czwartek, 7 maja 2015

Majówka :-)

Ależ było fantastycznie!!!
Udało się zrealizować wszystkie plany...
Nawet deszczyk (tak, tak...nie myślcie sobie, że tylko w Polsce pogoda na majówkę zawsze jest "ustalona") nie popsuł nam tego długiego weekendu...
Tej upragnionej i wyczekiwanej zawsze i przez wszystkich Wielkiej (choć to tylko 3 dni) Majówki!!!

Piątek był niestety pochmurny i trochę deszczowy, zdecydowaliśmy się więc uczcić Święto Pracy pracą :) Oddaliśmy się domowym porządkom i niewielkiemu przemeblowaniu...
W końcu zainwestowaliśmy w mebel kuchenny pt. szafka i teraz nasza kuchnia jest totalnie domowa! A wszystko dzięki temu, że nowa szafeczka ma szuflady!!!
Cóż za ekstrawagancja!!!
Taka mała rzecz, a taaaak cieszy!
Od 4 miesięcy żyliśmy bez nich i wydawało się że jest to możliwe :P
A jednak teraz przekonaliśmy się jak cudownie jest móc najzwyczajniej w świecie wysunąć szufladę i sięgnąć do niej po łyżkę czy widelec. 
Pan Mąż okazał się być oczywiście bohaterem w naszym domu i perfekcyjnie poskładał rzeczoną szafeczkę! I to w czasie krótszym aniżeli przewidziała to instrukcja montażu :P
Co inżynier to inżynier :)
Nowy mebel pociągnął za sobą całą masę przemeblowań, przestawiania i wypełniania od nowa wszelkich półek i szafeczek pozostających na stanie naszego aneksiku. Po tym wszystkim byłam totalnie wykończona... Aa trzeba było jeszcze wypróbować funkcjonalność "nowej kuchni" i popełnić jakiś obiad... Okazało się, że cudem chyba tylko dożyliśmy do tego dnia kiedy stanęła w domu nowa szafka! Doprawdy nie wiem jak żyliśmy bez niej!!!

Sobota, czyli "Dzień Flagi Rzeczpospolitej Polskiej", a także, co pewnie nie wszyscy wiedzą, "Dzień Polonii i Polaków za Granicą", (polskie święto ustanowione przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w 2002!!!) była totalnie piękna!
Prawdziwie wiosenny dzień...
Znaczy wiosenny po francusku...
Bo po polsku to był dzień jak z typowego środka lata - 27 stopni pod bezchmurnym niebem...
Wykorzystaliśmy go na spacery po Avignon, na lody w najlepszej lodziarni, na odpoczynek na ławeczce w ogrodach przy Pałacu Papieskim...
Świętowanie i celebrowanie, czyli... słodkie lenistwo :P

O, tak pięknie się prezentują Papieskie ogrody...
 ...a tak kapelutek na placu przed Pałacem ... bardzo rad ze swojego powrotu do łask :-)

No i wreszcie przyszła niedziela :-)
Dzień wyczekiwany najbardziej ze wszystkich, bo...
..to dzień przekładanej bez końca wycieczki nad morze!!!
Doczekałam się!!!
W sobotę zaopatrzyliśmy się nawet w parasol przeciwsłoneczny z mocnym postanowieniem niedzielnego plażowania :-)

Jedziemy...
Trooooszkę było pochmurno... no, ale nad morze jest od nas prawie 100 km, czyli wszystko w pogodzie może się zdarzyć...
Sprawdziłam prognozy: "częściowe zachmurzenie" - no to się nie zjaramy :P
Przygotowałam prowiant: obowiązkowe kanapki z jajkiem... (jak byłyśmy małe i jeździliśmy z rodzicami nad jakąś wodę to kanapki z jajkiem na twardo i pomidory to był prowiant standardowy... no i jeszcze banany :) )
Spakowałam torbę: koce, kąpielówki, ręcznik...
I siuuu...pojechali :)

Im bliżej było morza tym wyraźniej było widać, że pogoda nie zamierza się zmienić, a przynajmniej nie w tym kierunku w którym byśmy sobie tego życzyli...
Nie zraziło nas to jednak wcale... nic a nic :P
Morze to morze...a poza tym... czy musi się naprawdę żar z nieba lać?!
Nie musi!!
Z opcji : "Oby była ładna pogoda" zmieniłam front na: "Oby nie padało" :)
No i padać nie padało...

Było znakomicie!

