poniedziałek, 15 lutego 2016

14-ty luty...

Z zeszłorocznego wpisu wiecie, że nie przepadam osobiście za Walentynkami i wraz z Panem Mężem szczególnie tego "święta" nie obchodzimy...
Każdy jednak pyta : "Jak spędzasz walentynki?".
W tym roku można było spędzać je cały weekend, bo wypadły w niedzielę...
I ciekawi, jak my spędziliśmy ten czas ?
Otóż: normalnie :P
No...prawie...
W planach była normalność :P

W sobotę w Avignon miała miejsce parada z okazji nadejścia Nowego Chińskiego Roku...
Bardzo chciałam wybrać się na nią i podziwiać chińskie smoki i inne atrakcje. Niestety, pogoda tego dnia nie dopisała i musiałam zadowolić się fotorelacją znajomych na portalu społecznościowym (oni mieszkają w obrębie murów, więc w razie ulewy droga do domu w strugach deszczu nie wywołałaby u nich zapalenia płuc... dla nas trasa od miejsca parady do domu to pół godziny dobrym tempem...). Kilka zdjęć znajdziecie też tutaj
Nam pozostało standardowe spacerowanie po sklepach, czyli cotygodniowy shopping. Na otarcie łez Pan Mąż zaproponował, bym wstąpiła sobie do sklepu 'ze wszystkim' (coś w rodzaju Empiku Megastore) i kupiła brakujące do papierkowej zabawy elementy... Taki "kupon walentynkowy" na zakupy! :) Chętnie skorzystałam z tej propozycji i już po chwili w sklepie (która okazała być się jednak dłuższa dla tych, którzy czekali w samochodzie ;/) wracałam z papierami i uśmiechem na twarzy od ucha do ucha! Dalsza część weekendu od tego momentu zapowiadała się już tylko lepiej. W kolejnym sklepie trafiliśmy akurat na wyprzedaż duperelków wszelkiej maści, takich właśnie, jakich używam w moich rękodzielniczych zabawach. Obłowiłam się więc po uszy! 
Pan Mąż również miał w ten weekend swoje prezenty walentynkowe, gdyż ponieważ w ten weekend po przerwie znów zaczęła się liga... Każdą wolną chwilę spędzał więc przyklejony do monitora komputera niczym glonojad :) Tak wygłodniały był piłki! 
Wieczorem, gdy nasze idealne dziecko zasnęło jak mały aniołek obejrzeliśmy łatwy, lekki i przyjemny film, z serii tych, które lubię najbardziej, tj. bez trupów, strzelanek, wybuchów, szybkich samochodów i akcji w stylu "zabili go i uciekł". 
I gdy już połowa walentynkowego, że go tak nazwiemy weekendu była za nami, a zegar wybił godzinę dwunastą... czar prysł!
Nasze dziecko postanowiło, na przekór rodzicom "uczcić" Walentynki i to w dość niecodzienny, bardzo uciążliwy, niemiły, okropny i sama nie wiem jaki jeszcze ciężki sposób...
KATAR!
I tak od pierwszych minut 14-ego lutego szarpaliśmy się z tym "wyzwaniem".
Co za złośliwość losu!!!
Trochę jak z: "chcesz rozśmieszyć Pana Boga - powiedz mu o swoich planach". Akurat w piątek, przy kąpieli, rzekłam do Pana Męża w te słowa: "nie mogę się nadziwić jakie mamy szczęście: ładnie je, ładnie śpi, nie marudzi przy kąpaniu/obcinaniu paznokci/itp., nie choruje...". 
No, to się nacieszyłam!
Oczywiście, jak to z katarem i człowiekiem w tym rozmiarze, ciężko stwierdzić przyczynę, a więc trudno także przedsięwziąć jakieś kroki. Nie wspominając już o tym, że takie sytuacje zawsze przydarzają się na wyjeździe, przed szczepieniem czy przynajmniej w niedzielę (gdy tu wszystko jest zamknięte!). Z walentynkowej niedzieli, planowanej jako normalny, zwyczajny, miły, rodzinny czas zrobiła nam się doba walki o przetrwanie. Bóg zapłać, że chociaż nie padało i mogliśmy wyjść na spacer, gdzie Pyzka zaznała spokojnego snu, a my odpoczynku, przynajmniej psychicznego. 

Rok w rok nie mogłam doczekać się końca "walentynek-srynek"... Morze chińskiej tandety ziejącej z każdej sklepowej półki i witryny nieodmiennie napawało mnie obrzydzeniem i jeszcze większą niechęcią do tego "święta". 
W zeszłym roku cieszyłam się niemal jak dziecko, bo tu "obchody" nie rzucają się tak mocno w oczy. Nie króluje czerwień, serca i dziadowskie poduszki z napisem "I love you". 
A po tegorocznych Walentynkach aż boję się następnych... kaszel? wysypka? angina? 
Tfuuu, Tfuuuu...
Odpukać!!!
Oby nie!


PS. Nie wiem czy pamiętacie...
Pisałam tu o tym, że tradycją, którą z Panem Mężem podpięliśmy pod Walentynki z Panem Mężem było chodzenie do ZOO. Kombinowaliśmy, nie bacząc wcale na datę, aby właśnie do ZOO wybrać się w miniony weekend (a także jeszcze poprzedni :P) - musimy jednak poczekać na bardziej sprzyjające warunki pogodowe.
Dziś za oknem słońce jak balia, ale wicher taki, że aż ściany się trzęsą!!! 
SERIO! 
Zero ściemy... z każdym podmuchem słyszę kołaczące drzwi od wnękowych szaf! tragedia ;(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz