi się jedynie "pokazać" Pyzce jak braciszek się rusza. Choć w książeczkach pięknie to zilustrowano u nas nie było tak "różowo". Za każdym razem, gdy mówiłam, że Adaś kopie Pyzka kierowała w stronę brzucha swoje stopy... Absolutnie nie w złej wierze!! Jest  to w miarę logiczne, jakby się nad tym zastanowić :) Skoro on daje znać nogą, to czemu odpowiedź miałaby być inna?! Czegóż więcej mogłabym wymagać od wtedy półtorarocznego dziecka? :P Darowałam sobie po prostu rozważania na temat ruchów brzucha...
Zdążą się na pewno nie raz pokopać "na żywo" :P

***
Mimo wylewności Pyzki w stosunku do brata podczas ciąży byłam pełna obaw jak nasza kochana jedynaczka, oczko w głowie rodziców, poradzi sobie w nowej roli kiedy nadejdzie już czas tej próby...
Przedłużający się pobyt w szpitalu dodatkowo mnie zestresował. W końcu, w książeczkach, mama z wielkim brzuchem wychodzi z domu uśmiechnięta ( ! ! ) od ucha do ucha, by na następnej stronie wrócić z jeszcze szerszym uśmiechem (tu już uzasadnionym) i bobasem pod pachą. A w "naszej bajce" od uśmiechu do uśmiechu było 'tyyyle stron'... Na szczęście rodzinka nie próżnowała i wkładała Pyzce do głowy co dnia, że pojechałam do szpitala wyjąć z brzucha dzidziusia.

Gdy Pyzka zobaczyła w końcu Adasia uśmiech nie schodził z jej twarzy.
W zasadzie jeszcze czekając w korytarzu widziałam jak przestępuje z nogi na nogę pełna zniecierpliwienia...
Rozpłynęłam się na ten widok :D
Nie powiem, kamień spadł mi z serca przy tym pierwszym ich spotkaniu - w końcu nadal istniało ryzyko, że nie wszystko dobrze ogarnęła swym dziecięcym rozumkiem i może jednak wcale nie chcieć dzidziusia...
Głaskała jego małą rączkę i koniecznie chciała dać mu buziaka <3
Starsza siostra przeszkolona przez "Babusię" wyrecytowała mi ponadto w szpitalnym korytarzu, przy pierwszym spotkaniu z braciszkiem, że dzidziuś "małe rączki ma, małe nóżki ma i małe pupsko ma" ;D (jak głosi rodzinna legenda :P dokładnie takim tekstem przywitałam ponoć moją siostrę Zuzannę, a młodsza byłam wówczas od Pyzki o 4 miesiące). 

***
W domu, gdy już wypakowaliśmy Adasia z fotelika Pyzka nie odstępowała go na krok. 
"Asia głaszcze", "Asia buziaka", "Asia patrzy"...


Teraz, choć emocje już nieco opadły, nadal jest żywo zainteresowana bratem i biega po domu z podstawką do sedesu, by móc zaglądać na przewijak lub do łóżeczka. Pyzka pomaga mi, podając czy odnosząc pieluszki lub "pilnując" braciszka.


Oczywiście, znając jej zamiłowanie do książek, łatwo zgadnąć, że nie stroni od umilania bratu czasu lekturami.


Chętnie włącza mu grające zabawki (ależ się z tgo "cieszę"!! :P) czy dokłada kolejnych misiów, by umilić mu łóżeczkową nudę. Wiadomo, nie spuszczam jej z oka, a jednak co rusz znajduję w łóżeczku jakieś podarunki od siostrzyczki :D Na szczęście są to zwykle pluszowe czy inne tekstylne elementy, a nie, jak to miało miejsce w przypadku moim i mojej Zuzanki, drewniane klocki... Na szczęście!!, bo brak jej oczywiście wyczucia, a więc to co nazywa 'dawaniem' ("masz, masz Adasiu") w gruncie rzeczy jest rzutem zza głowy wprost na buzię, głowę, czy też, przy pomyślniejszym wietrze, brzuszek Adasia. Stąd zapewne zdezorientowany wzrok naszego bobasa, gdy widzi przed sobą siostrzyczkę....