Tak się nastawiłam na plażing i relaxing, że nic mnie nie zrażało!
Ani zimno (nie było mrozu, no ale bardzo nie przygrzało :P)...
Ani wiatr (głowę urywało!!!)...
Ani zimna woda (chociaż bez przesady...kto był nad polskim morzem ten wie co to zimna woda, ta była w miarę ok!)...
Było jak nad polskim morzem w lato, czyli pochmurno, wietrznie i dość zimna woda...tak ja przynajmniej wspominam nasz ostatni pobyt nad polskim morzem w ubiegłym roku w lipcu... mój Pan Mąż odmroził sobie wówczas stopy!!!
No, to może aż tak zimna woda nie była :P
Ja trochę nóżki zamoczyłam... i nic mi się nie stało :-)

Wyleniuchowałam się na piachu za wszystkie czasy!!!
Było totalnie fantastycznie!!!
Prawie pusta plaża, kocyk ukryty "za wiatrem"...
Szum morza, piasek pod stopami....
Czego chcieć więcej?!
Wygrzebałam sobie w tymże piachu (nie takim pięknym, złociutkim, jak nasz polski...ale piach to piach :-) ) dołeczek, złożyłam do niego mój pulchny tyłeczek...
...i tak mi minęła ta świąteczna niedziela...
...zdecydowanie za szybko!
Już mamy w planach kolejny wypad na piach :D
W końcu wolnych dni w maju bez liku :P
Może tym razem pogoda bardziej nam dopisze...
Choć, wierzcie lub nie, po zdjęciach, które załączam poniżej w prawdzie będzie trudno, no, ale nic innego w sumie niż wierzyć na słowo nie pozostaje, bo nie uwieczniłam tego na zdjęciu, ale kiedy wieczorem wróciliśmy do domu okazało się, że...
...się opaliliśmy !!!
Cały dzień sobie żartowaliśmy "przewróć się na drugi boczek, żebyś się równo opalił" :D
A tymczasem serio nas to "słońce" trochę złapało...
Początkowo myślałam, że mi się twarz po prostu od wiatru zaróżowiła, ale opalenizna małżonka nie pozostawiła złudzeń, że to słoneczny efekt :-)
Niby tego słońca nie było, ale czasem niebo, ciemne na 7 w skali od 1 do 10, przecierało się tak na trójeczkę, że czuć było troszkę jakby ciepełko...
Tym sposobem Pan Mąż ma sexi opalone łydeczki, a ja całkiem czerwony pyszczek :P

A ten nasz plażing wyglądał właśnie tak:

Morza szum...
 Nogi zamoczyłam :-)
 Mrozu nie było, ale szaliczek się przydał :P
 A tu tradycyjnie już Pan Kapelutek - sami rozumiecie, niezbędnie potrzebny przy takiej pogodzie :)
 Zabudowa i port La Grande-Motte

środa, 6 maja 2015

Wiwat maj!!!

Tak, tak :-)
Wiwat MAJ!!!
I to nie tylko 3 maj!!!

Zawsze lubiłam maj!
I zawsze dobrze mi się kojarzył :)
Z ciepełkiem, wiosną, zieloną trawką, działkowaniem, grillowaniem, długim weekendem...
...Same pozytywy !

A teraz kiedy jesteśmy we Francji chyba jeszcze bardziej polubiłam maj !!!
Tu też jest ciepło, też zielono i widno z każdym dniem coraz dłużej...
I tyyyle wolnego!
A wszystko dzięki francuskiemu podejściu do celebrowania rozlicznych świąt dniem wolnym od pracy :-) O czym więcej za chwilę...
 
Ja w prawdzie nie pracuję, więc stale mam wolne, ale długie weekendy i piękna pogoda pozwalają zaplanować coś więcej niż spacer po starym mieście...
Co nie znaczy wcale, że te spacery mi się znudziły, opatrzyły czy coś w tym guście!
Nic z tych rzeczy!!!
Prawie codziennie wykonujemy, już praktycznie rytualnie, nasz "krąg", czyli spacer, którego trasa wiedzie przez sam środek starego miasta Avignon. To taka runda honorowa, kółeczko na 5 km z obowiązkowym zakupem bagietki w naszej ulubionej piekarni :-)
Jednak długi weekend to taki czas "gratis" dla nas... że prócz wypoczynku, zakupów i odespania przez mojego Pana Męża porannego wstawania z całego tygodnia zostaje jeszcze czas na coś "extra"!

Kiedy tu przyjechaliśmy, jakież to nie mieliśmy turystyczne koncepcje! Ile to nie mieliśmy zwiedzić, zobaczyć! Jakie objazdówki po okolicy nie popełnić...
Rzeczywistość zweryfikowała jednak boleśnie te plany...
Jak nie brzydka pogoda, to stopy obdarte do krwi przez nowe buty... 
Jak nie brak samochodu (fizycznie był, ale dokumentów niet :-( ) to przeprowadzka...
Jak nie problemy z formalnościami urzędowymi to nieplanowany wyjazd do Polski...
Ciągle "coś"!
"Jak nie urok to...przemarsz wojsk"...

