środa, 16 sierpnia 2017

Aktywny wypoczynek

Sezon urlopowy w pełni! 
Znajomi zamieszczają na portalach społecznościowych kolorowe fotografie pod palmą, z drinkiem, z parasolką i zanurzonymi w wodzie stopami... 
A czy Brykusie mają urlop?
A jakże!
Pani Brykusiowa od Dnia Dziecka przebywa na jakże zasłużonym urlopie macierzyńskim. Niestety, jak powszechnie wiadomo, urlop określany wdzięcznym przymiotnikiem 'macierzyński' wyklucza zwykle drinki ;( 
Co mi więc zostaje? 
Oczywiście, że uznane za jedynie słuszne postępowanie w postaci "siedzenia w domu z dziećmi", co rzecz jasna jest w 100% relaksującym, pełnym wolności i spokoju czasem. Mogę także pomoczyć spuchnięte nogi w misce po całym dniu ganiania między dzieciakami (dobrze, że Adaś póki co jest stacjonarny), jak również korzystać do woli z parasolki na ogródku (no, bo "taki mamy klimat" :D). Jak sami widzicie urlop macierzyński to synonim wypoczynku !! :) 
Ostatnio z uroków wakacji korzystaliśmy w tandemie :) Pan Mąż wybrał się bowiem na "urlop wypoczynkowy".
Choć z pewnością liczył na to, że w zaciszu przydomowego podwórka podzieli los znajomych, publikujących wakacyjne zdjęcia w sieci, zamieniając jedynie palmę na ogrodowy parasol szybko zorientował się, że nic nie dostarczy mu tylu wspaniałych chwil i rzecz jasna wypoczynku co czas spędzony wspólnie z dziećmi :D 
Aż żal było odrywać się od niczym nieskrępowanej zabawy (rozpoczynającej się o 5 rano), by wypełniać domowe obowiązki... Nadszedł jednak moment, kiedy dalsza zabawa bez uprzątnięcia mieszkania była już niemożliwa. No i pojawił się dylemat: kto to ogarnie? :)
Las rąk zasłaniał mi chętnych do podjęcia się tej syzyfowej, jak wiadomo, pracy...
Litania robót nie miała końca :(
Gdy skończyłam już recytować listę prac Pan Mąż zapytał "a co byś wolała?". Co bym wolała?! Układać klocki i czytać książeczki czy sprzątnąć całą chałupę... Naprawdę trudny wybór! Pan Mąż jednak nie widział nic zdrożnego w tym pytaniu. Z rozbrajającą szczerością stwierdził, że może posprzątać, ale myślał po prostu, że skoro wszystkie dni spędzam z dziećmi to mam może ochotę "TROCHĘ SIĘ ZRELAKSOWAĆ" :D
Umarliście już ze śmiechu?
Jeśli nie to powiem Wam, co było potem :P

Potem wzięłam się za sprzątanie, zostawiając dwójkę małych krzykaczy Panu Mężowi...
Czy ktoś z nas wypoczął?
Nie powiem, by ten aktywny wypoczynek mnie zrelaksował. Pana Męża nie pytałam... Nie musiałam, bo znam ten urlop aż za dobrze :D
I tak, dzień za dniem nadszedł kolejny termin gruntownego porządkowania domu, a Pan Mąż już więcej nie zapytał co wybieram. Z pełnym zaangażowaniem przez cały dzień sumiennie oddawał się pracom domowym z pewnością odnajdując w nich wytchnienie.

Niestety, urlop wypoczynkowy Męża dobiegł końca. Z niecierpliwością czekam jednak, kiedy będzie urlopował się na "tatusiowym". Wszak 'tatusiowy' to jak weekendy, które znane są także pod nazwą "międzynarodowych dni ojca".