Tak, Adaś niestety nie do końca podziela entuzjazm towarzyszący Pyzce jeśli chodzi o rodzeństwo... Zapewne ma to związek także z "wesołym miasteczkiem" jakie siostra funduje mu w ramach jego bujaczkowych pobytów, co wygląda mniej więcej tak:
- Asia buja - narracja Pyzki o niej samej :D
- Łeeeeeee eeeeeaaaaa aaaAAAaaaaa aaŁłł łłęeaaaaaee eeeeeeeee
- Asia nie bujaj braciszka (zrozpaczeni rodzice na zmianę lub w duecie)
Jego przerażona, jak nam się wydaje, mina na widok siostry może mieć też związek z podobnym co w przypadku bujaczka-leżaczka schematem postępowania z wózkiem - "Asia buja", a Adaś taki jest wybujany, że omal nie stoi na własnych nogach, bo wózeczek tylko na tylnych kółkach opiera się o podłoże.
Także okazywanie czułości to trudna szkoła życia dla nowego członka rodziny. Potrzeba całowania dzidziusia jest tak silna, że regularnie, z miłości oczywiście, ku mej nieukrywanej rozpaczy, budzi go tymi soczystymi buziakami z kolejnych drzemek. Przytrzymuje go wtedy oczywiście za główkę lub kładzie rączkę na brzuszku i nigdy nie wiem jak bardzo mocno go tuli ;(


To tylko "pół biedy"...
Gorzej, gdy próbuje pocałować rączkę Adasia, której nie sięga ustami, bo wówczas ciągnie ją do siebie. Póki co udało mi się jednak upilnować ich na tyle, że Adaśko nadal ma wszystkie kończyny :P  I raczej tak już pozostanie, bo właśnie nauczyłam Pyzulę 'przekazywać buziaki paluszkiem'. Jak to się robi? Całuje się własny paluszek, koniecznie głośno cmokając, a następnie dotyka się paluszkiem np. rączki braciszka i znów głośny "CMOK" (Pyzka jest zachwycona nową formą całowania, ja spokojniejsza, Adaś na pewno również :D).

Pyzka to najlepsza siostra na świecie! :D
Jest słodka, kochana i troskliwa (choć może z powyższego opisu nie wynika to tak "wprost" ;P)
Stale powtarza "Kocham Cię Adasiu", gdy braciszek płacze pociesza go "nie płacz Adasiu, nie płacz", a czasem dodaje też tradycyjne "kupimy Ci chechłacz" podłapane od Babusi :D.


Powtarza wszystko co wpadnie jej w ucho, więc ostatnio można też od niej usłyszeć "cicho Krzykaczu" (to cytat ze mnie :P) lub "Księciuniu" (a to też szkoła 'Babusi').
Najbardziej uśmiałam się jednak kiedy w środku nocy, gdy wstałam do Adasia, usłyszałam "nie płacz Adasiu, nie płacz". Byłam pewna, że nockę mamy z głowy... Okazało się jednak, że nasza Pyzka pociesza braciszka już "automatycznie" - gdy usłyszy jego kwękanie gada do niego przez sen :D

czwartek, 6 lipca 2017

Nie ma kaloryfera...

...ani nawet szaściopaku...

Kolejna super-karate-sexi-joga-flexi-fit-mama pochwaliła się swoimi oszałamiającymi zdjęciami jak to wypiękniała i wytrenowała w mig swe doskonałe ciało po ciąży.
Szczęśliwej mamie gratulujemy :)
A tymczasem internety się ugotowały...
Że za szybko, za ładnie, zbyt niemożliwe, by było prawdziwe i w ogóle fotoszopy!
Jakby tego było mało: ktoś z pewnością jej pomagał, sto nianiek, dwóch trenerów, a do tego, skandal !!! , bo na pewno ma 'dobre geny'.