Wszystko wskazuje jednak na to, i mocno trzymam za to kciuki, że wszystkie te "przeciwności losu" już za nami... że wreszcie uporaliśmy się ze wszystkimi spawami i teraz będziemy mogli już bez większych przeszkód realizować nasze turystyczno-wypoczynkowe plany :)
Oby!

Maj jest na to idealny!
A to dlatego, że mojemu Panu Mężowi wypadły w tymi miesiącu 4 długie weekendy :)
Totalnie znakomicie!!!
Pierwszy z nich przypadł, tak jak w Polsce, na 1-3 maja, czyli z okazji Święta Pracy :)
...I mogę powiedzieć, że wykorzystaliśmy go znakomicie i w 100% ...
A relacja z naszej majówki wkrótce :-)

Kolejne zaś to :
- 8 - 10 maj (piątek wolny z okazji rocznicy zakończenia II wony światowej)
- 14 - 17 maja (14.05 - czwartek to święto Wniebowstąpienia, a piątek - 15.05 - to tak na dokładkę, coby weekend był prawdziwie długi :-) )
- 23 - 25 maja (25.05 - zielone Świątki)

Prawda, że wspaniale?? :)
Żeby nie było tak za dobrze, to wiedzcie, że za to 4.06 to nie żadne wolne z okazji Bożego Ciała tylko normalny dzień pracy...
No, ale nie zrzędzimy z tego powodu... w maju sobie odpoczniemy, miejmy nadzieję -  pozwiedzamy, to w czerwcu wypada troszkę popracować :P

wtorek, 5 maja 2015

I znowu o jedzeniu :P

Dziś miało być pomajówkowo...
...ale nie będzie :P

Znowu będzie kulinarnie :-)

A to wszystko dlatego, że mój Pan Mąż urządza w pracy nieco spóźnione (tylko 4 miesiące, ale co tam!) "ciasteczko powitalne" :-)

Do tej pory używałam tak upragnionego piekarnika tylko w celach obiadowych. Jednak ciasto do pracy Pan Mąż zażyczył sobie po polsku. Żadne oszukaństwa w stylu "3-Bit na herbatnikach" nie przejdą :P Ma być upieczone, tradycyjne itd. 
No i co ja mogę w tym temacie wymyślić?

Polskie, tradycyjne ciasto, hmmm...
Słynnego ciasta "W-Z" mojej teściowej nawet nie śmiałabym próbować podrabiać...
Ciasto drożdżowe bez mojej Mamy i ugniatania mojego Taty też nie ma prawa się udać... (makowiec jest oczywiście w tej samej kategorii "nie do zrobienia")
W temacie szarlotki króluje Babcia M. ...
Sernik na zimno to specjalność Babci J. ...
Oczywiście, koledzy Pana Męża tego nie wiedzą, ale fakt, że ja wiem onieśmiela mnie przy braniu się za taaakie przepisy... 

W przeciwieństwie do naszego warszawskiego mieszkanka w końcu mam tu piekarnik, w którym mogę coś próbować wymodzić, bo zdaje się, że gałki od temperatury i grzałek działają i nawet pokazują prawdę :) A i piekarnik zamyka się bez walenia w niego tłuczkiem do mięsa... Tak, tak, taki właśnie system stosowałam w polskim życiu :P

Zawsze chciałam zrobić sernik, który uwielbiamy, a którego nigdy nie mogłam upiec z powodu niemożności dogadania się z piekarnikiem i pewnie gdyby nie to, że w Avignon nie ma twarogu !!!!!!!!!!!!!!! :(((((((((((( byłaby to znakomita okazja żeby wreszcie go popełnić... 
Niestety, to się nie zdarzy! 

Jest jednak coś, co umiem upiec i nie są to rogaliki z jabłkiem z gotowego ciasta francuskiego :P 
Na szczęście na przeszkodzie nie stoją mi też żadne wymyślne składniki :D
Postanowiłam, że Pan Mąż ugości swoich kolegów... tradycyjnymi, polskimi, wielkanocnymi mazurkami :-)
Mazurki - uwielbiam!!!
Poza ciastem drożdżowym to one kojarzą mi się najbardziej domowo, świątecznie i rodzinnie. Z całą pewnością zasługa w tym moich rodziców, bo wypiekanie tych świątecznych ciast zawsze odbywało się całą rodziną... Tata gniótł drożdżową babę, mama mazurki, a my ozdabiałyśmy je wyżerając w tak zwanym międzyczasie wszelkie kajmaki, polewy i bakalie w kosmicznych ilościach (a także surowe ciasto, którego jestem wielką smakoszką).

Po mailowej konsultacji z mamą...

(1. tak, wiem, mogłam zapytać internetu, ale przecież to mama wie najlepiej, bo to mama piecze najlepsze mazurki ever!!!
2. ...dostałam w posagu elegancko pożółknięte, nadgryzione zębem czasu, ale wciąż aktualne ;-) ponadczasowe, znakomite pozycje cukiernicze "ciasta, ciastka, ciasteczka" i coś tam drugiego czego nie pamiętam :P i doprawdy nie wiem jak to się stało, że nie wzięłam ich ze sobą do Francji???!!!
3. ostatnio mój mózg zdaje się kurczyć i czasem łapię się na strasznych głupstwach, a wolałam nie uczęstować kolegów Pana Męża np. słonym ciastem... tymczasem kondycja mojej głowy wskazuje na możliwość takiego obrotu sprawy - na potwierdzenie: wczoraj na obiad były arcy-słone ziemniaki, bo zapomniałam, że je gotuję... no i cała woda wyparowała, a cała sól weszła w kartofelki ...dobrze, że Pan Mąż taki dzielny i wyrozumiały!!!)

 ...mogłam zabrać się do działania :-)
 
Prace nad mazurkami zaczęłam od dokonania zakupów... Wiadomo, odpowiednio powiększonych, bo połowę bakalii i czekolady zjadłam zanim zagniotłam ciasto... Poza tym nie ma opcji żeby Pan Mąż zabrał wszystkie gotowe wypieki ze sobą, a łakomczuszka-pasibrzuszka pozostającego w domu pozbawił pyszności!!! ...A głupio chyba zanosić do pracy nadgryzione ciasto... co myślicie? :P

Jako, że to debiut mój cukierniczy na obczyźnie, a i mazurki im starsze tym lepsze (oczywiście bez przesady...po miesiącu odradzam spożywanie :P) zaczęłam dziś, choć poczęstunek dopiero w czwartek...
Wszystko świetnie się składało poza tym, że pogoda dziś totalnie mi nie sprzyjała! Upał niemożebny, a ja przy piekarniku!!! 
Dałam jednak radę!
Upiekłam dwa urocze mazurki :-)
Jeden bakaliowy z ciemną czekoladą, a drugi pomarańczowo-morelowy z białą czekoladą i migdałami... dokładnie, jak na załączonych obrazkach...



Choć może fotki nie są jak z kulinarnego, artystycznego bloga wystarczą na potwierdzenie mej prawdomówności...
Z każdym jednym upiekłam też mazurkowe "ciasteczko", czyli próbkę ciasta, żeby się upewnić, czy wszystko się udało... 
(no dobra, prawda taka, że nie napocznę blachy z ciastem do wywiezienia, więc upiekłam te ciasteczka, żeby je od razu "wsunąć na ciepło" :P ).
No i niestety...
Ciasta udały się znakomicie!
No i teraz oczywiście jestem pełna obaw!!!
Do czwartku jeszcze tyyyyle czasu...
A one takie piękne, takie pachnące, taaakie pyszne, mazurkowe....
Aaaaa!!!
Nie wiem czy się powstrzymam, żeby ich nie zjeść!

Tak, wiem, miałam zrobić też mazurka dla siebie i zostawić go w domu...
Ciasto już nawet zagniotłam i wstawiłam do lodówki, ale sumienie nie pozwoliło mi go upiec. 
Z jednej strony słyszę głosy "zjedz mnie, zjedz mnie!!!" To krzyczą pachnące ciepłe ciasta stojące na wyciągnięcie ręki...
Z drugiej strony - wewnętrzny głos, który twierdzi, że od mazurków (i nie tylko...czekolada zjedzona w takcie pieczenia też na pewno swoje "wnosi") rośnie tyłek!!! :(

No i cóż począć?!

Mam genialny plan!
Zagniecione ciasto na domowego mazurka upiekę na weekend, żeby z Panem Mężem podzielić wyrzut sumienia :P

poniedziałek, 4 maja 2015

Przemyślenia okołolotnicze :)

Trochę się ostatnio nalataliśmy i mam w związku z tym całą masę przemyśleń rozlicznych.
Niestety, są to przemyślenia z cyklu "ależ Ci ludzie nieogarnięci"...
Żeby już gorzej tego nie nazwać!