środa, 9 sierpnia 2017

Perfekcja z przymrużeniem oka

Mam wrażenie, że odkąd zostałam mamą po raz drugi moja doba skurczyła się co najmniej o połowę! Już zapomniałam, choć było to tak niedawno (!), jak to jest mierzyć czas "od karmienia do karmienia". 
3 godziny, a jakby krótka chwila, podczas której nic nie zdążam... 
Nie będę ściemniać, że super się zorganizowałam, wszystko idzie mi jak z płatka, a do południa dom lśni czystością, pachnie świeżą zupą i pranie jest już wyprasowane. 
Prawda jest taka, że do podłogi się nie przylepiamy i to tyle w temacie porządków ;) a zupę, jak mogliście dowiedzieć się z mojego bloga już wcześniej, pasjami wekuję... Dzięki temu utrzymuję względny porządek w kuchni, a duża w tym zasługa zmywarki :D Nie wiem doprawdy co ja miałam w głowie, gdy twierdziłam, że w życiu, nigdy, ale to przenigdy nie mogłabym mieć zmywarki i zbierać do niej brudnych naczyń przez cały dzień. Uważałam wówczas (o! ja głupia, życia nie znająca istota), że schowany brud wołałby mnie przez drzwiczki urządzenia i nie dawałby mi spokoju. Jakże szybko życie zweryfikowało tenże bzdurny tok rozumowania!
Okazuje się, że pralka naczyniowa oraz ubraniowa to hity numer jeden w naszym domu, sprzęty najczęściej oblegane i jakże przeze mnie ukochane! No, może pralka ubraniowa trochę mniej, bo generuje przy swojej pracy góry prasowania, a to kolejna czynność, na którą oczywiście nie mam czasu, a której, tak zupełnie przy okazji, szczerze nie znoszę! Do niedawna prasowaniem zajmowała się kochana nasza "Babusia", czyli moja Mama - DZIĘKI STOKROTNE!!! Mama, podobnie jak ja nie znosi prasowania, a więc wiadomo skąd moja awersja do tej czynności. Szczęśliwie jednak "dawca genów" rekompensował mi braki w moim kodzie DNA przy desce do prasowania :D. Niestety, dni tej szczęśliwości zakończyły się wraz z powrotem mojej rodzicielki do pracy zawodowej. Tym sposobem pozostałam sama z górą prania. 
I tak, życie podwójnej mamy kręci się między pralkami a żelazkiem... 

I gdzie tu miejsce na nienaganną fryzurę, delikatny, naturalny makijaż, podomowy acz elegancki strój i promienny uśmiech serwowany Panu Mężowi wraz ze smakowitym obiadem z dwóch dań (nie zapominając o deserze!!)? 
Jak poradzić sobie z tą presją perfekcyjności w normalnym życiu?!?! 
Ogarnęłam to w moim niepowtarzalnym stylu!
Myślę, że na szóstkę :D

Żeby nie było, że cały dzień śmigam po domu w piżamie ustaliłam sobie, że jedne spodnie piżamowe (zaznaczam, że nówki sztuki, bez dziur i przetarć, "wyjściówki"!!) mianuję "dresami". Nie mam tym sposobem oporów, by paść w nich na wyro, gdy dopada mnie awaria zasilania...
Ostatnio w sieci trafiłam na następującą mądrość życiową dotyczącą bycia matką: "Macierzyństwo jest wtedy, gdy przebranie się z piżamy w dres uznajesz za "szykowanie" ". Cóż, idealnie wpisuję się w ten nurt :P Ponadto, m
oja garderoba zyskała kilka strojów "funkcjonalnych". Nowy ulubiony fason, najmodniejszy w sezonie 2017, to wszystko, co ma suwaki na biuście :) Gdy potrzebuje mnie syn jestem w pełnej gotowości, a kiedy przychodzi pora serwowania obiadu, na który podaję jednodaniowe, ekspresowe spaghetti (repetowane następnie przez trzy dni...),  a ja nie mam już sił, by dołożyć uśmiech jak z reklamy do tego posiłku rodem z Master Chiefa zawsze mogę uchylić suwaki dla Pana Męża i mieć dwa dekolty zamiast jednego (mina pełna politowania - bezcenna :D).
Jeśli chodzi o nienaganną fryzurę to zaczęłam od skrócenia włosów o połowę. Dalej idzie już jak z płatka... Na dźwięk rozdartej paszczy młodego ssaka po omacku chwytam z nocnej szafki gumkę do włosów, nim dobiegam do adaśkowego łóżeczka wiążę 'pióra' w kitkę, a nienaganność osiągam zbierając opadające do oczu kosmyki plastikową opaską w kolorze zawsze niepasującym do stroju ;) 
Kwestii makijażu nie będę podnosić tu wcale, bo jak widzieliście w opisie dotyczącym fryzury brak jest wzmianki o szczotce, po czym można stwierdzić, że w rejony łazienki, gdzie leżą kosmetyki i akcesoria do włosów docieram niezwykle rzadko... Może, gdy Pyzka zacznie się czesać i malować przyjdzie też pora na mnie, jednak póki co wspólnie myjemy zęby (te w przeciwieństwie do włosów wyrosły jej standardowo, w normalnym tempie ;P) i ruszamy 'na podbój wszechświata' :D   

Mimo wielu niedociągnięć uważam, że mój ostateczny wygląd jest niezwykle elegancki. W związku z tym, że się nie maluję nie towarzyszą mi 'pandzie cienie' pod oczami, będące wspomnieniem makijażu dnia poprzedniego, którego a)nie miałam siły i/lub b)nie miałam czasu zmyć. Jako, że szczotki do włosów nie spotykam zbyt często trudno też mówić o "poczochraniu", bo jak wiadomo, potargać można tylko coś co było uczesane :) Eleganckości dodaje mi również fakt, że każdorazowo po ulaniu zmieniam zarzyganą (przepraszam za dosadność, ale to Adaś taki "rozrzutny") bluzkę... Zaś 'kropkę nad i' w mojej codziennej stylizacji stanowi biżuteria, a jak wiadomo, błyskotka dopasowana odpowiednio do okazji i stroju może odmienić wygląd każdej kobiety ;)
Może to nie brylant, może nie perła, ale świeci, migocze, dodaje mi pewności siebie i sprawia, że żyje mi się przyjemniej...


Moja "błyskotka" - w trakcie "imprezy" kropki pod wyświetlaczem mrugają na niebiesko!
To dopiero jest dekoracja :D

A Ty, Matko, miałaś dziś czas spotkać się ze szczotką do włosów? :D 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Od rana mam dobry humor ;)