U nas minęło już 6 tygodni od powitania na świcie Adaśka i...
Mimo dobrych genów, sztabu niań (czyt. Babcia, Dziadki etc.) i wielu prób zastosowania 'fotoszopa': "bryndza Panie, bryndza".
Zatem szczęśliwej mamie z opisu powyżej również zazdraszczamy!!
Mi raz się udało, bo po Pyzce prędko "nie było śladu". Po Adasiu zaś będę miała pamiątkę na zawsze...
Nie będę nawet próbowała ściemniać!
Nie wrzucę tu fotki mojego idealnego manicure, a co dopiero wystylizowanej mnie w super kiecce przy wózku. 
Dlaczego?
Bo paznokcie zniszczyłam grzebiąc się w piachu z Pyzką, a całą resztę ciała zdewastowałam (bo inaczej tego nie nazwę) zażerając się ciastkami i innymi słodkościami podczas ciąży. Nie zmieszczę się zatem w żadną moją sukienkę, o tych z półki "super" mnie wspominając.

Nie pochwalę się świetną formą po porodzie, bo zwyczajnie, jak pewnie większość świeżo upieczonych mam, w niej nie jestem. Owszem, czuję się dobrze (poza niewyspaniem :P) i funkcjonuję bez zarzutu, ale prawda jest taka, że nadal wyglądam jakbym była w ciąży. O 'kaloryferze', 'tarce' czy '6-ciopaku' na brzuchu mogę co najwyżej pomarzyć. Moja figura zdecydowanie nie zachwyca, oj nie!  Linia jest dość wyrazista, co nie jest to powodem do radości, ale tak jest i już... Nawet gdybym miała chwilę, by zająć się tym, co zostawiłam sobie z tłustego czwartku czy mazurków wielkanocnych na 'boczkach' (chociaż moje 'zamiłowanie' do ćwiczeń znacie), to przez "uśmiech", który wycięli mi 'pod pępkiem' jeszcze przez jakiś czas jest to po prostu niemożliwe. Gdybym wiedziała, że tak się skończy moja przygoda z drugim brzuchem (mam tu na myśli wspomniany wzorek na podbrzuszu) na pewno odpuściłabym kilka kawałków czekolady i ciasteczek, a tak mam cellulit nawet na kolanach (wiedzieliście, że to możliwe?!)!
Jednym słowem "niewesoło".
Do tego, jakby mało mi było spotkań z własnym odbiciem w lustrze, za tydzień muszę wyjść do ludzi, bo idziemy na wesele, a jak już wyżej wspomniałam, nie mieszczę się w NIC! No, oczywiście poza koszulami do karmienia... Jedna jest nawet całkiem nowa, dość wyjściowa, długość 'w kolanko', letni, żółciutki kolor, zawsze modny deseń w kropki no i z opcją karmienia, czyli praktycznie strój idealny, ale jednak coś mi mówi, że reszta gości może się połapać, że to piżama.
Jest też opcja nr 2, czyli moja własna suknia ślubna :P W prawdzie jest w rozmiarze 38, a mój aktualny rozmiar to coś między 46 a 64 (zależy w których partiach ciała), ale to jedyny mój ciuch z regulacją rozmiaru, bo ma sznurowanie z tyłu, więc mogłoby się udać... Widziałam gdzieś kiedyś, że ewentualny brak materiału na podkładkę można dosztukować albo też usunąć tkaninę całkowicie, pozostawiając seksownie nagie plecy obciągnięte sznurkiem niczym szynka (seksowna szynka! :P). Dodatkowo, sukienka nie ma ramiączek, więc dostęp do Adaśkowej kuchni wygodny... Tylko co na to prawdziwa Panna Młoda?!
Tak trudno wybrać!
Może coś doradzicie?
Ja tymczasem zbiorę tyłek z kanapy i ruszę na poszukiwania "opcji nr 3" ;)

Schowana za wózkiem - taką siebie teraz lubię :)