Choć od 4 miesięcy jesteśmy mieszkańcami południa Francji, gdzie ludziom się nie spieszy, wszyscy są lekko ospali, ociężali, mają czas i dobry humor nie udziela mi się specjalnie ta atmosfera uśpienia i braku pośpiechu! Tak, wiem, nic nie robię, więc mogę postać w kolejce, poczekać pół godziny na odprawę itp... tylko po co? Czy nie przyjemniej byłoby załatwić co ma się do załatwienia, a potem usiąść i spokojnie czekać na swój lot oddając się lekturze książki, jedzeniu, drzemce czy czemukolwiek innemu przyjemniejszemu aniżeli przesuwanie się o 2 kroki w kolejce bez końca przez prawie godzinę? 

Latanie nie jest dla mnie "chlebem powszednim". Owszem, miałam okazję kilka razy korzystać z tego środka transportu, jednakowoż zawsze jest to dla mnie coś nie do końca "zwyczajnego". Latać się nie boję, ale mam takie poczucie, że gdybyśmy do latania byli stworzeni to na pewno każdy z nas dostałby skrzydła na wyłączność, no bo dlaczego by nie?! Podobnie mój Pan Mąż, który miał tyle lotów, że pewnie ze dwa razy okrążył kulę ziemską (albo może raz, ale za to uzbierał punktów lotniczych na kilka fajnych gadżetów :P ). Mimo pewnego doświadczenia przed lotem gdziekolwiek przygotowujemy się zgodnie z wytycznymi linii lotniczych do odprawy itd. 
I zdaje się, że jest to raczej logiczne postępowanie. 
Na niektórych lotniskach można nawet w czasie oczekiwania na odprawę obejrzeć filmy instruktażowe, jak należy się do tej odprawy przygotować... Nie jest tajemnicą dopuszczalny wymiar podręcznego bagażu, ani to, czego nie wolno wnosić na pokład samolotu. 
A jednak ludzie zdają się nie mieć o tym pojęcia! 
Albo raczej są totalnymi ignorantami... 
Lub też po prostu bezmyślnymi stworzeniami...
I tym sposobem stoimy w kolejce...i nic się nie przesuwamy, bo oczywiście Pani przed nami zeznała obsłudze naziemnej lotniska, że nie ma płynów. Torba poszła przez rentgen i zaraz wróciła, bo tubka z kremem 200 ml to jednak trochę za dużo płynów jak na jedną osobę i na jedną tubkę! "Czy ma Pani jakieś inne płyny?" (które, przyp. Brykusiowo, powinny być w osobnej torebce i wyłożone na wierzch!!!) - "nie, nie mam".  Aaaale się pomyliła chyba jednak, bo zapomniała jeszcze o butelce i perfumach i coś tam z czymś tam....i stoimy dalej!
Kolejna osoba... standardowo pytają : "płyny, elektronika..."... gość przechodzi przez bramkę i pika! No to się musi zawrócić, zdjąć buty, bagaż mu cofają i od nowa.... I znów pika! Aaaa...zapomniał, zegarka nie zdjął! No ludzie kochani! ...Stoimy dalej!
Następny delikwent nie wyjął z bagażu laptopa... Taśma w tył zwrot, Pan się cofa, a reszta...?? ...reszta stoi i czeka! Zaraz mnie szlag trafi!!!
Był też Pan z puszką sardynek, który na wyłączonym "pasie" postanowił przyrządzić z ich kanapki, skoro puszki zabrać nie może :) I takich kwiatków sto tysięcy! Stoją ludzie w tej kolejce, co dwa kroki tabliczka z informacją "wyjmij elektronikę", na TV film z przekreślonymi płynami, tubkami, instrukcje jak dla 3-latków i nic!
W końcu się udało. 
Siedzimy przed odpowiednim wyjściem (nr 4) i czekamy na nasz lot. 
Nad drzwiami tablica elektroniczna. Na tablicy: numer lotu, linie lotnicze (Brussels Airlines), destynacja (Bruksela), godzina odlotu. 
Podchodzisz, upewniasz się, że to dobre drzwi, siadasz i czekasz na wezwanie. 
Logiczne, nie? 
Chyba nie do końca...
Cała poczekalnia pod drzwiami na nasz lot pełna! Żadnego wolnego miejsca... Ciekawe, myślę, w końcu to taki mały samolot... No, ale może się nie znam... Nagle, przez głośniki słychać: "Ostatnie wezwanie dla pasażerów lecących do Brukseli nr lotu.... liniami Wizzair, wyjście nr 38". I oto co się dzieje: z siedzeń wokół nas podnoszą się ludzie z kartami pokładowymi w ręku i co robią?! Zmierzają pewnym krokiem do wyjścia nr 4!!! I zdziwieni, że zamknięte, przecież ich wzywali?! Jak to możliwe?! Haaalo, czy tu ktoś niedosłyszy?? 50 osób na raz?? Mówili 38!!! "-A gdzie to?" "- A po drugiej stronie hali odlotów"... Siedzieli między nami dobre pół godziny i nikomu nie przyszło do głowy by sprawdzić gdzie i na co oni właściwie czekają... Jak już do wszystkich Wizzair-owiczów dotarło, że czekali w złym miejscu i z szumem trykających kółek od walizek ruszyli w stronę wyjścia 38 pod naszym wyjściem zostało ze 30 osób... Mistrzostwo świata!
Jak już się wejdzie do samolotu wcale nie jest lepiej! 
Najpierw upychamy podręczne bagaże. Raczej każdy pasażer chce mieć je blisko siebie. Wkłada je więc do schowka nad głową. Logiczne. Niezbyt logiczne jednak czemu zawsze walizkę ułoży wzdłuż, skoro luk skonstruowany jest tak, by pomieścił walizki w pionie - wtedy każdy pasażer ma miejsce na bagaż. Dodatkowe punkty należą się mistrzom przestworzy, którzy płaszcz kładą obok walizki ... moi idole!
Ufff...wygląda na to, że możemy w końcu zasiąść wygodnie na swoich miejscach... Albo i nie! Bo właśnie ktoś zajął moje miejsce! No to pokazuję uprzejmie, że to moje siedzenie. Z jakiegoś powodu te miejsca są przypisane. Z jakiegoś powodu linie lotnicze dają nawet możliwość wyboru takiego miejsca pasażerom (czasem za dopłatą, ale jednak!). Owszem, czasem z jakiegoś powodu pary np. są rozdzielone, ale wówczas można grzecznie spytać o możliwość zamiany miejsc, ale nie bezpardonowo zajmować czyjeś siedzenie i "udawać greka"! Jako, że były to dwa miejsca, moje i Pana Męża nie było opcji byśmy je odstąpili, bo wtedy sami siedzielibyśmy osobno. 
W czasie kolejnego lotu podobna sytuacja rozegrała się na siedzeniach przed nami. Weszła sobie para i zajęła miejsca na chybił-trafił. Przyszedł gość i ich "wymeldował". Na co oni przesiedli się na najbliższe dwa wolne miejsca... Po chwili przyszedł właściciel jednego z nich, ale kiedy zobaczył, że ledwo się oni wtarabanili, machnął ręką i poszedł zająć ich miejsca...  