Dziarskim krokiem weszliśmy dziś w kolejny etap mojej macierzyńskiej przygody :)
Po dwóch miesiącach, podczas których towarzyszyli i pomagali mi Pan Mąż, Babusia i  Dziadkowie przyszedł w końcu czas na (prawie) samodzielność. To 'prawie' to Dziadek, z którym mieszkamy, zawsze gotów do pomocy i opieki nad wnukami <3. Dobrze wiedzieć, że zawsze (oczywiście 'prawie', bo Dziadek też ma swoje życie ;) ) jest ktoś kto poratuje, gdy grunt pali się pod stopami, jednak to moja ferajna i to ja muszę ogarnąć się tak, by Dziadek mógł 'dziadkować' a nie "ratować" :P Na szczęście jest mniej strasznie niż myślałam :D
Ja wróciłam już do formy, oczywiście nie jak Ania Lewandowska, o nie!, ale funkcjonuję normalnie, a mój drugi uśmiech, który, w przeciwieństwie do tego na buzi, nigdy już nie zejdzie (choć to ten na twarzy akurat bardziej wolałabym utrzymać :P), nie przysparza mi żadnych kłopotów.
Skoro więc fizycznie jest OK reszta jest tylko kwestią organizacji i chęci, w tym także chęci moich wspaniałych dzieci...
A dzieci zaskoczyły mnie totalnie!
Widać CHCĄ. 
Bo kto by nie chciał, by jego mama była uśmiechnięta, zadowolona, pełna życia i optymizmu na przyszłość? 
Tak, dziś to jestem JA. 
Pyzula, choć ma w zwyczaju wstawać wraz z pierwszym pianiem koguta (TAK, mamy koguta :) ), zaszczyciła mnie dziś spaniem do 6:20, czyli aż o godzinę dłużej niż w ciągu ostatnich tygodni!! Wiem, 'jedna jaskółka wiosny nie czyni', ale każda mama 'jadąca na tym samym wózku' na pewno zrozumie radość na mej twarzy wymalowaną zerknięciem na zegarek zaraz po przebudzeniu. Od razu poczułam się bardziej wyspana! :) Rozważam nawet przestawienie zegarków, dla poprawy samopoczucia w kolejnych dniach gdyby tendencja pobudki po godzinie 6 rano się nie utrzymała...
Czy zatem się wyspałam, spytacie?  Mam przecież jeszcze drugie dziecko, a to zupełnie inna historia. Adasiek jest małym ssakiem, a co za tym idzie jego noce dzielą się na trzy- w porywach do czterogodzinnych 'setów'. Tak, taka jest teoria nt. 'małych ssaków', ale mój syn lubi zaskakiwać. Pod względem spania, podobnie jak siostra, całkiem nam się udał! Już w pierwszym miesiącu życia przesypiał 6 godzin w ciągu nocy bez pobudki. W prawdzie niewiele miałam z tego korzyści, bo zaczynał o 19-ej, ale świadomość, że to potrafi nieodmiennie podnosiła mnie na duchu w chwilach zwątpienia pt. "Czy on kiedyś przestanie płakać/krzyczeć?" Wiedziałam, że po nędznym dniu nadejdzie noc, a co za tym idzie chwila wytchnienia. (Jeśli ktoś zastanawia się, "Czy przestał krzyczeć?" to spieszę donieść, że od kilkunastu dni żyjemy w lepszym świecie, który podarowała nam jedna z koleżanek Pana Męża mówiąc "BIOGAIA". Nie pozostaje mi dodać nic innego jak: DZIĘKUJEMY. No, może dodam jeszcze: POLECAMY). Nocny sen Adaśka nie był więc nigdy wielkim problemem. Budził się, jadł, spał. Tak, wstawałam 2 razy w ciągu 'mojej' nocy (między 23 a 5:20 rano), ale takie już życie karmiącej matki... Dziś jednak syn stanął zdecydowanie po mojej stronie. Najwyraźniej dotarło do niego, że od dziś zostałam bez asystenta, który zajmie się dziećmi, bym mogła dospać braki :) Adasiek spał dziś jak aniołek od 19:30 do 5 rano!! A potem, po karmieniu kolejne 1,5 h. Mój mały skarb <3 Oczywiście ja budziłam się w KAŻDEJ porze karmienia jak również między nimi, by 'wsłuchiwać się w noc', a uspokojona rytmicznymi oddechami zapadałam znów w błogi sen, by za jakiś czas ponownie sprawdzać, czy On aby na pewno żyje :P    
Po takiej nocy nawet najgorszy dzień nie straszny!
Tymczasem ten dzień jest naprawdę dobry!
Były książeczki i kokoszenie się w pościeli całą trójką <3
Było śniadanie zjedzone w rozsądnym czasie i tempie. 
Były klocki i puzzle.
Był spacer, piaskownica (pyyyszne, naprawdę pyszne ciasto mi Pyza upiekła! :D) i zabawy na świeżym powietrzu.
A w końcu przekąska i...
...trwająca aktualnie drzemka <3
Przetrwałam! (tak, mogę to już ogłosić, bo kiedy dzieci wstaną Pan Mąż już tu będzie :P)
Znalazłam nawet czas, by Wam o tym napisać -> a to wszystko dzięki a) pralce, b) zmywarce i c) przygotowaniu obiadków, gdy jeszcze miałam pomagierów 24/7 :D

Cudnie!!

A teraz czas na "wisienkę na torcie"...
...zmykam kliknąć jakieś internetowe zakupy (w tym miejscu chciałabym gorąco pozdrowić Pana Męża :*:*:*) :D

A jak Tobie mija pierwszy dzień reszty Twojego życia ? :D

czwartek, 3 sierpnia 2017

Sława jest tuż tuż!