Same loty to bułka z masłem, przyjemne starty, zupełnie nieodczuwalne lądowania, żadnych turbulencji, ale te przygotowania przez takich bezsensownych współpasażerów doprowadzają mnie do szewskiej pasji!

Na deser tylko pół godziny oczekiwania na nadane bagaże i już mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Jeszcze tylko autobus, pociąg i znów autobus i jesteśmy na miejscu... 
No to może "siku na drogę". 
Czemu nie? 
Ano temu, że tu kolejny kwiatek: w hali przylotów tanich linii lotniczych przywitała nas w Marsylii elegancka toaleta. A kiedy bilet jest 2 razy droższy...??? Ląduje się na standardowym terminalu standardowych linii i okazuje się, że standardem onego są 3 budki TOI-TOI ustawione obok taśmy do odbioru bagażu... 
Totalnie wspaniale!

piątek, 1 maja 2015

Aklimatyzacja...

Jak już pisałam, gdy przyjechaliśmy do Polski na święta nie czuliśmy się wcale "wyemigrowani".
Jednak powrót do Avignon trochę dał się nam we znaki...

Zdecydowanie odczuliśmy, że  nie było nas te kilka dni.

Przede wszystkim dlatego, że z całą pewnością w trakcie pobytu w DOMU ominęła nas tu wiosna!
Podczas gdy Wielkanoc w Ojczyźnie była zimna i mokra...(miałam napisać też wietrzna, ale odkąd mieszkamy w Avignon i żyjemy w towarzystwie Pana Mistrala nie powiem już nigdy o takim wiaterku jakiego zaznałam podczas świąt, że jest "wietrznie")... tu na południu Francji przywitało nas słonko i jakieś 25 stopni...w cieniu :P
Dosyć to szok dla organizmu...

Pierwszego dnia postanowiłam się tak od razu nie rozbierać, coby się łagodnie przestawiać, ale  z drugiej strony nie przegrzać, ani nie spocić, ani żeby mnie nie przewiało...
... aaaa w cholerę z tym wszystkim! Ależ gorąco!!! Dobrze, że udało mi się w trakcie przedświątecznych zakupów nabyć sandały!!! Ufff... stopy uwolnione! 
Warto też było wracać z wypoczynku u rodziców w kapeluszu... Może na początku kwietnia, o 7 rano na zamglonym lotnisku, gdzie temperatura oscylowała wokół 8 stopni nie wyglądałam na do końca normalną... ale odkąd mieszkam w Avignon nie ma dla mnie żadnego obciachu, naprawdę! Może i klika osób na mój widok pomyślało sobie "wariatka", ale co mnie to obchodzi?! Teraz się z kapelutkiem nie rozstaję i móżdżek (ten co to został, choć mam wrażenie, że z dnia na dzień coraz go mniej...) pozostaje nieprzysmażony.

Choć Pan Mąż pełny był obaw co do pozostawienia mieszkania samemu sobie na tak długi czas (no, ale niby co mielibyśmy z nim zrobić, przecież nie zabrać ze sobą!!!), nasze mieszkanko się nie zdematerializowało, ani nie spłonęło, ani nie zalało, a do tego przywitało nas przyjemnym chłodkiem (a więc to po to są rolety :) ). Trochę czasu zajęło nam przywrócenie go do stanu używalności, bo jako pierwszy w świecie fatalista (co ciekawe, zawsze było to moją domeną) mój mąż postanowił na wypadek włamania wszystko dokładnie zabezpieczyć! To dość interesujące, bo przecież nie było nas prawie 2 tygodnie...przez ten czas potencjalny złodziej mógłby zdążyć się nawet wykąpać w naszej wannie i zjeść z naszej miseczki niczym w bajce o 3 misiach... No, ale skoro przyniosło mu to ukojenie... 
Swoją drogą widać to jego szaleństwo udzieliło się i mnie o czym dowiedziałam się przez przypadek całkiem niedawno. Otóż: nie mogłam znaleźć e-booka. Przetrząsnęłam wszystkie logicznie wytłumaczalne miejsca gdzie też mógłby się znajdować. Nie ma! Zadzwoniłam do Pana Męża, czy może nie zabrał go ze sobą - nic z tych rzeczy! No to gdzie on jest do cholery?! Pamiętałam tylko, że chciałam zabrać go ze sobą w podróż, ale się rozmyśliłam... Przecież, gdyby ktoś tu wlazł to nie zabrałby samego tylko e-booka?! Dobrą godzinę spędziłam na plądrowaniu naszego niewielkiego mieszkanka, które praktycznie nie ma mebli! ...Wspięłam się na wyżyny kreatywności, gdzie też mogłam go ukryć. I ciągle nic! Już zaczęłam myśleć, że może jednak go zabrałam i zgubiłam...gdy zauważyłam, że na półce z książkami i zeszytami jeden z nich jest dziwnie szeroki! No mistrz ze mnie po prostu !!! Mistrzostwo świata! Pomysł przedni! Aż boję się pomyśleć co i gdzie mogłam jeszcze tak dobrze ukryć!!!

Ostatnim etapem "powrotu do Francji" było ogarnięcie wszelkich formalności pocztowych, bankowych i nie tylko.... I tu też same niespodzianki. 

Skrzynka pocztowa, którą podpisaliśmy przed wyjazdem zapełniła się prawie po brzegi (a jest to pudło, nie kieszonka, a pudło, jak na papier do xero!!!). Oczywiście "nadzienie" skrzynki w 99% stanowiły reklamy wszelkich możliwych sklepów świata! Żeby nie wyrzucić jakiejś bardzo ważnej koperty trzeba więc było dokładnie przetrząsnąć tą stertę makulatury... Jak szkoda tych drzew wyciętych pod te wszystkie śmieci! Ze 3 kilo papieru!!! Pozytywy tej sytuacji? Owszem: 1. znalazłam pralkę w promocji, którą kupimy niebawem; 2. dowiedziałam się o istnieniu kilku sklepów, o których nie miałam pojęcia (mina męża - bezcenna!). 

Poczta właściwa. Znalazły się ze 3 koperty warte otwarcia :-) ...A jednak nie, jak się później okazało :P Nie wiem jak to się dzieje, nie mam pojęcia jak to jest skonstruowane, ale co 2-3 dni dostajemy listy z ubezpieczenia podstawowego lub dodatkowego lub z opieki społecznej. Ciągle to samo! No prawie, ale praktycznie to samo!!! Tylko data pisma się zmienia. A listy są zwykle o treści: "to twój nowy numer ubezpieczenia", "to twój najnowszy...", "to twój jeszcze nowszy...", "to jest ostatni...", "to jest ostateczny..." itd. itd. Szkoda, że jeszcze nie są to listy za potwierdzeniem odbioru! Wtedy to już byłoby całkiem cudnie! 
W jednej z kopert dostałam zaproszenie na konsultacje z kimś mądrym w opiece społecznej. Obstawiam, że mogłabym się dowiedzieć jak zdobyć dofinansowanie do mieszkania albo jakie dokumenty dostarczać kiedy i komu, żeby nie zabrali tego co przyznali :-) Oczywiście w liście propozycja randez-vous pt. "zadzwoń do nas i umów się na spotkanie" - bardzo śmieszne! Poszłam tam iiiii dowiedziałam się, że nikt nie mówi po angielsku. I to by było na tyle z konsultacji. Od razu poczułam, że wszystko wiem bez ich pomocy :P