Cisza tu ostatnio, bo wszystko co pomyślę rozpuszcza w mig palące słońce!
Nawet skrycie się w cieniu tarasu nie przynosi wytchnienia :(
Rozbiliśmy swój mini-obóz na kanapie w salonie gdzie jest najchłodniej i próbujemy jakoś przetrwać. Spocone palce ślizgają się po klawiaturze, a każda próba spisania tego co lata mi po głowie kończy się padnięciem z wycieńczenia z laptopem na kolanach. Tęsknię za blogiem i staram się wrzucać tu te moje nieuczesane myśli luzem i w przypadkowych roboczych postach z nadzieją, że znajdę wkrótce i czas i siły, by opisać co dzieje się w Brykusiowie :)
Dostałam jednak ostatnio maila, o którym muszę Wam opowiedzieć. 

Wiadomość od Sophil nieco mnie zaskoczyła i zestresowała. Jak to ja, od razu stwierdziłam, że pewnie mam jakieś kłopoty, zapomniałam wstawić gdzieś link źródłowy, albo zaznaczyć zapożyczone fotografie. Już taka jestem, że zawsze czarnowidzę... Tymczasem Sophil jest pracownikiem Artsy... 
Cóż to takiego?
Artsy skupia wiodące galerie, kolekcje muzealne, fundacje, targi sztuki i aukcje, a wszystko to w jednym miejscu! Jest to zbiór ponad 800 000 zdjęć dzieł sztuki, architektury i designu autorstwa blisko 70 000 artystów, obejmujący dzieła historyczne, nowoczesne jak i współczesne, a baza danych stale rośnie! Artsy wykorzystywane jest zarówno przez miłośników sztuki i muzeów, a także patronów, kolekcjonerów, czy wreszcie studentów i wychowawców do odkrywania, edukacji oraz kolekcjonowania sztuki. Ich misją jest, by światowa sztuka była dostępna możliwie najszerszej publiczności na całym świecie. 
Doskonały pomysł, czyż nie? :)
A cóż to wszystko ma wspólnego ze mną?
Otóż, wiadomość, którą otrzymałam, wysłano w związku z moim wpisem "Szlakiem Vincenta van Gogha.Arles po raz drugi", który ponoć idealnie wpisuje się w misję Artsy. Z tego też powodu zaproszono mnie do współpracy (!!! :D:D:D !!!), by kontynuować promowanie edukacji artystycznej i dostępności sztuki z moją pomocą :) 
To mnie zaszczyt kopnął!! :D 
A tak serio to  N I E S A M O W I T E !!
Przeczytałam wiadomość chyba sto razy nim uwierzyłam, że to nie pomyłka ani też zwiastun kłopotów, a wstawiony w mailu link przekierowuje mnie do tego własnie bloga ;)  
Do tej pory żyłam w przekonaniu, że moje wypocinki, choć dostępne dla wszystkich, znajdują odbiorców jedynie w wąskim gronie moich bliskich i przyjaciół, którzy wpadają tu z uprzejmości czy ciekawości co też nowego w Brykusiowie... Komentarze postów, a raczej ich brak, zdawały się potwierdzać tę tezę. Wprawdzie po cichu liczyłam na to, pisząc np. o naszych podróżach małych i dużych, że ktoś kiedyś może przypadkowo trafić na taki wpis, ale nie spodziewałam się, że ktośkolwiek ujawni się z tym, że do mnie dotarł. Szalenie zaskoczył mnie więc i ucieszył fakt, że mój blog ma czytelników poza moją rodziną i znajomymi, a nawet krajem! Teraz, gdy Artsy doda mój link do swej bazy, być może odwiedzających będzie jeszcze więcej... (czyli mama, siostra i ciocia - bez zmian, a ponadto jeden zagorzały fan malarza bez ucha na miesiąc czy dwa :P). Kto wie, może czeka mnie sława i bogactwo na miarę autorki słynnej serii o chuderlawym czarodzieju w okularach :D
Oby! Bo z osławionego "500+" ledwo starcza na pieluchy naszego księciunia...

No, to pochwaliłam się Wam moim mini-sukcesem :)
A teraz wracam roztapiać się z gorąca...

wtorek, 25 lipca 2017

Czy to Ty czy to ja ?