Z formalnościami bankowymi radzimy sobie raczej dobrze. A to dlatego, że wszystko tu jest na polecenie zapłaty... i to nie tak, że ja ustanawiam przelewy, tylko sama firma, której mam płacić to robi, a my tylko patrzymy na konto, czy faktycznie pobrali tyle co mieli pobrać. W sumie wierzymy, że właśnie tak zrobili, bo nie znamy się na tym za bardzo. Jeden jedyny przelew ustanowiłam osobiście w banku. Czynsz. Tak chciał właściciel - ok, no problem. Wracamy, zaglądamy na konto, sprawdzamy co "zeszło" iii.... czynszu nie widać. wiadomość kontrolna do właściciela pt. "dostałeś pieniądze?" i już wiemy, że mieszkamy na dziko, bo chałupa od 2 tygodni nie zapłacona!!! jak to możliwe?! Przecież byłam w banku?! Mam dokumenty...Zaraz, zaraz... 
Taaak, wszystko jasne...
Owszem, jest przelew stały, owszem, numery kont są ok, kwota się zgadza, i dzień miesiąca też, z małą różnicą tylko, drobiazg po prostu...pikuś....pierwszy przelew pójdzie 3 dnia miesiąca kwietnia roku 2016!!! Totalnie doskonale! No i spacer do banku... Bank - lubię bardzo za brak angielskiego praktycznie 100%-owy. Nadaję do Pani po frangielsku: "ja potrzebować randez-vous teraz z ta Pani"(pokazuję wizytówkę). Miła Pani z banku odpowiada, że mnie umówi, ale nie wie czy na dziś! No cudownie!!! Pyta mnie uprzejmie czemu muszę mieć spotkanie... No to macham jej przed nosem papierem... i tłumaczę: "pieniądze, czynsz, właściciel zły, nie ma pieniądze, widzisz (pokazuję złą datę)". I....spektakularny sukces. Obyło się bez randez-vous - Pani od ręki naprawiła błąd koleżanki i wysłała pieniądze! Uffff...
Udało się!
Pozostała jeszcze przełożona na nie-wiadomo-kiedy wizyta lekarska, która przepadła mi w związku z wyjazdem. Zgłosiłam to Pani w recepcji, a ona z groźnym wzrokiem i bez słowa po angielsku oczywiście (nic też nie rozumie, żeby było "łatwiej") powiedziała, że nie wie na kiedy mi to przełoży i żebym pamiętała, że mogę to zrobić tylko raz! Dobrze, że nie umiem zapytać co by było gdybym chciała przełożyć jakąś wizytę znowu... :P Zabawne, bo kazała mi zadzwonić po powrocie żeby tą wizytę umówić....Nie możemy się dogadać twarzą w twarz, choć żywo gestykuluję i coraz lepiej idą mi rysunki w notesie "od francuskiego" :P A ona każe mi dzwonić hehehe! Oczywiście popędziłam tam na godzinę, o której miałam wykonać telefon i...się okazało, że wizyta się odbędzie dziś, myślę: dobrze, że przyszłam... A jednak nie... Bo to nie będzie teraz, a za 2 godzinki... Oczywiście! Bo ja to nogi na loterii wygrałam... trasa do przychodni - 20-25 minut w jedną stronę... No, ale nie będę przecież siedziała tam te cholerne dwie godziny... Spacer dobrze mi zrobi, może rozchodzę część zapasów zgromadzonych podczas świąt :P Bardzo dobrze, że wróciłam do domu, bo i tak potem swoje w poczekalni odsiedziałam... ponad godzinę... Najważniejsze jednak, że wszystko wszędzie i ze wszystkim w porządku :)

Z pozytywów powrotowych - w skrzynce na listy zastały nas też karty ubezpieczenia zdrowotnego :D
Koniec z tłumaczeniem się z numeru ubezpieczenia, wypełnianiem rachunków, których sami Francuzi nie umieją wypełnić, więc nawet nie ma kogo się poradzić. Teraz wyjmuję zielony plastik z portfela i wszystko jasne :)

Wygląda na to, że już jesteśmy względnie zaaklimatyzowani, choć wiele rzeczy nie przestaje i pewnie nie przestanie mnie tu zadziwiać nigdy...