Myślę, że takie właśnie pytanie usłyszę za kilkanaście lat od moich małych dziś szkrabów, gdy usiądą nad rodzinnym albumem, a pytanie to nie będzie jedynie konsekwencją ich podobieństwa z tytułu bycia rodzeństwem ;)  
Adaśkowa wyprawka jest jednocześnie tą pyzkową, bo była ona naszą małą-wielką niespodzianką, a co za tym idzie, wyprawka dla niej miała charakter uniwersalny ;) I kiedy wyjmuję te urocze małe śpioszki i bodziaczki wracam czasem myślami do dni, kiedy to Pyzka się w nie mieściła. To było tak niedawno, niespełna dwa lata, a teraz ledwo głowa mieści jej się w te bluzeczki :P !

Zabawne też jakie rzeczy przypominają się razem z kolejnymi ubrankami wyjmowanymi z dna szafy... 
Adaśko jest zdecydowanie bardziej wymagający niż Pyzka była w jego wieku. Początkowo myślałam, że może tylko mi się zdaje, bo teraz mam ich dwoje, a rozdwoić się nie sposób. Z tego powodu każde kwęknięcie odczuwam podwójnie, bo zadowolić obojga naraz zwykle nie jestem w stanie. Okazuje się jednak, że choć faktycznie daje nam się trochę we znaki, to bardziej Pyzka była "zbyt grzeczna" niż on jest "niemożliwcem" :P Dzieci ponoć takie są (a nawet jeszcze bardziej TAKIE, żeby nie powiedzieć "jeszcze gorsze" :P), a my przy Pyzce mieliśmy po prostu duuuużo szczęścia. Jakby tego było mało, przypomniałam sobie, że na tym jej nieskazitelnym obrazku aniołka, który zachował się w mojej pamięci było kilka sporych rys. Na szczęście moja pamięć jest pozytywnie zawodna i koduje tylko co lepsze momenty. Śpiochy w misie przypomniały mi jednak i te "gorsze czasy". Niby nowe, mało używane, eleganckie, wyprane i wyprasowane (dwustronnie!!) na listek, a jakieś takie znoszone... I już pamiętam, że Pyzka też wymagała masażu brzuszka wcale nie tak rzadko w tym okresie swego życia, w którym króluje rozmiar 62, a ja upominałam wówczas Pana Męża, by te masaże uskuteczniał mniej gorliwie, bo się od tego ubranka mechaciły :D 

Zdawało mi się także jeszcze kilka dni temu, że nasz mały kawaler, w porównaniu do córki, całkiem sporo mleka marnuje tuż po posiłku, przysparzając mi każdorazowo prania i okazji do zmiany garderoby. Chociaż Pzyka nie przebierała mnie może tak często jak synek, to wraz z pajacem w kolorowe gwiazdki, na które Adaśko zwrócił chyba całą kolację, jak bumerang wróciło wspomnienie naszej małej córeczki mokrej prawie do pasa w tym uroczym stroju. 

Kilka dni temu stojąc nad wózkiem z Adasiem poczułam się nagle jakbym stała znów w środku upalnej Prowansji. Wizja tak realna, że aż mogło zakręcić się w głowie! Dokładnie pamiętam miejsce i czas, w którym moje oczy (czy też może bardziej serce), a także aparat, uchwyciły właśnie TO zdjęcie. Przystanek autobusowy przy uroczym skwerze w Villeneuve-lès-Avignon z widokiem na ogromne agawy... Gdy już podelektowałam się tym palącym słońcem i napełniłam stęsknione uszy cykaniem cykad, chwyciłam za naszą leciwą maszynkę do łapania wspomnień i uwieczniłam małego Adaśka niczym Pyzkę niespełna dwa lata temu... Adaśkowe foto strzeliłam na naszym tarasie <3 a dzieciaki na zdjęciu dzieli 10 dni!
Może zrobię całą serię zdjęć z cyklu "Czy to Ty czy to ja?", kto wie ? 

Tymczasem dla Was mini-quiz: 
Które dziecko na zdjęciu to Adaś, a które Asia? :)
No i które na zdjęciu jest starsze? :)